Angelina Jolie gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Lara Croft jest współczesnym symbolem seksu. Co się stało z naszą cywilizacją, że symbolem seksu jest dziś postać stworzona w komputerze?
 
Angelina Jolie: Często, gdy zamykamy oczy, wyobrażamy sobie coś, co nas podnieca. Osoba, o której myślimy, nie musi być kimś, kogo znamy. To może być zarówno postać realnie istniejąca, jak i taka, której w rzeczywistości nie ma. To po prostu zabawa. Mnie gra "Tomb Raider" nie podnieca. Lara to zadbana, atrakcyjna kobieta, ale nie robi na mnie aż takiego wrażenia. Podczas gry zawsze ją uśmiercam, bo lubię te ciche jęki, jakie wtedy wydaje. Najciekawsze jest to, że znalazłam się w sytuacji, gdy wizerunek Lary Croft zmierza dokładnie w przeciwnym kierunku. Dzięki mnie Lara staje się człowiekiem. A zatem, wracając do kwestii: jak symbolem seksu zamiast prawdziwej kobiety stała się cyberkobieta? Nie mam pojęcia. Ale teraz ten symbol na powrót staje się realną postacią.
 
Reżyser Simon West powiedział, że wcielając się w Larę, nie odczuwałaś zupełnie strachu. Czasami bał się, że nabierzesz przekonania, iż naprawdę jesteś Larą Croft i odrzucisz wszystkie zabezpieczające linki. Jakie są granice Twojej odwagi? Czy ten film pozwolił Ci je przekroczyć? Czy jest coś, czego się boisz?
 
Boję się, że coś może spotkać osobę, którą kocham. O siebie się nie obawiam. Być może powinnam mieć jakieś lęki, ale nie mam. Bardziej obawiam się, że w jakimś momencie będę się czuła jak w klatce, nie mając dokąd pójść. Wszystko, co sprawia, że czuję się wolna - nieważne, jak zwariowane by to było - jest mi niezbędne do życia. Jeśli powiesz sobie: "Jestem niezniszczalna", poradzisz sobie z większością problemów. Moje zachowanie jednak w połowie składało się z odwagi, a w połowie z szaleństwa. Linki zabezpieczające co jakiś czas sprawiały kłopoty. Próbowałam biec i nagle przeszkadzał mi podpięty kabel. To było bardzo niewygodne. Odniosłam kilka ran i wylądowałam w szpitalu. Rozwaliłam sobie kostkę. Uświadomiłam sobie dzięki temu, że jednak jestem zwykłym człowiekiem, a nie Larą Croft. Kostka mi spuchła, odesłano mnie do domu. Wróciłam na plan, podpierając się laską. Chciałam dalej kręcić film, ale powiedzieli mi: "Nie pokazuj się tu z laską, zbyt wielu ludzi się o ciebie martwi".
 
Simon West wspominał konkretną scenę. Chodziło o wahadłowy taran, który bujał się tak niebezpiecznie, że kaskaderka nie mogła na nim ustać. Ty powiedziałaś: "Dajcie mi dziesięć minut" i nie tylko wsiadłaś na ten taran, ale też na nim stałaś! Jakim cudem udało Ci się osiągnąć to, czego nie była w stanie zrobić osoba specjalnie wytrenowana do takiej pracy?
 
Dzięki sile woli.
 
I temu, że niczego się nie boisz?
 
Rozmaite kaskaderki są wyspecjalizowane w bardzo konkretnych dziedzinach. Ja takiej specjalizacji nie mam, więc wydaje mi się, że jestem bardziej elastyczna. Nie wiem zresztą. Dla mnie jazda na taranie była bardzo bliska surfingowi, ale ja nigdy nie uprawiałam surfingu, więc nie znam się dokładnie na rzeczy. Po prostu bardzo chciałam to zrobić.
 
Jak szybko taran się poruszał?
 
Nie wiem. Dla mnie wystarczająco szybko. To było tak: stoję gdzieś wysoko na czymś, co się rusza. Poziom adrenaliny się podnosi, a ja po prostu nie wiem, czy dam radę, czy nie. W jednej chwili wydaje mi się, że spadam, w następnej nie mogę ustać. Ale wiem, że ciąży na mnie odpowiedzialność, że wszystkie oczy zwrócone są na mnie. Że muszę sobie poradzić. To wspaniałe uczucie, kiedy rzeczywiście się udaje. Tego właśnie potrzebuję w życiu. Wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale to naprawdę wspaniałe dać z siebie wszystko, wykonać ciężką pracę, spróbować czegoś nowego i zebrać trochę siniaków. Dobrze jest od czasu do czasu zrobić coś takiego.
 
