Ian McKellen gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Udział w ekranizacji "Władcy Pierścieni" wiązał się dla każdego aktora z ogromnym zaangażowaniem. Jak wspominasz swoją pracę na planie filmowym?

Ian McKellen: Dołączyłem do Drużyny Pierścienia w Nowej Zelandii z pewnym opóźnieniem, ponieważ musiałem najpierw skończyć kręcenie "X-Men". Dzięki temu wszedłem do akcji z marszu i nie musiałem przez te początkowe dni kręcić się bez sensu po planie, czekając na swoją kolej. Pierwsza scena z moim udziałem to oczywiście Gandalf jadący tym swoim wozem do Bag End na spotkanie z Ianem Holmem. Gdy tylko kamera poszła w ruch, nabrałem pewności, że wszystko pójdzie gładko. Ogromnie polubiłem Petera Jacksona, gdy spotkaliśmy się w Londynie. Zaproponował mi wtedy rolę i pokazał kilka projektów graficznych. Nie znałem wówczas jeszcze wielu aktorów, chociażby Iana Holma. Nigdy wcześniej razem nie pracowaliśmy. Jednak kiedy pojawiłem się w Nowej Zelandii, zrozumiałem, jak ważne dla tego kraju jest to przedsięwzięcie. "Władca Pierścieni" dał paru tysiącom ludzi pracę. Obojętne, czy chodziło o przygotowanie rekwizytów, kostiumów czy scenografii. Na moich oczach w Nowej Zelandii zrodził się przemysł filmowy, specjalnie po to, by przenieść "Władcę..." na ekran. Jako jeden z niewielu przybyszów z zewnątrz byłem pod wielkim wrażeniem radości i entuzjazmu panującego na planie. Oczywiście cały czas towarzyszyło nam poczucie ogromnej odpowiedzialności - ożywialiśmy przecież jeden z największych literackich mitów XX wieku. Niemniej jednak często miałem uczucie, jakbyśmy kręcili dla własnej przyjemności film z grupką przyjaciół. To zasługa Petera Jacksona, który jest wspaniałym człowiekiem, ani mu w głowie zadzieranie nosa. Kiedy myślę w tej chwili o pracy nad "Władcą Pierścieni", wydaje mi się, że mimo iż ten projekt wymagał naprawdę wiele od każdego z nas, przede wszystkim świetnie się bawiliśmy. Łączyła nas wiara w to, że pewne historie warto opowiadać na nowo językiem współczesnego kina.

Podobno Peter Jackson tak naprawdę jest hobbitem...

O tak, w jakimś sensie na pewno. Nie nosi butów, ale to samo da się powiedzieć o większości jego rodaków. To niesamowite, gdy w stolicy Nowej Zelandii ludzie chodzą boso po supermarkecie. Dzięki temu mają bezpośredni kontakt z ziemią, co nie jest bez znaczenia dla filmu opowiadającego o Śródziemiu, prawda? Poza tym Peter jest bystrzejszy niż przeciętny hobbit. Oczywiście też lubi dobrze zjeść i wypić, ale jaki w tym ciele kryje się umysł! Jaka wytrwałość i determinacja! To najłagodniejszy człowiek, jakiego znam. Zawsze jest skory do żartów, nigdy nie wpada w złość, umie zapanować nad sobą. Ma przy tym cenny dla reżysera dar odpowiedniego dobierania ludzi do filmu. Nie chodzi tylko o aktorów. Peter umie zadbać, aby ci, z którymi pracuje, oprócz zawodowych kwalifikacji mieli też odpowiedni charakter. Podczas pracy nad "Władcą Pierścieni" dostał absolutnie wolną rękę. Ci z New Line Cinema bardzo sympatycznie się zachowali. Nie było żadnych nacisków w rodzaju: musi u was zagrać Sean Connery, Anthony Hopkins czy Meryl Streep, bo inaczej nici z filmu. Nic z tych rzeczy. Powiedzieli Peterowi: "Zaangażuj tych, którzy są ci naprawdę potrzebni". Kiedy więc dostałem tę rolę, pomyślałem sobie: stało się tak, ponieważ Peter chciał, żebym to właśnie ja zagrał u niego. To bardzo miłe. Reżyser byłby głupcem, gdyby powodzenie "Władcy Pierścieni" uzależnił tylko od efektów specjalnych czy też od samej tylko popularności książki Tolkiena. Na planie musieli się znaleźć dobrzy aktorzy, a w tym filmie jest ich naprawdę wielu. Przecież w tej opowieści przewija się tyle wspaniałych postaci: Aragorn, Boromir, hobbici, czarodzieje. Wydaje mi się, że Peter znakomicie dobrał obsadę. I, co istotne, najważniejszym kryterium był dla niego aktorski talent, a nie gwiazdorski status.

