John Travolta gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Mój mąż Ed, kapitan linii lotniczych American Airlines, powiedział mi, że w jego firmie zdawałeś egzamin i otrzymałeś licencje latania na Boeingach 727 i 707.

John Travolta: To prawda, Yolu. Bardzo miło mi się rozmawiało z Edem. Dużo mi też dały jego wskazówki na temat pilotażu.

Co skłoniło Cię do udziału w filmie "Kod dostępu"?

Pierwsze cztery strony scenariusza to najlepsza sekwencja wstępna, jaką w życiu widziałem. Bohater, którego gram, wygłasza kazanie na temat Hollywood w tak naturalny sposób, że nie wiadomo, czy to początek filmu, czy może wykład o filmie - ten pomysł zachęcił mnie najbardziej. Pomyślałem sobie: to znakomity kąsek dla aktora, usiąść sobie i powiedzieć ten tekst tak, żeby miało to wdzięk i styl. Już na samym początku spodobał mi się język dialogów. Stwierdziłem też, że to bardzo nowoczesna i bardzo aktualna historia; czegoś takiego jeszcze nie było na ekranie. Chciałem nakręcić film akcji, który miałby w sobie coś nietypowego. Zresztą, jeśli w ogóle biorę udział w filmie akcji, to musi to być produkcja na wysokim poziomie, zarówno pod względem fabuły czy konstrukcji postaci, jak i realizacyjnego stylu. Wydaje mi się, że "Kod dostępu" właśnie zrobiony jest w dobrym stylu.

Sekwencja otwierająca film jest znakomita. Czy kręciliście ją w jednym długim ujęciu?

Tak, było to jedno ujęcie i trwało cztery minuty. Niestety na planie były cztery kamery. To chyba jedyna rzecz, jaką zmieniłbym w całym filmie. W montażu ciągle zmieniał się kąt widzenia kamery. Ja widziałem całą scenę z jednego punktu. Dla mnie to fenomenalna sprawa. To jeden z najlepszych filmowych prologów i tak naprawdę dzięki temu zgodziłem się na udział w tym projekcie.

Fabuła "Kodu dostępu" dotyczy tajnych operacji rządowych, zawiera też pewne polityczne podteksty. Jak się na to zapatrujesz?

Na wieść o ciemnych operacjach, o których nie wiedzą nawet ludzie z samej góry, odparłem: "To chyba nieprawda". Reakcją moich rozmówców był śmiech. Okazuje się, że o niektórych rzeczach nawet prezydent nie powinien wiedzieć - i nie wie. Dla mnie ten temat jest fascynujący. Przecież w moim otoczeniu dzieje się tyle rzeczy, o których nie mam pojęcia. Równie dobrze gdzieś tam w tle mogą się toczyć jakieś supertajne operacje na wielką skalę. Na planie towarzyszył mi cały czas rządowy ekspert, który rzeczywiście zajmował się takimi sprawami. Najdoskonalszym przykładem agenta od ciemnych operacji jest chyba Oliver North. Jego historia to ciekawa analogia do naszej szpiegowskiej opowieści.

W jaki sposób budowałeś swoją postać?

Musiałem się upewnić, do jakiego stopnia sytuacja pokazana w filmie jest realistyczna. Czy coś takiego mogłoby się wydarzyć naprawdę? Kiedy zyskałem pewność, że konkretne sceny rzeczywiście mogą wyglądać tak, a nie inaczej, miałem już podstawy, aby uwiarygodnić cały pomysł supertajnych akcji. Zmiana wyglądu zewnętrznego to już łatwizna, bardzo pomocne okazały się przy tym dialogi. Jeśli mój bohater tak autorytatywnie wypowiada się na temat filmu, to musi być inteligentnym graczem. Podczas swoich operacji posługuje się przenośniami i analogiami (np. do Houdiniego). To artysta, ma w sobie ciut więcej dumy niż przeciętny agent rządowy. To taki supernowoczesny James Bond, tylko że na serio. Zna wszystkie najnowsze technosztuczki, zawsze jest o krok przed wszystkimi, ma ogromną klasę, no i oczywiście musi być przez cały czas wiarygodny.

