Johnny Depp gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Na ekrany polskich kin wszedł niedawno film "Blow", w którym grasz główną rolę. Twój bohater to postać autentyczna - człowiek, który z handlu narkotykami uczynił prawdziwy przemysł. Dlaczego zgodziłeś się zagrać kogoś takiego?

Johnny Depp: Rzeczywiście, z początku wydaje się, że George Jung, w którego się wcielam, to niezbyt przyjemny gość. Przemycał narkotyki, porzucił rodzinę... Tymczasem, gdy poznałem prawdziwego George'a, zrozumiałem, że to człowiek, w którym kryje się coś więcej. Spędziłem z nim dwa dni w zakładzie karnym w Otisville. Okazał się bardzo miłym, sympatycznym i inteligentnym facetem. Po prostu starał się robić to, co umiał najlepiej. Żądza pieniądza zrodziła się w nim pod wpływem chorobliwie chciwej matki, przez całe życie jednak miał w głowie ideały, jakie wpajał mu ukochany ojciec... Pomyślałem, że to byłoby ciekawe wyzwanie, zagrać takiego człowieka.

Opowiedz o swoich rozmowach z George'em. Czy zwierzył Ci się, jaki był jego najlepszy i najgorszy moment w życiu?

Wydaje mi się, że George wciąż wraca myślami do dawnych lat, kiedy sprawy nie zaszły jeszcze zbyt daleko. Nie sądzę, żeby miło wspominał czasy, kiedy zajmował się przemytem. Rozpamiętuje raczej dni swojej młodości - zanim zaczął szkodzić sobie i innym. A najgorsza rzecz, jaka spotkała go w życiu? Z pewnością utrata córki. Kiedy trafił do więzienia, nie mógł zrobić nic, aby ją odzyskać. Najsmutniejsze jest to, że George nadal siedzi w więzieniu. To bardzo silny, bardzo pozbierany człowiek, ale nie stanowi już zagrożenia dla społeczeństwa. Spłacił swój dług, dostał nauczkę. Ma wielkie wyrzuty sumienia. Załamał się, widząc, jakie efekty przyniosła wpojona mu w dzieciństwie chciwość. Można go potraktować jako ofiarę, która przeistoczyła się w potwora. Naprawdę stał się potworem. Użyłem nawet tego słowa w rozmowie z nim. Nie ma tego wprawdzie w ostatecznej wersji filmu, ale jakiś czas temu umieściłem w scenariuszu wypowiedź, w której George to potwierdza. W scenie na sali sądowej mówi: "Jestem potworem. Sprowadziłem do kraju ogromną masę kokainy. To ja uzależniłem od niej wasze dzieci. Jestem okropnym człowiekiem". Zapytałem go: "Czy czujesz się jak potwór?" Odrzekł: "Zdecydowanie tak, bez dyskusji". Nie sądzę, żeby zaniedbywał swoją córkę. Wydaje mi się, że chciał doprowadzić do końca ostatnią operację, żeby móc się wycofać. Wierzę, że to prawda. Jestem przekonany, że postanowił sobie: "Dobra, jeszcze ten ostatni raz i wyskakuję z tego na zawsze". Wszystko jednak zakończyło się tragicznie.

A jakie jest Twoje zdanie na temat narkotyków?

Kiedy powiesz komuś: "Nigdy tego nie rób", możesz mieć pewność, że natychmiast poleci i to zrobi. Przypomnij sobie prohibicję. Kiedy powiedzieli: "Dobra, koniec z alkoholem, nikt więcej nie pije", ludzie, którzy nigdy wcześniej nie zaglądali do kieliszka, nagle postanowili się napić, bo to było zakazane. A jeśli powiesz: "Nie rób tego, bo ja to robiłem i wiem, czym to grozi - wiem, przez co sam przeszedłem"... Często się zdarza, że ktoś idzie do baru, tankuje ostro, a potem siada za kierownicą i powoduje wypadek albo przejeżdża kogoś. Albo robi się agresywny, wdaje się w bójkę, trafia do aresztu - diabli wiedzą, co się może wydarzyć. Marihuana w porównaniu z alkoholem jest dość łagodnym narkotykiem. Nie wyzwala agresji, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Niewiele samochodów rozbiło się dlatego, że ich kierowcy palili marihuanę. Nie mówię, że alkohol jest gorszy niż trawka. Ale wydaje mi się, że dowiedziono już tego.

