Jean Reno gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Kiedy reżyser George Seaton odwiedził umierającego aktora Edmunda Gwenna, zapytał go: "Jest ciężko, prawda?". Gwenn odpowiedział mu wówczas: "Nie tak ciężko, jak gra w komedii". Wytłumacz mi, dlaczego gra w komediach jest trudniejsza od gry w dramatach?
 
Jean Reno: Po pierwsze dlatego, że pomysł robienia czegoś, co powinno być zabawne, rodzi się w głowach twórców. Nigdy nie jest się pewnym, czy ludzie będą się śmiać z tego samego, z czego my się śmiejemy. Po drugie, ważny jest rytm. Rytm może być bardzo różny. W dramacie nie ma pośpiechu, można sobie pozwolić na łzy. W komedii, jeśli pozwoli się na zatrzymanie rytmu, można stać się nudnym, więc aktor wciąż zachowuje się tak, jakby się spieszył. Aktor komediowy jest jak małe zwierzątko, które biegając wokół, stara się być zabawnym. Ja nie uważam siebie za aktora komediowego, więc próby realizowania się w jego roli są dla mnie doskonałym ćwiczeniem. Według mnie właśnie te dwie sprawy powodują, że komedia jest znacznie trudniejsza niż dramat.
 
Co sądzisz o efektach specjalnych? Wygląda na to, że obecnie przejmują znaczącą rolę. Czy są według ciebie jakimś zagrożeniem dla aktorów?

 
Nie, nie wydaje mi się. Efekty specjalne mogą być naprawdę fantastyczne i wiarygodne, jednak ktoś z krwi i kości istnieje przez cały czas. Ja nie czuję zagrożenia w związku z rozwojem efektów specjalnych. Nawet o tym nie myślę.
 
Zrobienie w Ameryce remake'u francuskiego filmu z oryginalną obsadą jest zjawiskiem niespotykanym. Zauważyłam również nazwisko Johna Hughesa na liście płac. Możesz podać jakieś szczegóły, jak do tego doszło?
 
Jasne. John często podróżował do Francji. Znamy go od lat, jeszcze zanim narodził się pomysł filmu. Ponieważ spodobał mu się film, stwierdził, że obsadzenie nas w rolach głównych jest wiarygodne z historycznego punktu widzenia, gdyż w roku 1000 nie było podziału na język amerykański i brytyjski. W rzeczywistości istniał jeden język, który zawierał elementy dzisiejszego amerykańskiego i brytyjskiego. Dlatego właśnie wykorzystaliśmy tę samą obsadę. Bardzo spodobał nam się pomysł, a Gaumont na dodatek zajął się produkcją, więc było to proste.
 
Podobał ci się pomysł zrobienia remake'u w języku angielskim?
 
To nie jest dokładnie remake. To raczej rodzaj adaptacji. Trzecia część. Dla nas jest to jak trylogia o dwóch facetach: rycerzu i jego giermku.
 
Jaka jest tradycja filmowa we Francji zwłaszcza w kontekście popularności angielskojęzycznych filmów?
 
Wszędzie angielski jest językiem filmu. Ja pochodzę z Maroko a moi rodzice byli Hiszpanami. Bardzo się cieszę, że znam wielu kultur. Kiedy umrę, będę bardzo szczęśliwy, że udało mi się tyle poznać i mówić tyloma językami. Oczywiście język angielski pozwala filmowi podróżować. We Francji mamy bardzo silną tradycję filmową i telewizyjną. Francuzi potrzebują filmów i wiesz, najciekawsze jest to, że inwestowanie w filmy jest bardziej opłacalne niż inwestowanie w budynki, więc wciąż robią filmy. Dochodzi do tego pomoc rządu w kwestii podatków. Robimy francuskojęzyczne filmy przez wzgląd na tradycję. Robimy to, bo doskonale wiemy jak, ponieważ mówimy po francusku, piszemy scenariusze po francusku, więc również filmy robimy po francusku. Czasem z ogromnym sukcesem, a czasem nie. Nie wydaje mi się, żeby to była walka przeciwko komuś lub czemuś. Jeśli jest dobry pomysł, to robi się dobry film, tak jak my to zrobiliśmy z Matthieu Kassowitzem przy okazji filmu "Crimison Rivers". W samej tylko w Japonii zarobiliśmy 14 mln dolarów. Oznacza to, że są też inne kraje startujące w tym wyścigu z międzynarodową obsadą. Na przykład Roberto Benigni z filmem "Życie jest piękne". Dla mnie ważne jest robienie filmów we własnym języku, ponieważ jest to komunikacja z ludźmi z własnego kraju. Poza tym mamy angielską i amerykańską kinematografię, które mają bardzo mocną pozycję na całym świecie, ale nie należy z tym walczyć. Ja tylko chciałbym robić to, o czym myślę i robić to w moim języku. Jeśli mogę to robić po angielsku, to fantastycznie, gdyż w tym wypadku mam pewność, że dotrę do ludzi na całym świecie.
 
