Peter Jakcson gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Mówiąc o "Władcy Pierścieni", nie sposób uniknąć rozmów o mitologii. Czy według Ciebie współczesny widz jest w stanie odczytać z ekranu przekaz składający się z metafor i symboli?

Peter Jackson: Mitologia Tolkiena jest uniwersalna i w tym jej siła. Tolkien pisał książkę w późnych latach 30., potem w 40. Wiadomo, co się wtedy działo na świecie. Autor oczywiście zaprzeczał, że jego powieść ma z tym cokolwiek wspólnego. No i co? Nawet dzisiaj ludzie porównują "Władcę Pierścieni" do aktualnych wydarzeń. Nie ulega wątpliwości, że Tolkienowi udało się stworzyć naprawdę ponadczasowy mit. Nawet gdybyśmy przeczytali tę książkę, żyjąc w epoce Napoleona, również pewnie znaleźlibyśmy jakieś zgodności z historią tamtych czasów. Do mnie najsilniej przemawia wątek przyjaźni Froda i Sama. Ci dwaj hobbici są niczym oficer i jego ordynans z czasów pierwszej wojny światowej. Być może Tolkien korzystał tu z własnych doświadczeń? Poza tym temat władzy, która deprawuje, również jest dla mnie istotny. Czy Pierścień jako cudowna broń powinien zostać wykorzystany przez siły dobra, czy też powinien zostać ostatecznie zniszczony? Tego typu kwestie wydają się aktualne szczególnie dzisiaj.

Kiedy po raz pierwszy przeczytałeś "Władcę Pierścieni"?

Kiedy miałem osiemnaście lat. Drugi raz sięgnąłem po książkę dopiero wtedy, gdy zdecydowaliśmy się zrobić na jej podstawie film. Nie należę do tych zapaleńców, którzy muszą przeczytać całą trylogię przynajmniej raz do roku. Oczywiście, uwielbiam powieść Tolkiena, ale tak naprawdę cała historia z filmem zaczęła się od tego, że miałem wielką ochotę nakręcić jakąś sagę fantasy odrobinę w starym stylu. Bardzo lubię pierwszego "King Konga" i produkcje Raya Harryhausena: "Podróże Sindbada" czy "Jazon i Argonauci". Widziałem je jako dziecko i zawsze marzyłem, żeby kiedyś zrobić coś podobnego. Pierwsze rozmowy na ten temat zaczęły się w 1995 roku. Nie chodziło nawet o "Władcę Pierścieni", mieliśmy zamiar zrealizować film fantasy według oryginalnego scenariusza. Ale jakoś tak podczas dyskusji "Władca" nieustannie pojawiał się na zasadzie: powinniśmy zrobić to jak w książce Tolkiena albo: to powinna być historia w stylu Tolkiena. Skoro więc "Władca Pierścieni" stał się naszym punktem odniesienia, doszliśmy wreszcie do słusznego wniosku: a może by tak sprawdzić, co się dzieje z prawami do ekranizacji? Z jednej strony wydawało się to oczywiste, z drugiej jednak obawialiśmy się, że prawa do takiej książki będą dla nas po prostu niedostępne. Że na pewno spoczywają gdzieś w sejfie, wykupione dawno temu przez jakiegoś Disneya, Lucasa czy Spielberga. Jako względnie niezależny filmowiec z Nowej Zelandii, nie spodziewałem się, że kiedykolwiek będę miał szansę przenosić na ekran powieść Tolkiena.

Realizacja filmu trwała bardzo długo i musiała być bardzo wyczerpującym doświadczeniem. Jak wspominasz ten okres?

To było najdłuższa i najcięższa praca, jaką wykonałem w życiu. Ale z psychologicznego punktu widzenia było to bardzo interesujące, w jaki sposób ciało i umysł potrafią współdziałać. Nie jestem, mówiąc delikatnie, najbardziej wysportowaną osobą na świecie, więc obawiałem się, że mogę tego po prostu fizycznie nie wytrzymać. Po trzech miesiącach kręcenia "Heavenly Creatures" (od Yoli: "Niebiańskie istoty") byłem wyczerpany. Realizacja "Przerażaczy" trwała pół roku i dosłownie leciałem z nóg. Myślałem sobie: Boże, jak ja sobie poradzę przez te piętnaście miesięcy? Pod koniec byłem rzeczywiście wykończony, ale ciągnąłem jakoś do przodu, ponieważ umysł podpowiadał mi: nie możesz się poddać. Teraz, kiedy mam to już za sobą, wspominam pracę na planie jako bardzo fajne, zabawne doświadczenie. Naprawdę dobrze się bawiliśmy, było sporo śmiechu. Zaprzyjaźniliśmy się z aktorami. Udało nam się stworzyć wspólnotę ludzi całkowicie poświęconych realizacji filmu. To też pomogło mi przetrwać.