Jak udaje Ci się utrzymywać artystyczną formę i zachowywać wewnętrzną równowagę?

Żyję pełnią życia. Nie zamykam się w wieży z kości słoniowej. Bywam w różnych miejscach, spotykam się z ludźmi, rozmawiam z nimi, z ciekawością słucham tego, co mówią. Uwielbiam improwizować, mam zresztą paru przyjaciół aktorów, z którymi jestem w stanie godzinami toczyć improwizacje. Dużo mi to daje, no i przy okazji świetnie się bawię. Radość z odegrania dobrze napisanej roli to najpełniejszy rodzaj satysfakcji, jaką odczuwam. Na przykład tego dnia, gdy nakręciliśmy sekwencję otwierającą "Kod dostępu" - kiedy skończyliśmy, naprawdę miałem poczucie dobrze wykonanej roboty.

John, dlaczego zrzuciłeś wagę do tego filmu? I jak Ci się to udało?

Joel Silver (producent - Y.Cz.-H.) powiedział mi: "Słuchaj, w 'Kodzie dostępu' musisz świetnie wyglądać, bo masz zagrać superszpiega z klasą. Czy mógłbyś zrzucić trochę kilogramów?" Pomyślałem, że to okazja, by popracować nad kondycją i odparłem: "W porządku, ale to ty płacisz za instruktora". Zgodził się. Dobiliśmy targu i zacząłem ćwiczyć. Potrzebna mi jednak była motywacja; ktoś, kto wymagał, żebym dobrze wyglądał na ekranie.

Zawsze miałeś takie nastawienie do tego, jak Twoja postać prezentuje się przed kamerą?

W trzech filmach zagrałem z dużą nadwagą. Zarobiły po sto milionów każdy. Doszedłem do wniosku, że widzowie raczej nie przychodzą do kina, by podziwiać moje ciało. W "Michaelu" schodzę po schodach z papierosem zwisającym z ust, drapiąc się po głowie - jeżeli dzięki temu film zarabia sto milionów, to naprawdę nie ma znaczenia, czy jestem szczupły, czy nie. To samo w "Pulp Fiction", tam się przecież rozbieram. Nie znaczy to jednak, że pracując w filmie, nie pracuję nad formą. Grałem już role, które tego wymagały, m.in. w "Tajnej broni", "Bez twarzy" czy "Córce generała", gdzie wcielam się w wojskowego. Taka rola nakazuje, aby na ekranie dobrze wyglądać, a ja staram się uczciwie podchodzić do swojego rzemiosła. Na ogół jednak staram się pofolgować swemu ciału, gdy mam pewność, że widzowie chcą patrzeć na to, jak gram, a nie jak się prezentuję.

Co myślisz o Hugh Jackmanie, który razem z Tobą gra w "Kodzie dostępu"?

Uwielbiam go. Fantastycznie nam się pracowało. To Clint Eastwood i Sean Connery w jednym. Może zagrać wszystko, jest naprawdę świetny.

Podobno któregoś wieczoru razem śpiewaliście piosenki z "Grease"...

Hugh kapitalnie śpiewa. W Anglii zagrał w musicalu "Oklahoma". Był ciekaw, czy ciągle jeszcze stać mnie na taki falset, jak w "Grease". Zacząłem śpiewać, no i chwilę później do mnie dołączył. Cóż, człowiek się trochę nudzi między ujęciami...

Jak ważni są dla Ciebie scenarzyści?

Są bardzo ważni. Tak naprawdę to oni tworzą moją karierę. Dzięki nim zagrałem role, o istnieniu rzeczy o których nie miałem wcześniej pojęcia. Zdaję sobie sprawę, że o wiele lepiej wychodzi mi wybieranie ról spośród konkretnych propozycji niż wymyślanie jakichś własnych projektów. Dla mnie więc scenarzyści to klucz do przyszłości. W tej chwili gdzieś jakiś autor tworzy coś, o czym ja bym nawet nie pomyślał, a do mnie spłyną owoce jego pracy. Staram się przekazać moim scenarzystom coś w darze: ich wizje przetwarzam w rzeczywistość. Niemniej jednak to, co ja od nich dostaję, jest o wiele ważniejsze.