Czy chciałbyś żyć w innych czasach, w innej epoce?
 
Na pewno nie w przeszłości, raczej w przyszłości, gdyż chciałbym wiedzieć, dokąd zmierza ten świat. Tak, zdecydowanie w przyszłości.
 
Czy w dalszym ciągu bierzesz lekcje angielskiego?
 
Tak. Przy każdym filmie jest ze mną nauczyciel. Cały czas mówimy po angielsku.
 
Jak się pracuje w Chicago?
 
Fantastycznie. To wspaniałe miasto. Wspaniała zabudowa, no i to jezioro. Jezioro jest przepiękne, zwłaszcza kiedy siedzi się w łodzi. Wygląda jak Morze Śródziemne. Uwielbiam Chicago, naprawdę. To bardzo piękne miasto. I są tu genialne restauracje. Bardzo dobre, polecam.
 
Przez lata "wymienialiśmy się kadrą filmową". Twórcy z Francji przybywali do Stanów, ale tylko kilku Amerykanów wyjeżdżało robić filmy we Francji. Czy łatwiej jest robić filmy w USA? A może zabiera to więcej czasu?
 
Co prawda zabiera to w Stanach więcej czasu, ale też więcej się tu zarabia, więc jest OK. Problemem może być jedynie dystans. Jeżeli jednak on nie przeszkadza, można go świadomie zmniejszyć, spotkać się z kimś i uścisnąć takie dłonie, jak Johna Voighta, którego podziwiam. Spotkaliśmy się na planie filmu "Mission Impossible", on zapukał do moich drzwi i powiedział: "Jean, lubię cię". Natomiast na terenie studia Sony, kiedy nie chciałbym zobaczyć się z Matthew Broderickiem podczas kręcenia "Godzilli", zostawałem w przyczepie i unikałem spotkania. We Francji ekipa jest mniejsza i można spotykać się ze wszystkimi, z którymi się chce. Jednak czasem nie można się ukryć. Lubię pracować z ludźmi, ale nie mam zamiaru spędzać trzech miesięcy z osobami, których nie lubię, nawet jeśli zapłaciliby mi za to 10 mln dolarów.
 
Od pomysłu do pokoju montażowego… z czym można sobie łatwiej poradzić? Co sprawia mniej kłopotów bądź wymaga mniejszej interwencji ze strony innych?
 
We Francji jest jeden człowiek, który wszystkim rządzi - reżyser, który napisał scenariusz. To jest dzieło sztuki. On również kontroluje montaż, ponieważ ma możliwość wpływania na ostateczny kształt filmu. To gwarantuje francuskie prawo. Jest to spore ułatwienie, gdyż jest tylko jeden człowiek odpowiedzialny za wszystko i tylko z nim należy rozmawiać. Na przykład, jeśli masz 10 producentów w studiu, rozmowy zabiorą ci trzy miesiące. Ale jeśli jest jeden człowiek, który ma bardzo duży autorytet, to nie można z nim porozmawiać, nie można mu powiedzieć: "Słuchaj stary! To, co mówisz, wydaje się trochę dziwaczne. To nie dotrze do publiczności." Nie można mieć wpływu na ostateczny kształt filmu i można jedynie polegać na tym, jak odegra się tę rolę, polegać na ekipie, która realizuje film.
 
Czy komedia zmieniła swoje oblicze we Francji od czasu Fernandela?
 
Tak, jest trochę różnic, ponieważ zmieniła się percepcja odbiorcy. Widz jest obecnie przyzwyczajony do bardzo szybkiego odbioru obrazów w formie clipów. Chodzi o sposób montażu. Nie ma już niestety komediantów pokroju Fernandela, Bourville'a, Louisa de Funesa. To wielka szkoda, ponieważ czasami aktorzy tacy, jak Charlie Chaplin mogli powiedzieć publiczności znacznie więcej. To wielka szkoda, kiedy tracimy dobrych aktorów komediowych.
 
Jesteś jednym z aktorów francuskich, którzy zrobili międzynarodową karierę. Czy było to świadome działanie, czy kwestia przypadku?
 
Nie, nie planowałem tego. To Amerykanie do mnie zadzwonili po "Wielkim błękicie". W zasadzie to oni stworzyli moją międzynarodową karierę. Oczywiście sporą zasługę miał w tym Luc Besson, ale to jednak oni byli twórcami mojej światowej kariery. Póki co, wciąż do mnie dzwonią a ja tam jeżdżę i ściskam różne dłonie (śmiech).
 
Jak myślisz, w którym kierunku podąży kino? Mamy obecnie do czynienia z masowanym atakiem kina międzynarodowego ("Przyczajony Tygrys, ukryty smok" czy "Czekolada" - film co prawda angielski, jednak brzmiący i wyglądający jak dzieło innego kraju). Czy jest to jakiś trend według ciebie?
 