Dla młodej, ambitnej aktorki realizacja filmu opartego na grze komputerowej to spore ryzyko. Czy masz ochotę nakręcić dalszy ciąg "Tomb Raidera"?
 
Ktoś mi kiedyś powiedział: "Jeśli zdobędziesz Oscara, powinnaś zacząć traktować siebie poważnie". Dla mnie to najgorsze wyjście z możliwych. Oczywiście nie chcę, aby ludzie uważali mnie za kiepską czy mało ambitną aktorkę. Uwielbiam aktorstwo i ciężko przy tym pracuję. Ten film jednak był dla mnie najtrudniejszy ze wszystkich, jakie do tej pory nakręciłam. Lara Croft to zupełnie inna osobowość niż ja. Wiele cech jej charakteru sprawia, że to niezwykle barwna postać, dla aktorki zaś to pewne wyzwanie. Jeśli widzowie polubią mnie w tej roli, chętnie wyruszyłabym znowu z Larą na poszukiwanie przygód. Uwielbiam dalekie podróże, a one stanowią ogromną część jej życia. Larę pociąga historia, egzotyczne kraje, wyprawy - to niesamowite, móc pasjonować się tym podczas swojej pracy.
 
Jednym z najmocniejszych punktów filmu jest relacja Lary Croft z ojcem. Zagrałaś w "Tomb Raiderze" z Jonem Voightem, który także poza ekranem jest Twoim ojcem.
 
Przed realizacją filmu oboje rozmawialiśmy na temat scenariusza. Często powtarzałam, iż to niesamowite, jak bardzo te postacie przypominają nas samych. Lara, tak jak ja, idzie dokładnie w ślady ojca. On zaś, tak jak mój ojciec, stara się nauczyć ją wszystkiego, co sam wie. Odkąd pamiętam, ojciec zawsze podsuwał mi różne książki, dzielił się ze mną wiedzą i pomagał mi zrozumieć świat. Myślę, że dla każdego związki z rodzicami to bardzo ważny temat. My akurat jesteśmy wspaniałymi przyjaciółmi - bylibyśmy nimi, nawet gdyby nie łączyło nas pokrewieństwo. Każdy chyba pragnie, aby rodzice byli z niego dumni. Ja zawsze odczuwałam miłość ojca. To, że jestem dorosła, że pokierowałam swoim życiem tak, a nie inaczej, że osiągnęłam taką pozycję, by pokazać mu, jak bardzo go kocham, ma dla mnie ogromne znaczenie. Nie wiedzieliśmy, czy nasze pokrewieństwo przysłuży się filmowi, czy nie. Po prostu chcieliśmy, aby się udało, ponieważ było to dla nas ważne.
 
Kiedy na początku "Tomb Raidera" wkraczasz na ekran, jesteś agresywną, prowokującą kobietą. Następna scena, ta pod prysznicem, przypomina raczej reklamówkę szamponu. Ten paradoks jest widoczny w całym filmie.
 
Lara jest kobietą. W każdej z nas drzemie wrażliwa, delikatna, czuła, emocjonalna część naszej natury. Ale istnieje też i druga strona: my, kobiety, jesteśmy trochę szalone, dzikie, nieujarzmione i silne. Taka jest właśnie Lara. Dla mnie jest kobietą doskonałą i uwielbiam to w niej. To nie byle kto, lecz Lady Lara Croft - chcieliśmy, aby było to jasne od samego początku. Mieliśmy również świadomość, że film oglądać będą zaprzysięgli fani i dlatego pragnęliśmy dać im to, na co czekali.
 
Która strona osobowości Lary jest Ci bliższa: ta agresywniejsza, czy ta bardziej stonowana?
 
Nie wiem. Do tej pory nie umiem się zdecydować.
 
Twój seksapil ułatwił Ci wcielenie się w Larę Croft. Lara w grze wygląda bardzo seksownie. A jak Ty się czułaś w jej ubraniu?
 
Było trochę niewygodne. Nie chciałam zakładać spodenek. Musiałam się długo do nich przyzwyczajać.
 
