Tom Cruise gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Na ekrany polskich kin wchodzi właśnie Twój nowy film, "Vanilla Sky", w którym kluczową rolę odgrywają wizje i sny głównego bohatera. A czy Ty sam wierzysz w sny?

Tom Cruise: Nie. Zazwyczaj nie śni mi się nic ciekawego. Gdy byłem dzieckiem, często latałem w marzeniach sennych. Zawsze marzyłem o lataniu i dlatego, kładąc się do łóżka, co wieczór miałem nadzieję, że znowu uda mi się we śnie poszybować w przestworza.

Skoro tak lubisz latanie, to czy masz własny samolot?

Tak, to akrobatyczna maszyna. Pitts S2B. To jednosilnikowy dwupłatowiec. Ostatnio miałem małą przerwę w siedzeniu za sterami, jako źe film pochłonął mi mnóstwo czasu. W dzieciństwie trzymałem na ścianie zdjęcia dwóch samolotów: Spitfire'a i Mustanga. Gdy wyruszałem w jakąś podróż, zabierałem te fotografie ze sobą w małym brązowym pudełku. Nie tak dawno postanowiłem kupić sobie własnego P51. Znalazłem idealny egzemplarz półtora roku temu.

Latasz nim?

O tak! Dla mnie P51 to prawdziwe dzieło sztuki, jeden z najpiękniejszych samolotów, jakie kiedykolwiek skonstruowano. Istny cud w historii lotnictwa. Podczas II wojny światowej latał wyżej i szybciej niż jakakolwiek inna maszyna. Zanim wprowadzono silnik odrzutowy, był to najszybszy samolot na świecie. A przy tym ma naprawdę piękną sylwetkę, dlatego go uwielbiam (śmiech).

Bohater "Vanilla Sky" przeżywa na nowo koszmary z dzieciństwa. Czego Ty się bałeś jako chłopiec?

Czy ja wiem? Pamiętam, że za każdym razem, gdy przenosiliśmy się w jakieś nowe miejsce, bałem się, że będzie tam na mnie czekał jakiś przerośnięty drab, który rozbija nosy mniejszym od siebie. Wiesz, jak to jest, kiedy masz sześć, siedem lat, wydaje Ci się, że to już koniec świata. Sporo mnie kosztowało, aby ten lęk przezwyciężyć, aby dojść do wniosku, że w gruncie rzeczy te mięśniaki to tchórze.

Jakie były Twoje wrażenia, kiedy po raz pierwszy zobaczyłeś "Abre Los Ojos" - hiszpański film, który stał się pierwowzorem "Vanilla Sky"? Na ile kształt tego ostatniego jest Twoim dziełem jako producenta? Jak wiele swobody dałeś reżyserowi?

No cóż, to Cameron Crowe napisał scenariusz, a nie ja; on także zajął się reżyserią. Wiele razy rozmawialiśmy o tym, jak powinien wyglądać "Vanilla Sky". Dla nas obydwu to bardzo ważny film. Niemniej jednak wydaje mi się, że jego kształt to przede wszystkim zasługa Camerona. A co do "Abre Los Ojos", to od razu po jego obejrzeniu, dosłownie w trakcie końcowych napisów, chwyciłem za telefon i rzuciłem do słuchawki: 'Kupujemy ten film'. Ten facet, Alejandro Amenabar, ma niesamowity talent. Spodobało mi się, że jego wizja jest na tyle uniwersalna, iż można ją przełożyć na inny kod kulturowy. Nawet jeśli inny reżyser nakręci tę opowieść po swojemu, najważniejszy pomysł zostaje w niezmienionym kształcie. Zresztą sam Alejandro oglądał "Vanilla Sky" i wyznał mi, że nie mógł pozbyć się wrażenia, jakby odkrył w Cameronie własnego brata zadającego światu te same pytania. Fascynuje mnie swoisty dialog, jaki toczą ze sobą obydwa filmy. Choć z drugiej strony u nas akcenty są zupełnie inaczej rozłożone. Cameronowi zależało na tym, aby uchwycić samą esencję popkultury, aby pokazać, jak bardzo rzutuje ona na ludzkie życie. Stąd właśnie biorą się takie zjawiska, jak seks z przypadkowymi osobami. Sam bardzo silnie utożsamiam się z zawartym w "Vanilla Sky" przesłaniem, że nawet z pozoru najmniej istotne drobiazgi mogą zmienić całe nasze życie.