Walka dobra ze złem to jeden z najważniejszych tematów w historii literatury. Jak w tym kontekście odbierasz historię opowiedzianą we "Władcy Pierścieni"?

To przede wszystkim opowieść przygodowa na temat sojuszu utworzonego, by pokonać wszelkie zło. Brzmi jakby znajomo, prawda? Ale to nie narody łączą swe siły, lecz przedstawiciele rozmaitych ras Śródziemia. To taka żałośnie mała grupka, która wyrusza stawić czoła złu, ono zaś niemal natychmiast niszczy ją od środka. Tolkien pisał tę książkę podczas pierwszej, a potem drugiej wojny światowej, gdy jego syn walczył gdzieś na północy Europy. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wyobrażając sobie Saurona, autor musiał myśleć o Hitlerze. Sauron, Władca Pierścieni, nie jest w ogóle opisany w książce. To postać zbyt wielkiego kalibru, by można ją poddać jakiemukolwiek opisowi. Mnie to nie przeszkadza. Wydaje mi się, że Tolkienowi nie chodziło tylko o napisanie baśniowej historii. Próbował raczej stworzyć pewien mit. Pewne podłoże dotyczące historii minionych czasów, które stanowiłoby dla ludzi jakiś punkt odniesienia. W tej powieści zawarte jest wspaniałe przesłanie moralne, dlatego według mnie to świetna książka, po którą mogą sięgnąć nasze dzieci. To nie jest bezmyślna rozrywka oparta na scenach walki niczym w grze komputerowej. Tu liczy się co innego. W historii opowiedzianej przez Tolkiena naprawdę ogromne znaczenie ma kwestia, kto zwycięży. Przynajmniej dla czytelników powinna mieć.

Tolkien zapewniał, że jego powieść nie ma nic wspólnego z drugą wojną światową. Niemniej jednak w opinii wielu krytyków we "Władcy Pierścieni" odnaleźć można wojenne echa. Minęło sporo czasu i świat bardzo się zmienił, książka jednak nie straciła na popularności. Jak byś wytłumaczył ten fenomen?

Kiedy Tolkien pisał: "To nie jest książka o drugiej wojnie światowej", wydaje mi się, że miał na myśli: "To nie jest książka tylko o drugiej wojnie światowej". Zależało mu na tym, aby nie doszukiwać się aluzji do konkretnych wydarzeń czy osób. "Władca Pierścieni" to historia ponadczasowa, odnosi się do pewnych uniwersalnych wartości. Takich, jak relacje między ludźmi, nasze postrzeganie dobra i zła czy choćby kwestia, co możemy zrobić, aby nasz świat stał się lepszy. Ta opowieść jest wiecznie aktualna. Przeczytałem niedawno kilka recenzji naszego filmu; ku mojemu zdziwieniu krytycy doszukiwali się nawiązań do niedawnych wydarzeń. Widać więc jasno, jak ważne jest to, o czym pisał Tolkien. Peter Jackson, robiąc "Władcę Pierścieni", nie starał się uprościć tego przesłania, nie próbował zrobić uwspółcześnionej wersji książki. Jego zamierzeniem było jak najwierniej przekazać na ekranie wszystko, co pisarz zawarł na papierze. A dlaczego "Władca..." jest wciąż popularny? Chyba dlatego, że ludzie po prostu lubią książki, od których nie można się oderwać. To bardzo długa powieść, ale wciąga co najmniej tak samo, jak Dickens. Człowiek czyta rozdział za rozdziałem, chcąc wiedzieć, co się dalej wydarzy. Nasz film oferuje przeżycie trochę innego rodzaju. Wyobraź sobie, że za dwa lata będziesz mogła pójść do kina i obejrzeć całą trylogię w ciągu jednego dnia. W przypadku powieści to niemożliwe. Nie da się przeczytać "Władcy Pierścieni" w jeden wieczór.