Pracowałeś w Hiszpanii z hiszpańskimi aktorami. Czy ich poczucie humoru różniło się od Twojego?

Przekonałem się, że Jordi Molla w stu procentach kwalifikuje się do wariatkowa, a Penelope Cruz niewiele mu ustępuje. To niesamowici, zabawni ludzie. Dzieliła nas taka przepaść kulturowa, że nie spodziewałem się, aby przemawiało do nich moje szczeniackie, durne i zboczone poczucie humoru. Tymczasem chwytali wszystko w lot, nawet najbardziej absurdalne kawały. Javier Bardem to niesamowicie dowcipny facet. I piekielnie utalentowany. (Obaj panowie spotkali się na planie filmu "Zanim zapadnie noc" - od red.)

Jak się udała współpraca z Franką Potente na planie filmu "Blow"? Franka jest trochę zwariowana. Ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie ma wewnętrznych obaw, jest ciekawa świata i często się śmieje. Polubiłem ją od pierwszej chwili. To świetna dziewczyna i bardzo zdolna aktorka. Spodobała mi się jej ciekawość i dociekliwość. Jest w niej jakaś niewinność. Można jej powiedzieć cokolwiek i ona w to uwierzy. To takie słodkie, czyste i niewinne. Byłem też pod wielkim wrażeniem jej pracy. Zaimponowało mi, jak szybko opanowała angielski. Głupio się poczułem, bo - jak wiesz - mieszkam we Francji już jakiś czas i wciąż jeszcze borykam się z językiem. Moja mała córeczka mówi po francusku lepiej ode mnie.

Jedno z australijskich czasopism umieściło Cię wśród najpiękniejszych ludzi świata...

Jeśli chodzi o ustalanie kanonów piękna w kategoriach okładek czasopism, to nie jestem w tym szczególnie dobry. Wydaje mi się, że większą rolę odgrywa tu dobry makijaż czy światło, niż ja sam.

Chciałabym zapytać Cię o wspomnienia z planu "Edwarda Nożycorękiego". Do czego najchętniej wracasz pamięcią?

Zanim zobaczyłem gotowy film, udałem się do studia, gdzie Danny Elfman (kompozytor muzyki do "Edwarda Nożycorękiego" - Y.Cz.-H.) i Tim (Burton - Y.Cz.-H.) pracowali nad nagraniem ścieżki dźwiękowej. Była tam potwornie wielka orkiestra, dosłownie morze muzyków. Zaczęli grać główny temat z "Edwarda...". Nie minął ułamek sekundy, a ja już stałem cały we łzach. Spływały mi ciurkiem po twarzy. Ta muzyka mnie rozwaliła. Do dziś zresztą działa na mnie w ten sposób.

Nie doszło do realizacji "Don Kichota" w reżyserii Terry'ego Gilliama. Bohater stworzony przez Cervantesa to ekscentryczny, szalony, nieprzewidywalny idealista. Czy czujesz jakiś związek z tą postacią? Co skłoniło Cię do zainteresowane się tą produkcją?

Spodobało mi się, że Gilliam znacznie odszedł od książki, choć opowieść Cervantesa stanowi integralną podstawę i siłę napędową filmowej historii. To zakręcona rzecz w stylu Terry'ego Gilliama, kompletne szaleństwo. W "Don Kichocie" miałem zagrać faceta nazwiskiem Toby Grossini. To naprawdę okropny typ, uosobienie wszystkich negatywnych cech. Żyje we współczesnym świecie i nagle odbywa podróż w czasie. Don Kichotowi wydaje się, że jestem Sancho Pansą, no i zaczyna się. Ta wersja naprawdę bardzo miał różnić się od klasycznej powieści Cervantesa.

Nie chciałbyś znowu zająć się reżyserią?
Chciałbym do tego powrócić gdzieś w przyszłym roku. Jeśli ktoś da mi na to pieniądze, z przyjemnością stanę za kamerą.



[Yola Czaderska-Hayek]