Nie obawiasz się, że podobnie jak w przypadku "Dowodu życia" historia miłosna, jaka rozegrała się na planie, może przyćmić sam film?

Zacznijmy od tego, że spotkaliśmy się na planie filmowym przede wszystkim po to, by wykonać naszą pracę, a nie, by odegrać historię miłosną. To stało się później. Po drugie, nie mam wpływu na to, co się na mój temat pisze czy mówi. Moje życie prywatne to moja prywatna sprawa i nikomu nic do tego. Jestem w tej dobrej sytuacji, że mogę sobie pozwolić na robienie takich filmów, na jakie akurat mam ochotę i zapewniam Cię, że bardzo ciężko nad każdym z nich pracuję. Dziennikarze jednak też chcą na czymś zarobić i dlatego wynajdują tematy, które pomagają zwiększyć nakład czy oglądalność. Ja nie zamierzam zmieniać swego życia tylko dlatego, żeby jakaś gazeta sprzedała się lepiej. Staram się pracować najlepiej, jak potrafię i żyć w zgodzie z zasadami, jakie wyznaję. A jeśli ktoś wypisuje na mój temat bzdury, to trudno. Jego sprawa. Myślę, że niezależnie od wszystkiego, film "Vanilla Sky" doskonale broni się sam. I nie ma sensu przypisywanie mu dodatkowych znaczeń.

Bohater "Vanilla Sky" poszukuje odpowiedzi na pytanie: czym jest szczęście? Jakiej odpowiedzi Ty byś udzielił?

Dla mnie być szczęśliwym oznacza: żyć własnym życiem. Prawdziwym. Bez fałszu, zakłamania, złudnych miraży. Nie bać się spojrzeć z boku na własne życie, nie bać się próbować go zmienić, jeśli coś się nie układa. Zadziwiające, jak wielu ludzi wmawia sobie, że świetnie im się powodzi, podczas gdy doskonale wiedzą, że tak nie jest.

Słowa 'prawdziwe życie' w epoce wirtualnej rzeczywistości nabierają dodatkowego znaczenia...

To niesamowite, jaki poziom potrafi osiągnąć współczesna technika. Opiekując się dziećmi, zwracam baczną uwagę na ich kontakty z Internetem, na to, co oglądają w telewizji. Patrzę, jak wiele informacji do nich dociera i z jak wielu źródeł pochodzą Egzystencja w tej medialnej powodzi przypomina sen. Człowiek coraz bardziej odcina się od świata, od ludzi. Któregoś dnia będziemy mieli do wyboru: albo zamknąć się w krainie wirtualnego snu, albo żyć naprawdę. Spójrz, w jakim kierunku podążają dzisiaj gry komputerowe. Myślę, że prędzej czy później staniemy przed tą alternatywą.

Twoje rozważania dotyczące różnic między snem a prawdą kojarzą się z filozoficznymi założeniami scjentologii, zachęcającej wyznawców, by przebudzili się i odkryli 'prawdziwe życie'. Podobnie bohater, którego grasz w "Vanilla Sky", miota się wśród koszmarnych wizji w poszukiwaniu rzeczywistości. Czy zatem "Vanilla Sky" to film scjentologiczny?

Nie sądzę. Nigdy nie podchodziłem do niego z takim nastawieniem. Chcę podkreślić, że to przede wszystkim film stworzony przez Camerona Crowe'a. Jego scenariusz, jego postacie, jego wizja - a pierwowzór całej historii wymyślił Alejandro Amenabar. Dlatego też nie wydaje mi się, aby "Vanilla Sky" zawierał jakiś scjentologiczny przekaz. Taka interpretacja nie przyszłaby mi nawet do głowy.

Zapewne interesującym doświadczeniem było dla Ciebie wcielenie się w postać z oszpeconą po wypadku twarzą...