Ostatnio coraz częściej pojawiasz się w rolach typowych raczej dla kina akcji. Jak sobie radzisz z fizyczną stroną Twojego zawodu?

Rozmawiasz z aktorem, który grał Hamleta. Na końcu dramatu jest dziesięciominutowa scena pojedynku z Laertesem. To samo w "Makbecie", w finale bohater też walczy. Nie tak dawno grałem w teatrze Kapitana Haka. Spróbuj bić się z Piotrusiem Panem, który jest trzy razy młodszy, a Ty jeszcze masz na sobie buty na wysokim obcasie i wspinasz się po linach okrętu "Jolly Roger" (śmiech). W swojej karierze miałem do czynienia z wieloma rolami wymagającymi fizycznego wysiłku. Koriolan na przykład walczy praktycznie przez cały czas. Przyzwyczaiłem się więc do myśli, że dynamiczna akcja jest istotnym składnikiem opowieści. Widziałaś "Ryszarda III"? Tam dzieje się całkiem sporo. Także w przypadku Gandalfa podoba mi się, że jest on człowiekiem czynu, zwłaszcza w drugiej i trzeciej części. Choć nie tylko, to postać o znacznie szerszej perspektywie. Ma fantastyczne poczucie humoru. Tolkien świetnie przybliża czytelnikom tego bohatera; robi to powoli i stopniowo. Na samym początku wydaje się, że Gandalf to po prostu stary zrzęda, który nie ma pojęcia, co się na świecie dzieje. Lubi sobie pojeść, wypalić fajeczkę, napić się z hobbitami. A potem dość nieoczekiwanie zamienia się w mędrca próbującego ocalić Śródziemie. Zauważyłaś, że Gandalf nie nosi okularów? Ma niesamowity wzrok, jak na takiego starca. To człowiek, który potrafi kochać, który zna wartość przyjaźni. Łączy w sobie wielką siłę, wielki umysł i wielkie serce. Fascynująca postać.

Tuż przed "Władcą Pierścieni" wszedł na ekrany "Harry Potter", w którym Richard Harris gra czarodzieja nieco podobnego do Gandalfa. Czy jest to dla Ciebie pewnego rodzaju rywalizacja?

Nie mam powodu rywalizować o cokolwiek z innymi aktorami. Jeśli gram Gandalfa, to o co mam się bić? Rolę przecież dostałem (śmiech). Poza tym nie powstaje w tej chwili żaden konkurencyjny "Władca Pierścieni" (śmiech). Cieszę się, że Richard gra taką, a nie inną postać i życzę mu powodzenia, ale tak naprawdę to ja wcielam się w lepszego czarodzieja (śmiech). Jestem tym czarodziejem, na którym Rowling wzorowała czarodzieja wymyślonego przez siebie. To ja jestem ten prawdziwy - albo raczej Gandalf jest (śmiech). Zawsze mnie zasmuca, że przy okazji wszelkich Złotych Globów czy Oscarów aktorzy wydają się stawać w szranki o rozmaite trofea. To nie tak. Rzeczywiście, w momencie otwierania koperty napięcie sięga zenitu, bo każdy chciałby wygrać. Ale tak naprawdę między nami, aktorami, nie ma żadnej rywalizacji. Dlaczego więc bierzemy udział w ceremoniach rozdania nagród? Głównie dlatego, że zwracają one uwagę ludzi na to, co robimy, na naszą pracę. Nie ma sensu być aktorem, jeśli nikt nie chce cię oglądać, to jasne. Powtarzam jednak, nie rywalizujemy między sobą. Ja na przykład cieszę się z filmowych czy scenicznych sukcesów moich kolegów. Czasami nawet myślę sobie: O rany, ale on fantastycznie zagrał, nie wiem, czy ja bym tak umiał! Dzięki temu przynajmniej mogę się czegoś nauczyć. Nie postrzegam tego w kategoriach: kto jest lepszy, a kto nie.