Na jakim etapie znajduje się realizacja następnych dwóch części?

Skończyliśmy montaż "Dwóch Wież". To na razie wstępna wersja, nad którą w tej chwili pracuję. Zaczęło się tworzenie efektów specjalnych do drugiej części. W tej chwili opracowaliśmy już jakieś 250 ujęć. W pierwszym filmie jest takich ujęć 600, tyle samo też będzie w dwójce. Co do "Powrotu Króla", na razie mamy dość surową wersję, w tym roku jednak chciałbym skoncentrować się głównie na drugiej części. Trójką zajmę się na końcu. Zdjęcia do wszystkich filmów zostały zakończone, w tej chwili trwa postprodukcja. Pierwotnie marzyło mi się wypuszczenie całej trylogii w półrocznych odstępach. Zdałem sobie jednak sprawę, że montaż i efekty specjalne zajmują tyle czasu, że w żaden sposób nie udałoby się nam uwinąć z każdym filmem w przeciągu sześciu miesięcy. Musieliśmy wydłużyć te przerwy do roku.

W Nowej Zelandii musisz być teraz bohaterem. Dzięki Tobie nie tylko kręcono w Twojej ojczyźnie jeden z najważniejszych filmów w historii, ale też światu udało się otworzyć oczy na piękno tego wspaniałego kraju. Nowa Zelandia stała się integralną częścią mitu "Władcy Pierścieni".

No tak. Nigdy nie wątpiłem, że Nowa Zelandia to idealne miejsce do sfilmowania "Władcy Pierścieni". W końcu to właśnie stamtąd pochodzę, no i szczerze mówiąc, zawsze im bliżej domu jestem, tym lepiej mi się pracuje. Od samego początku było oczywiste, że kręcimy zdjęcia w moim kraju. Nie chodziło tylko o krajobrazy, ludzi i poziom techniki. Praca w Nowej Zelandii pozwoliła nam sporo zaoszczędzić na budżecie. Już samo to jest niezwykłe, że New Line wyłożyła 90 milionów dolarów na każdy z trzech filmów. To dużo, ale weźmy pod uwagę, że wiele produkcji kosztuje o wiele więcej niż wymagałaby ich realizacja. Gdybyśmy kręcili "Władcę Pierścieni" według amerykańskiego systemu, cały projekt byłby dwa razy droższy. W naszym filmie mamy o wiele więcej efektów specjalnych, plenerów i statystów niż w "Gladiatorze" czy "Pearl Harbor". Dzięki pomocy nowozelandzkiego rządu nie ponieśliśmy aż takich wydatków, co producenci tamtych obrazów. Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć odwiedziła nas pani premier. Zastanawialiśmy się właśnie, skąd zdobyć statystów do scen batalistycznych - zobaczycie je w drugiej i trzeciej części, są naprawdę olbrzymie! Pani premier obejrzała kostiumy, rekwizyty i całą resztę. Na końcu powiedziała: Jeżeli mogę cokolwiek dla was zrobić, powiedzcie. No więc wyskoczyłem z prośbą: Potrzebujemy żołnierzy do paru scen z pola bitwy. Pani premier zwróciła się do ministra obrony, który pojawił się razem z nią. Dajcie im żołnierzy. Jeśli nawet potrzebny będzie cały batalion, dajcie im batalion - powiedziała. No i rzeczywiście w scenach bitewnych zagrała armia Nowej Zelandii. Wszyscy ci faceci założyli hełmy i zbroje, wzięli miecze, łuki i włócznie, no i poszli się bić. Tak sobie myślę, że przy tych cięciach wydatków na obronę, niedawno wprowadzonych przez rząd, walka na miecze stanowiła całkiem przydatny trening dla naszych żołnierzy (śmiech). Naprawdę wszyscy służyli nam wielką pomocą. Zdarzało się, że odwiedzaliśmy okolicznych farmerów z pytaniem: Przepraszam, czy możemy na pana ziemi nakręcić kilka scen?. Zawsze się zgadzali.