To prawda, ale nie dlatego akurat postanowiłem zagrać tę rolę. Przede wszystkim spodobała mi się sama historia, no i polubiłem swojego bohatera. Z całą pewnością jednak sceny po wypadku należały do najtrudniejszych. Wraz z Cameronem bardzo długo pracowaliśmy nad charakteryzacją, aby z jednej strony była w pełni realistyczna, z drugiej zaś stanowiła pewną metaforę, wyrażała stan emocjonalny bohatera. Przyznam się, że granie w masce było dość nieprzyjemne, zwłaszcza z jednym okiem częściowo zasłoniętym. Mam naprawdę dobry wzrok i wszelkie zaburzenia błędnika przyprawiają mnie o zawroty głowy. Czasami wręcz dostawałem mdłości. Czułem się jak ci goście ze "Star Trek" paradujący w strojach kosmitów (śmiech). Do tego jeszcze miałem obowiązki producenta, więc charakteryzatorzy uwijali się jak w ukropie, żeby najpierw nałożyć mi maskę, a potem ją zdjąć. Nie mogłem przecież toczyć biznesowych rozmów z poszatkowaną twarzą. Pomijam już fakt, że w tej charakteryzacji nie dało się nic jeść. To był prawdziwy koszmar. Najbardziej przygnębiająca jest przy tym świadomość, że wypadek, jakiego ofiarą padł mój bohater, może przytrafić się właściwie każdemu. I to już nie będzie filmowa ułuda, tylko rzeczywistość. Jestem człowiekiem bardzo aktywnym, uprawiam wiele sportów, lubię wysiłek fizyczny - i sama myśl, że mógłbym stracić to wszystko wskutek urazu kręgosłupa, budzi we mnie instynktowny lęk.

Myślałeś kiedykolwiek, aby poddać się operacji plastycznej?

Nie, nic z tego. Miałem dwukrotnie złamany nos, wstawili mi też kilka sztucznych zębów, ale nic poza tym. W ogóle się nad tym nie zastanawiałem.

Porozmawiajmy przez moment o Twoich zawodowych relacjach z Penelope Cruz. Jaką jest według Ciebie aktorką? Czy jesteś w stanie ocenić ją obiektywnie?

Nie sądzę, aby mój związek z Penelope mógł mieć wpływ na ocenę jej zdolności. Wystarczy zresztą zobaczyć ją na planie. To fantastyczna aktorka i świetnie mi się z nią pracowało. Ma wspaniały talent komediowy, umie wyczekać z pointą i bardzo naturalnie się zachowuje. Wydaje mi się, że w "Vanilla Sky" zagrała znakomicie.

Rola w "Vanilla Sky" to łakomy kąsek dla aktorek, które pewnie biły się o to, aby zagrać u Twego boku. Czy oprócz Penelope Cruz i Cameron Diaz były jakieś inne kandydatki? Były jakieś zdjęcia próbne?

Nie, nie było próbnych zdjęć. Cameron - to znaczy, Cameron Crowe, nie Cameron Diaz - od początku wiedział, kogo chce zaangażować. Nieczęsto się zdarza, aby reżyser miał w głowie gotową obsadę, tym razem jednak tak się stało. Penelope to oczywisty wybór, z kolei Cameron - Diaz, nie Crowe - sama bardzo chciała w tym filmie zagrać. Gdy złożyliśmy jej propozycję, kręciła akurat "Gangs of New York". Powiedziała: 'Tak', jeszcze zanim przeczytała skrypt "Vanilla Sky". Później urządziliśmy kilka prób scenariuszowych, aby wybrać pozostałych aktorów. W większości przypadków jednak reżyser miał dość sprecyzowaną wizję, kogo chce obsadzić w danej roli. Jako główną postać widział właśnie mnie - i tak też się stało (śmiech). Inaczej mówiąc, nic mi nie wiadomo o żadnych bójkach między aktorkami w związku z naszym filmem.

Muzyka odgrywa w Twoim zawodzie ogromną rolę. Jakich nagrań słuchasz prywatnie? Czy dobierając ścieżkę dźwiękową do filmu, kierujesz się własnym gustem?

Uwielbiam muzykę, a w przypadku "Vanilla Sky" idealnie zgraliśmy się z Cameronem. Ten facet ma bootlegi z koncertów, o jakich nikt nie słyszał. Archiwalne nagrania Bruce'a Springsteena, Boba Dylana czy Presleya, za którym szaleję. To jest muzyka! Bardzo lubię Radiohead, R.E.M., a ostatnio razem z dziećmi słuchałem nowej płyty Shakiry.