Wracając jeszcze do "Harry'ego Pottera": w obydwu filmach czarodzieje przedstawieni są w dość podobny sposób, wyglądają nawet niemal identycznie. Te długie brody, szpiczaste kapelusze... Na pierwszy rzut oka widać, że parają się magią. Tolkien tego wizerunku nie wymyślił.

No cóż, przed Gandalfem istniał przecież Merlin. Chociaż nie sądzę, żeby dzisiaj zbyt wiele osób orientowało się, kim był Merlin i czym się zajmował. Wydaje mi się, że wizerunek czarodzieja został ustalony w przeciągu ostatniego stulecia. Skąd się wziął ten błękitny kapelusz w gwiazdki? Sam nie wiem. Tolkien przynajmniej opisuje wygląd Gandalfa bardzo konkretnie. Alan Lee i John Howe, rysownicy, którzy ilustrowali "Władcę Pierścieni", mieli również głos doradczy na planie. Wraz z nimi Peter Jackson i ja zebraliśmy do kupy wszystkie szczegóły i na ich podstawie stworzyliśmy filmową postać Gandalfa. Ale kto tak naprawdę stworzył ten archetypiczny wizerunek czarodzieja, nie mam pojęcia. A skąd się wziął Święty Mikołaj? Ani chybi z reklamówki coca-coli. Ale czy to faceci od coca-coli wymyślili Świętego Mikołaja? Przykro mi, nie wiem, co mam odpowiedzieć. Może się w to kiedyś zagłębię.

Gdy ogłoszono zielone światło dla "Władcy Pierścieni", byłam zaskoczona, że realizację projektu o wartości prawie 300 milionów dolarów powierzono trzydziestoletniemu reżyserowi, który do tej pory praktycznie nie miał styczności z tak wielkimi produkcjami. Jak ze swojej perspektywy oceniasz jego pracę? Jak Peter Jackson radził sobie, gdy na planie coś poszło nie tak?

Nigdy nie widziałem, żeby na planie coś poszło nie tak. To wprost niewiarygodne. A zdarzało się, że Peter nie tylko reżyserował sceny z moim udziałem, ale w tym samym czasie leciał do studia po drugiej stronie ulicy nakręcić jakąś inną scenę, a przy okazji na małym monitorze podglądał pracę drugiej ekipy i dawał im rady albo rozmawiał z ludźmi robiącymi panoramiczne ujęcie z helikoptera. Czasami miał do czynienia z czterema ekipami filmowymi jednocześnie, nigdy jednak nie obciążał nas swoimi problemami. Jeżeli w ogóle były jakieś problemy, to ja nic o nich nie wiem. Za świetną organizację na planie należą się podziękowania Barriemu Osbornowi. Peter siedział sobie na bosaka, wiecznie w tej samej koszulce. To znaczy, nie nosił jednej przez cały czas. Miał dwie identyczne (śmiech). Zawsze wiedział, co się dzieje dookoła, zawsze skoncentrowany na pracy, zawsze z Tolkienem pod ręką, no i bez przerwy zarażał nas swoim entuzjazmem: "Czy to nie fantastyczne, że robimy ten film?" Zupełnie jak dziecko, które wciąż nie mogło uwierzyć własnemu szczęściu. Ale jeśli zapytasz mnie o jakieś anegdoty z planu, nic mi nie przychodzi do głowy. Peter przez cały czas był po prostu niezawodny. Mogłem porozmawiać z nim na każdy temat, poprosić o wszystko. Czy na przykład możemy zmienić to i owo w scenariuszu? Owszem, możemy. Miałem parę pomysłów, które chętnie zaakceptował, bo wydały mu się korzystne dla filmu. No cóż, przepraszam, pewnie powinienem zaserwować teraz kilka zakulisowych historii, ale naprawdę nie wiem, co mógłbym Ci opowiedzieć. Rzecz w tym, że Petera po prostu odbiera się takiego, jaki jest naprawdę. To nie jest facet, który chroni swoją pozycję poprzez rozszerzanie swej władzy. On wie, czego chce, wie też, o co chodziło Tolkienowi. Najsubtelniej jak można jest w stanie przekonać Cię, że jesteś w stanie mu pomóc - i że chcesz to zrobić.