Podejrzewam, że po premierze "Władcy Pierścieni" do Nowej Zelandii zaczną napływać turyści...

O, na pewno. Za sprawą "Władcy Pierścieni" dochód narodowy zwiększył się bardziej niż dzięki eksportowi win z ostatnich dwóch lat. Jakieś 90, 95 procent filmowego budżetu wydaliśmy w Nowej Zelandii, co jak na kraj takiej wielkości stanowi ogromną sumę.

Władze twojego kraju pewnie robią wszystko, aby umożliwić rozwój turystyki.

Na pewno, ale to już nie moja rzecz. Do mnie należało nakręcenie filmu. Z tego, co wiem, podczas realizacji rząd desygnował jednego z ministrów do obserwowania prac nad "Władcą Pierścieni". Naprawdę chcą zrobić wszystko, aby przynieść krajowi jak najwięcej korzyści.

Realizacja tak olbrzymiego projektu, jak "Władca Pierścieni" to zadanie bardzo trudne do ogarnięcia przez jednego człowieka. Do jakiego stopnia przed rozpoczęciem zdjęć miałeś w głowie skonkretyzowaną wizję filmu?

To ciekawe pytanie. Ciężko wytłumaczyć, na czym tak naprawdę polega praca reżysera. Przez cały czas pobytu na planie wyobrażałem sobie gotowy film. Oczywiście, w miarę postępów realizacji wymyślony przeze mnie kształt filmu ulegał różnym przemianom. Kiedy czytałem książkę, stawały mi przed oczami konkretne sceny, wizerunki, dorabiałem też do nich muzykę. Potem, gdy projektanci dostarczyli mi swoje rysunki, okazało się, że są o wiele lepsze od tego, co ja próbowałem stworzyć w wyobraźni. Później mnóstwo innych ludzi dołożyło swój twórczy wkład. Najwspanialszy moment nastąpił, gdy do akcji włączyli się aktorzy. Spróbuję to wyjaśnić: kiedy pracowaliśmy nad scenariuszem, trzeba było wczuć się we wszystkie postacie z "Władcy Pierścieni". Jeżeli, dajmy na to, pisałem kwestię Gandalfa, musiałem myśleć jak Gandalf. Następna linijka dialogu należała, powiedzmy, do Froda, więc musiałem dobierać słowa jak Frodo. I z powrotem do Gandalfa. To już graniczyło ze schizofrenią. Na szczęście w odpowiednim momencie ciężar zdjęli ze mnie aktorzy, którzy po prostu przeistoczyli się w swoje postacie. Nikt nie zna lepiej Gandalfa niż Ian McKellen. Nikt nie wie więcej na temat Froda niż Elijah. Czy też Viggo na temat Aragorna. Aktor staje się cennym współpracownikiem. Jeżeli nie wiem, jak w danej scenie zachowałby się Aragorn, idę do Vigga i on mi wszystko tłumaczy. To wspaniałe uczucie obserwować, jak coraz więcej osób stara się wnieść coś kreatywnego i dzięki temu film staje się coraz lepszy. W pewnym momencie moja praca sprowadziła się do czegoś w rodzaju filtrowania pomysłów. Dobre przyjmowałem, złe odrzucałem. Przede wszystkim zaś starałem się nieustannie zachęcać ludzi, by wymyślali coś nowego, by nie tracili entuzjazmu. Wydaje mi się, że to najlepszy sposób, w jaki mogłem wykonać swoją robotę.

Czy podczas pracy używaliście storyboardów?