Tak, ale jest to zjawisko mniejszościowe. Kino podąży za produkcjami niezależnymi, niskonakładowymi. Mamy np. "Smoka" z Michelle Yeoh może dlatego, że mniejszość chińska rośnie w siłę, a może dlatego, że chcą po prostu opowiadać dobre historie. A może dlatego, że lubią je opowiadać, mają talent do pokazania tych historii, wiesz - montaż, bójki, loty. Jeśli jest jeden dobry reżyser w małym kraju, to może on tam zmienić przyszłość kinematografii. Wierzę w to. Coś takiego może otworzyć drzwi na świat przyszłym pokoleniom. Tak, tak, mówię ci, nadchodzi era azjatyckiego kina. Oni rosną w siłę.
 
Twoja kreacja w filmie "Goście w Ameryce" jest niezmiernie zabawna. Parodiowanie Amerykanów, akcent itp. Czy wykorzystałeś tu jakieś swoje obserwacje dotyczące Ameryki, wynikające z faktu, że mieszkasz w Stanach już przez jakiś czas?
 
Tak. Czasami macie tak skomplikowane zdania, że dla gościa z Francji są one bardzo trudne do zrozumienia. Miałem problem z słowami "being" i "been". Staraliśmy się poprawić swoją wymowę angielskiego, zwracać większą uwagę na brzmienie słów, żeby nas można było zrozumieć.
 
Jak się pracowało z Christiną Applegate?
 
Super. Bardzo chciałbym zagrać z nią jeszcze w jakimś filmie. Ona jest fantastyczna. Jest bardzo dobrą aktorką komediową i czarującą kobietą.
 
Czy jest taki film marzeń, w którym chciałbyś zagrać?
 
Szukam dobrej historii miłosnej. Jednak bardzo trudno dziś o taki scenariusz. Dostałem we Francji tydzień temu taki scenariusz z Juliette Binoche, jednak nie zdążyłem go jeszcze przeczytać.
 
Słyszałam, że poznałeś Dustina Hoffmana?
 
Tak, kręciłem film "Goście, goście" i pojawiłem się na planie filmu "Joanna D'Arc" i tam właśnie widziałem go po raz pierwszy. Podszedłem do niego i spytałem; "Jak się masz mistrzu", a on mi na to: "nie wygłupiaj się".
 
Urodziłeś się w Casablance, kiedy byłeś tam ostatnio?
 
Opuściłem Casablankę, gdy poszedłem do wojska. Było to w 1968 roku. Wróciłem tam w 1976 razem z moją pierwszą żoną.
 
Dlaczego we Francji nie robi się tak dużo remake'ów waszych starych filmów?
 
Może z powodu reżyserów. Trzeba najpierw znaleźć kogoś, kto będzie chciał to zrobić. Nasi bardzo dobrzy reżyserzy mają teraz po trzydzieści, czterdzieści lat. Luc Besson ma 42 lata, Matthieu ma 33. Oni chcą robić własne filmy. I to jest właśnie problem, dlatego tak ciężko jest znaleźć kogoś, kto chciałby robić remake. A szkoda.
 
Powiedziano mi, że francuskie filmy były swojego czasu bardziej popularne w Stanach. Czasy Cocteau i Gabina i innych. Ludzie o nich mówili. Co się stało od tamtego czasu? Sporo ludzi utrzymuje, że przez napisy film traci to swoje coś. Niektórzy twierdzą, że francuskie filmy nie są już tak dobre, jak kiedyś.
 
Tak, wiem o co ci chodzi. Problem leży w tym, jak można dystrybuować tu film po całych Stanach z napisami. Na przykład LE GOUT DES AUTRES. Myślę, że to bardzo dobry film. W sumie to ty możesz powiedzieć, czy jest to dobry film, czy nie. W tej chwili we Francji bardzo dobrze sprzedają się filmy artystyczne i komercyjne. Mniej więcej mamy 4-5 dobrych filmów rocznie.
 
Ale nie radzą sobie tutaj.
 
Tak, przyczyną są napisy. Można dystrybuować taki film w Nowym Jorku, trochę w Los Angeles. Jednak w środku kraju, gdzie mieści się serce rynku, jest to bardzo trudne.
 
Nie ma na to sposobu?
 
Raczej nie. To niemożliwe.
 
Czy podczas swoich podróży zabierasz ze sobą dzieci?
 
Staram się. Półtora miesiąca to czas, na jaki maksymalnie można zabrać dzieci ze szkoły na wakacje. Strasznie uciążliwe są rozstania z dziećmi.
 
Dlaczego zająłeś się produkcją filmów?
 
Dlatego, że już czas zacząć zarabiać na dzieci. Najwyższa pora. Wszystkie pieniądze odziedziczą dzieci. Mam wszystko, czego potrzebuję. Wytwórnie oliwy z oliwek, Ferrari, domy, wszystko. I uważam, że to dobry sposób na ochronę moich pieniędzy przed podatkami. Wierzę, że to pomoże mi chronić moje wynagrodzenia. Nie, nie mam zamiaru brać pieniędzy dla siebie, zamierzam je włożyć do portfela moich dzieci.


[Yola Czaderska-Hayek]