Czułaś taki sam dyskomfort w innym filmie, jaki ostatnio nakręciłaś, w "Original Sin"?
 
Nie. Zabawne, że ludzie uznają niemal wszystkie postacie, jakie zagrałam, za bardzo seksowne. A przecież Lara nie ma faceta, nie uprawia seksu na ekranie i nie pokazuje się nago. Z nikim się nawet nie całuje. To jej pewność siebie, harmonijna osobowość, agresja i nieprzewidywalność sprawiają, że Lara jest bardzo sexy. Jest na tyle silna, że równie dobrze mogłaby być mężczyzną, ale jej kobiecość jest aż nadto widoczna. Lara ma niezłe kształty, ale to wojowniczka. To należy zarówno do gry, jak i do jej natury. Ma warkocz, ma mocne buty, ma piersi. Nie chcieliśmy jej zmieniać. Oczywiście, w filmie nie ma tak wielkiego biustu, ale dla nas było jasne, że jej świetna sylwetka to jeden z najważniejszych atrybutów. Jeśli chodzi o "Original Sin", to wiele osób na pewno powie, że to film o seksie. Na pewno jest to film erotyczny, ale także jest to opowieść o poszukiwaniu osoby, która obdarzy nas bezgraniczną miłością za to, jacy jesteśmy. Moja postać ma dwoistą naturę, ma swój mroczny sekret: tajemnicę morderstwa. Praca nad tym filmem była bardzo interesującym doświadczeniem. Nie wiem, jak widzowie na to zareagują. Mam przeczucie, że film zostanie lepiej odebrany w innych krajach. W Ameryce zostanie pewnie uznany po prostu za erotyczny. Naprawdę jestem ciekawa reakcji widzów. Wiele rzeczy w tym filmie łatwo fałszywie zinterpretować.
 
Przed realizacją "Tomb Raidera" Twój rozkład dnia był niemal bez przerwy wypełniony ćwiczeniami. Jak wiele z tego zostało po nakręceniu filmu?
 
Obecnie realizuję komedię ("Life Or Something Like It" - Y.Cz.-H.), w której mam długie platynowe blond włosy, długie paznokcie, wysokie obcasy i małe torebki. Nie mogę się więc boksować i to mnie bardzo frustruje. Mam na sobie bardzo obcisłe sukienki i szpilki i bez przerwy się przewracam. Próbuję pozostać w formie. Nie wróciłam do papierosów, nie piję zbyt dużo, jednym słowem radzę sobie z takimi rzeczami całkiem nieźle. Moja instruktorka kick boxingu, która trenowała mnie do filmu, jest ze mną w Toronto i pomaga mi zachować kondycję. To przyjemne uczucie.
 
Czy kiedykolwiek widziałaś swoje filmy z zagranicznym dubbingiem?
 
Nie, ale ktoś kiedyś opowiedział mi ciekawą historyjkę. Podobno w jakimś kraju pewien aktor zyskał wielką popularność tylko dzięki głosowi osoby, która go dubbingowała. Jego prawdziwy głos był zupełnie inny. Nagle ta osoba gdzieś zniknęła i kariera tego aktora gwałtownie się skończyła. Często żartujemy na ten temat, gdy zatwierdzamy zagraniczny dubbing. Zależy mi, aby "moim" głosem mówiły młode, niepalące i zdrowe dziewczyny. Ale nigdy nie słyszałam, jak to wychodzi w praktyce. Dla mnie to zabawne. Szkoda, że nigdy nie spotkałam tych dziewczyn. Czuję, że jestem im coś winna. Chciałabym przynajmniej uścisnąć ich dłonie. Byłoby ciekawie poznać kiedyś którąś z nich.
 
Czytałam na Twój temat mnóstwo plotek. Piszą, że masz szklany wisiorek, w którym przechowujesz kilka kropel krwi swego męża. Że być może jesteś wampirem. Że być może spałaś ze swoim bratem. Że jesteś biseksualistką. Co Ty na to?
 