Storyboardy na pewno stanowią duże ułatwienie, ja jednak podchodzę do nich z rezerwą. Najbardziej przydają się w okresie przedprodukcyjnym, ponieważ wtedy wyłącznie przy pomocy ołówka i papieru można stworzyć wstępną wersję filmu - bez kamer, ekipy czy nawet aktorów. Wszystkim się wydaje, że storyboardy robi się po to, żeby potem przyjść na plan i powiedzieć: No dobra, kręcimy tak, jak tu widać na obrazku. To wcale nie tak. Dla mnie mówią one wiele na temat scenariusza. Rysując poszczególne projekty kadrów, wyobrażam sobie kąt ustawienia kamery, dynamikę ujęć, tempo montażu. Dzięki temu udaje się wnieść sporo wartościowych poprawek do scenariusza jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. W przypadku "Władcy Pierścieni" poszliśmy o krok dalej. Wszystkie nasze storyboardy zarejestrowaliśmy na taśmie wideo jeszcze zanim obsada została dobrana. Nawet nie wiedziałem, kto kogo będzie grał. Paru aktorów z Nowej Zelandii nagrało dla mnie dialogi. Zmontowaliśmy dźwięk z rysunkami, uzyskując w ten sposób pierwszą, szkicową wersję filmu. Potem, kiedy weszliśmy na plan, okazało się, że nanieśliśmy tyle poprawek w scenariuszu, iż storyboardy stały się już nieaktualne. Nie było już czasu na zrobienie nowej wersji, dlatego poradziliśmy sobie bez nich. Aha, nie wspominam już o takim drobiazgu, jak scenografia. Kiedy rysowałem storyboardy, nie miałem przecież pojęcia, jak będą wyglądać poszczególne wnętrza. Późniejsze pomysły projektantów znacznie różniły się od moich, nie mówiąc o tym, że były o niebo lepsze - dlatego papierowe szkice w efekcie wylądowały w koszu. Podsumowując: storyboardy przydają się, zanim zaczniesz kręcić film. Potem już tylko przeszkadzają.

Widziałeś wcześniejszą wersję "Władcy Pierścieni" w reżyserii Ralpha Bakshiego?

Jasne, tak naprawdę to właśnie film Bakshiego zachęcił mnie do sięgnięcia po książkę. To był chyba 1978 rok. Oczywiście Bakshi opowiedział tylko połowę historii, której nie był w stanie dokończyć. Byłem tak ciekaw, co się zdarzy dalej, że czym prędzej poleciałem do księgarni. Jestem mu za to ogromnie wdzięczny.

W "Drużynie Pierścienia" znalazły się sceny zaczerpnięte z drugiego i trzeciego tomu. Czy nie obawiasz się reakcji fanów, którzy spodziewają się maksymalnie wiernej adaptacji?

Dobre pytanie! Cała rzecz sprowadza się do tego, na ile jako reżyser powinienem być wierny książce. Szczerze mówiąc, nie wiem. Nie da się przecież przenieść całej powieści na ekran scena po scenie. Stuprocentowa wierność jest zatem wykluczona. Musiałem zdecydować, co zostawić, a co wyrzucić. Naszym głównym celem było przede wszystkim zrobienie dobrego filmu, a dopiero potem zachowanie wierności wobec literackiego oryginału. Fajnie byłoby nakręcić maksymalnie wierną adaptację, tylko że mogłaby się okazać długa, nudna i niestrawna. Oczywiście, jeśli ktoś czytał "Władcę Pierścieni" sześć czy siedem razy i zna całą książkę na pamięć, natychmiast się zorientuje, co zmieniliśmy i oczywiście będzie nam to miał za złe. Natomiast widzowie, którzy zetknęli się z Tolkienem jakiś czas temu i zachowali jakieś ogólne wspomnienia na temat powieści, odnajdą w tym filmie to, co im się podobało podczas lektury i powinni być zadowoleni. Odnalezienie złotego środka przypominało trudną sztukę zachowania równowagi podczas tańca na cienkiej linie.

Czy to prawda, że jesteś hobbitem?

No cóż, przyznaję się do pokrewieństwa z hobbitami. Podobnie jak ja, są okrągłej budowy, lubią dobrze zjeść i wypić, ogrzewają stopy przy ognisku i dość podejrzliwie traktują zewnętrzny świat. Nie lubią też podróżować. Wydaje mi się, że mam w sobie całkiem sporo z hobbita. Żeby nie być gołosłownym: na pewno wiesz, jak w filmie wygląda Bag End, gdzie mieszkają Bilbo i Frodo. Cudowny drewniany domek z zaokrąglonymi ścianami. W jego wnętrzu czułem się znakomicie. Po zakończeniu zdjęć zapytałem ludzi z New Line, czy mógłbym zatrzymać sobie dekoracje z Bag End. Zgodzili się. Mam w tej chwili zgromadzoną w magazynie całą zabudowę i rekwizyty. Któregoś dnia, kiedy będę miał czas, wykopię dziurę w jakimś pagórku i w środku umieszczę Bag End. To będzie mój mały gościnny domek.



[Yola Czaderska-Hayek]