Wydaje się, że w ostatnich latach Hollywood coraz chętniej angażuje aktorów z Wielkiej Brytanii. Czy to ze względu na doskonałe kwalifikacje, czy też może dlatego, że dla Amerykanów wszystko, co brytyjskie, jest w pewnym stopniu egzotyczne?

Aktorzy z Wielkiej Brytanii umieli zaistnieć w Hollywood od samego początku. Charlie Chaplin był Brytyjczykiem. Stan Laurel również. Tak samo Elizabeth Taylor czy Bob Hope (śmiech). Nawet Clark Gable - a może się mylę? (od Yoli: i rzeczywiście Ian się myli, Clark Gable urodził się w Cadiz w stanie Ohio). Cary Grant pochodził z Bristolu, zawsze więc w Hollywood sporo było nabytków z Europy, oczywiście nie tylko z Wielkiej Brytanii. W przypadku "Władcy Pierścieni" mamy do czynienia z książką napisaną przez Anglika, Peter Jackson zdecydował więc, że w filmie brytyjskie akcenty muszą być widoczne. Naturalne więc wydało się zaangażowanie aktorów ze Zjednoczonego Królestwa. Rzeczywiście, ostatnio w Hollywood pojawiło się wiele nowych twarzy, które u nas, w Anglii, są doskonale znane ze scen czy ekranów. Jesteśmy zresztą w tej dobrej sytuacji, że w Wielkiej Brytanii dla aktorów zawsze znajdzie się jakieś zajęcie. Mamy mnóstwo teatrów, świetnie rozwinięty przemysł telewizyjny, nawet więc jeśli ktoś nie dostanie roli w prestiżowej superprodukcji, zawsze może zaistnieć w inny sposób. Takie doświadczenie też jest bardzo cenne. Nie stawiałbym jakiejś bariery pomiędzy brytyjskimi a amerykańskimi aktorami. Na pewno takiej bariery nie ma we "Władcy Pierścieni", który jest międzynarodowym filmem. Podobnie jak książka, która przemawia jednakowo do każdego, niezależnie od narodowości. Filmowego "Władcę" finansował Hollywood, występują znakomici Amerykanie, choćby Viggo Mortensen, Elijah Wood czy Sean Astin, ale znalazło się też paru Brytyjczyków, Australijczyków, Nowozelandczyków. Statyści i ekipa techniczna pochodzą z Nowej Zelandii. Projektanci kostiumów również. Peruki zrobiono w Anglii. Jednym słowem, kilka krajów zapracowało na ostateczny kształt filmu, trudno więc wysnuć z tego jakieś wnioski na temat narodowościowych trendów w Fabryce Snów. No, może jeden: dlaczego wszystkie duże produkcje w Hollywood muszą traktować o tym, co interesuje tylko Amerykanów? Przydałoby się więcej filmów dotyczących spraw nie tylko Ameryki, ale i całego świata.



[Yola Czaderska-Hayek]