Chyba nikt na świecie nie wierzy w te historie o moim bracie. Bardzo byłabym zdziwiona. Niestety, z jakichś powodów dziennikarze postanowili skoncentrować się na tym, co chore i odrażające, zamiast zwrócić uwagę na fakt, że rodzeństwo kocha i wspiera się nawzajem. Całe to zamieszanie oddaliło nas od siebie. Jamie nie widuje się ze mną, bo uważa, że znowu zaroiłoby się od plotek. Oboje czuliśmy się jak włożeni pod mikroskop, a żadne z nas nie chciało, aby jego słowa i czyny zostały źle zinterpretowane. Niestety, osoba, którą kocham, żyje z dala ode mnie. Co do innych rzeczy, ja jestem szczera wobec innych i cieszę się, gdy inni są uczciwi wobec mnie. Naprawdę nie sądzę, że ludzie wierzą w te wszystkie historie i że zależy im tylko na wysłuchiwaniu tego, co najgorsze. A co do krwi - tak, mam trochę krwi w wisiorku.
 
Niedawno w jednym z wywiadów wspominałaś czasy, gdy mając czternaście lat, mieszkałaś z chłopakiem w domu Twojej matki. Oboje spaliście w jednej sypialni. Powiedziałaś: "To była najcudowniejsza rzecz, na jaką matka mi pozwoliła. Żyliśmy jak małżeństwo". Co to znaczy?
 
Moje życie było w tym czasie dość niezwykłe, dzięki temu stałam się tym, kim jestem dzisiaj. To był mój pierwszy chłopak. W tym wieku oczywiście interesował mnie seks z różnymi partnerami i miałam szczęście natrafić na tego miłego, cudownego chłopca. Byliśmy w mojej sypialni, w miejscu, w którym czułam się najlepiej i najbezpieczniej. Gdyby doszło do jakiejś kłótni, to on wyleciałby z domu, nie ja. Opisałam to w taki, a nie inny sposób dlatego, że w wieku szesnastu lat, gdy większość ludzi chodzi na randki czy próbuje wykombinować, co do czego, ja miałam już za sobą regularny związek. Dlatego potem chciałam być sama. Chciałam pracować. My nie widywaliśmy się tylko w weekendy, ale cały czas byliśmy ze sobą. Czułam, że przez to nie mogę się skoncentrować na szkole. Ten związek trwał dość długo. Byłam wtedy bardzo młoda, ale dzieciaki robią w takim wieku różne rzeczy. Uprawiają seks w tajemnicy, czasami z groźnymi skutkami, poszukują kogoś, kto by się nimi opiekował, starają się zachowywać jak dorośli. A ja straciłam dziewictwo w wieku czternastu lat.
 
W ciągu ostatnich paru lat bez przerwy kręcisz filmy. Kiedy znalazłaś czas na to, by się zakochać i wyjść za mąż? Jak to się stało?
 
Ktoś mi kiedyś powiedział: "Wiesz, poznałem takiego zabawnego faceta. Jest bardzo miły i do tego jeszcze zrobił świetny film". I kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy, to było jak zderzenie ze ścianą. Dosłownie nie mogłam oddychać. Spędziliśmy razem trochę czasu - zrobił na mnie ogromne wrażenie. Staliśmy się bliskimi przyjaciółmi, było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Był przy mnie, gdy chciałam z nim porozmawiać, uwielbiałam patrzeć na to, co robi. Jego życie zmieniło się. Oboje byliśmy samotni, więc nie trwało to długo. Zaczęliśmy być razem, wydawało się nam to zupełnie naturalne, od tamtej pory wciąż napawamy się magią tego związku. Wreszcie mam jakiś punkt oparcia, mój środek świata. Kiedyś wydawało mi się, że moje życie to tylko 5 procent tego, na co mnie stać. Zawsze chciałam więcej. Zawsze wiedziałam, jakie ideały wyznaję, w co wierzę i czego tak naprawdę potrzebuję w życiu. I nagle poznałam kogoś, kto wyznawał te same ideały, kto kierował się tymi samymi zasadami co ja, miał identyczne poczucie humoru, podobne marzenia i aspiracje. To takie uczucie, jakby spotkać dopełnienie swojej osobowości. Dzięki Billy'emu zaakceptowałam siebie. Wciąż nie mogę uwierzyć, że mnie poślubił - nie wiem, czy kiedykolwiek będę dla niego wystarczająco dobra, czy będę w stanie dać mu tyle szczęścia, ile on daje mnie. Często powtarzamy sobie: jesteśmy już mężem i żoną i zawsze będziemy mężem i żoną. Nie będzie między nami nikogo innego. Po prostu oboje pragnęliśmy wziąć ślub. Nie chciałam, aby Billy był moim chłopakiem. Nie cierpię tego słowa.
 