Skoro mowa o Twojej karierze: jakie role interesują Cię najbardziej?

Gdzieś między czterdziestką a pięćdziesiątką człowiek stara się jakoś określić swoją karierę. To pewien szczytowy punkt, po którym delikatnie przechodzi się do następnego etapu. Na przykład Gene Hackman, Robet Duvall czy Paul Newman zaczęli grać zupełnie inne role, odpowiednie dla swojego wieku. Jeśli chodzi o mnie, to wydaje mi się, że jestem nadal w szczytowej formie. Mam to szczęście, że wytwórnie wciąż oferują mi różnorodne propozycje. Fortuna mi sprzyja.

Chciałbyś jeszcze kiedyś zrealizować jakiś musical?

To niełatwa rzecz. Telewizyjne stacje w rodzaju MTV czy VH1 odebrały filmowym musicalom sporo energii. Wydaje mi się jednak, że Hollywood wciąż nie docenia potencjału, jaki się w nich kryje. Producenci trochę obawiają się tego gatunku, zupełnie niepotrzebnie. Jeśli zbierze się Barbrę Streisand, Johna Travoltę i Lizę Minnelli, można zrobić świetny musical, ale mało kto jest w stanie pojąć, na czym to polega. Gdy kręciliśmy "Gorączkę sobotniej nocy", poszedłem do sali montażowej, gdzie akurat trwały prace nas sceną mojego solowego tańca. Przez dziewięć miesięcy przygotowywałem się do niej - dziewięć miesięcy! A oni zmontowali wszystko w zbliżeniu. Gdy to zobaczyłem, dosłownie się rozpłakałem. Musiałem powiedzieć tym ludziom, jak to się robi. Zacznijcie od planu ogólnego, potem średni plan, kiedy przemierzam parkiet i cześć. Na co komu przez cały czas zbliżenie? To dowód, że ludzie od montażu nie rozumieli muzycznej idei tego filmu. Tu przy okazji pojawia się inna kwestia: jeśli ktoś czegoś nie rozumie, to na ogół się tego obawia. Przez to wszyscy artyści, wszyscy wspaniali ludzie, którzy kiedyś tworzyli musicale, stali się praktycznie dinozaurami. Barbra Streisand i ja od dwudziestu lat rozmawiamy o tym, żeby razem zrealizować jakiś projekt. Przez ten czas wpadło nam w ręce chyba kilka tysięcy scenariuszy. Żaden z nich nie spełniał naszych oczekiwań. Ale jeśli trafimy na odpowiedni materiał, zrobimy musical.

Twoje małżeństwo jest bardzo udane. Jaki jest Twój sposób na trwały i pomyślny związek?

Rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Nie unikać dyskusji na temat związku, na temat naszych potrzeb, chęci, zmian zachodzących z upływem lat, a także obopólnego podtrzymywania tego, co nas łączy. Trzeba mieć absolutną pewność, że się chce, aby ten związek trwał. Obie strony muszą nawzajem znać swoje potrzeby i starać się je spełniać. W miarę upływu czasu staje się to coraz łatwiejsze. Kiedy ożeniłem się z Kelly, podjąłem mocne postanowienie: chcę, aby między nami było zawsze tak jak teraz. Gdy człowiek raz się zdecyduje, nic nie jest go w stanie odwieść z obranej drogi. Pojawiają się oczywiście problemy, ale można je przezwyciężyć. Gdy coś jest nie tak, robi się wszystko, żeby naprawić sytuację i z biegiem lat przychodzi to prawie bez wysiłku. Na początku rzeczywiście jest trudno. Poznajemy się nawzajem, poddajemy się różnym sprawdzianom, boimy się, że nasz partner odejdzie i tak dalej. Potem, gdy zdajemy sobie sprawę, że jest nam ze sobą dobrze, oboje chcemy, aby tak było nadal. Trzeba włożyć w to trochę pracy, ale naprawdę z czasem staje się to coraz łatwiejsze. I coraz przyjemniejsze.



[Yola Czaderska-Hayek]