Billy jest od Ciebie dużo starszy. Czym różni się od innych mężczyn?
 
Nie sądzę, żeby to, że jest starszy, miało jakiekolwiek znaczenie. Mój poprzedni mąż był przecież niemalże w moim wieku. Po prostu jest między nami różnica lat i tyle. Nam to jakoś nie przeszkadza. Mamy wiele podobnych doświadczeń. Uczę się od niego wielu rzeczy i mimo że jestem młodsza, czasami udaje mi się jego czegoś nauczyć. Zależy nam na sobie nawzajem. Billy to wspaniały, pełen czułości człowiek. Nigdy nie słyszałam, żeby kogoś krytykował. Naprawdę żyje według wartości, którymi się kieruje. Jest w stu procentach sobą. Nie idzie na żadne kompromisy, zwłaszcza ze sobą samym. Do późna w nocy pisze i czyta. Fascynują go ludzie. Jest świetnym ojcem, niezwykłym mężczyzną. Sprawia, że czuję się jak prawdziwa kobieta, a przy tym jest niezwykle seksowny. Dla mnie być z nim to zaszczyt. To najcudowniejsza osoba na świecie. Oboje jesteśmy bardzo wrażliwi - oboje pragniemy być sobą, choć czasami jest to trudne. Gdy jesteśmy razem, wszystko jest łatwe. Oboje wspaniale się rozumiemy i czujemy się ze sobą bezpieczni, ponieważ jesteśmy wobec siebie zupełnie szczerzy. Nie obawiamy się niczego. Chronimy się nawzajem. Obojgu nam podoba się to samo. Oboje śmiejemy się z tego samego, oboje też pragniemy tych samych rzeczy. Przy nim czuję się piękna. Pobudza tę część mojej natury, która sprawia, że jestem dobrą osobą, kobietą, a także kimś, kto rzuca się do walki. Wspiera mnie i wierzy we mnie najsilniej, jak tylko można. Cieszy mnie, że przy nim jestem taka, jaka jestem. Wiem, że on wie, jak bardzo go kocham. Akceptujemy się nawzajem, także i to, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Różnimy się od zwykłych ludzi. Tak naprawdę nie mogliśmy sobie znaleźć miejsca w życiu - aż się poznaliśmy.
 
Czy wierzysz we wspólnotę dusz? Możemy porozmawiać przez chwilę o kwestiach duchowych?
 
Wcześniej w to nie wierzyłam. Wydawało mi się, że jesteśmy na świecie po to, by pracować, by żyć, a nie żeby kogoś kochać. Nie sądziłam, że znajdę kogoś, kto tak dogłębnie mnie całą pozna. W żyłach Billy'ego i moich płynie indiańska krew, to kolejna rzecz która nas łączy. Obie nasze mamy wieszały krzyże w domu i są żarliwymi katoliczkami. Uwielbiam to. Wszystko, co powiedział Jezus, jest super. To jest aż tak proste: bądźcie dla siebie dobrzy. Ojciec uczył mnie o wielu różnych religiach, m.in. o judaizmie - w każdej z nich kryje się niesamowita mądrość. Moja religia jest jednak bardzo prosta i bardzo indiańska. To po prostu energia. Widzę Boga, czy też czymkolwiek on jest, kiedy zaglądam komuś w twarz, kiedy słucham swojego instynktu, kiedy po prostu żyję. Na świecie jest tyle piękna i ciepła; odnajduję je w ludziach. Nie wierzyłam w to, dopóki nie poznałam Billy'ego, a kiedy to się stało, dosłownie jakbym wpadła na ścianę i nie mogła oddychać. Nie wiem, na czym to polega. Najdziwniejsze, że on potrafi mnie uspokoić. Kiedy tracę głowę, on jednym spojrzeniem uspokaja mnie, sprawia, że wracam do rzeczywistości i osiągam skupienie. Udaje mu się to, nawet jeśli wszyscy inni myślą, że jestem głupia, okropna i szalona. On tak nie myśli. Dopóki będę wobec siebie szczera, tak długo on będzie mi w tym pomagał. Pragnę być przy nim i podziwiać go takiego, jaki jest na co dzień. Kocham go bardziej niż samą siebie. Jest dla mnie bardzo ważny. Oboje chcemy dzielić ze sobą życie.


[Yola Czaderska-Hayek]