Shakira właśnie zaczęła podbijać polski rynek.

Ja znam obydwie wersje jej nagrań: anglo- i hiszpańskojęzyczne. Poza tym uwielbiam chodzić na koncerty. Ostatnio widziałem na żywo U2. To jeden z najlepszych koncertów, na jakich byłem.

Tytuł "Vanilla Sky" kojarzy się z malarstwem. Czy masz jakieś ulubione obrazy?

To Cameron Crowe wpadł na pomysł, aby tak właśnie zatytułować film. A co do obrazów, to nie mam swojego ulubionego, mam raczej ulubionych artystów. Uwielbiam prace Van Gogha, Muncha. Ostatnio, kiedy byliśmy w Hiszpanii, spędziłem trochę czasu w muzeum Prado, oglądając płótna Dalego. Zawsze podziwiałem Moneta. Kiedy byłem mały, rodzice często zabierali mnie do galerii, żebym jak najwcześniej poznał świat wielkiej sztuki. Obrazy, rzeźby, słynne nazwiska... To właśnie wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Degasa i Moneta właśnie. Jego malarstwo jest takie uspakajające. Dlatego właśnie je uwielbiam.

Pora na osobiste pytanie: czym jest dla Ciebie miłość, związek z drugą osobą?

Fizycznym, psychicznym, intelektualnym i emocjonalnym zauroczeniem. Jeśli o mnie chodzi, działa to trochę na zasadzie przeciwieństw. Im bardziej staję się z wiekiem odpowiedzialny, tym bardziej poszukuję kogoś, kto lubi się bawić. Kogoś, z kim można fajnie porozmawiać; kogoś, z kim można jeść hamburgery nocą na plaży; kogoś, kto podobnie jak ja, lubi podróże, latanie, długie spacery, bieganie... No i oczywiście spędzanie czasu z dziećmi. Nie można zapominać o dzieciach, choć to zupełnie inny rodzaj miłości. Ciężko to wyrazić, ale spróbuję. Związek dwojga ludzi to swego rodzaju pogłębiona przyjaźń, podczas gdy w odniesieniu do dzieci jest się życiowym przewodnikiem. Człowiek opiekuje się nimi, obserwuje, jak dorastają, stara się wpoić im pewne wartości, odpowiedzialność za siebie i za innych. Na szczęście będąc z dziewczyną czy żoną, nie trzeba jej niczego uczyć (śmiech).

Przez ostatnie dziesięć lat znany byłeś ze swego wielkiego sentymentu do Australii, między innymi ze względu na fakt, że stamtąd właśnie pochodzi Nicole Kidman. Czy zmiany, jakie zaszły w Twoim życiu w ciągu ostatniego roku, mają jakiś wpływ na Twoje związki z tym krajem?

Nie chcę się wypowiadać na temat tego, co wydarzyło się pomiędzy Nic a mną. Co do Australii - ja po prostu uwielbiam ten kraj. Dlatego właśnie akcję "Mission: Impossible 2" umieściłem w Sydney. To wspaniałe miasto, w którym żyją fantastyczni ludzie. Słyszałem plotki, jakoby Australijczycy mieli do mnie urazę za to, że rozstaliśmy się z Nic. To nieprawda, nigdy nie odczułem z ich strony żadnej wrogości. Nie obawiam się podróżować do Australii zarówno sam, jak i w towarzystwie Penelope. To, co się stało pomiędzy Nic a mną, dotyczy wyłącznie nas dwojga. Nieważne, co mówią inni, nawet najbliżsi przyjaciele. To tylko nasza sprawa - i niczyja więcej. Jeśli ktoś ma za sobą podobne doświadczenie, to na pewno zrozumie, o czym mówię. Oprócz dwojga bezpośrednio zaangażowanych osób nikt inny nie wie, co się naprawdę wydarzyło - i tak powinno być. Nie obchodzi mnie, co kto myśli na ten temat. Dołożyłem wszelkich starań, aby Nic wraz z dziećmi miała bezpieczną przyszłość. Jeśli ktoś ma do mnie jakiś żal, to naprawdę nie wiem o co, więc niech idzie do diabła! (śmiech) A wracając do pytania: nie, zmiany w moim życiu, nie wpłynęły w żaden sposób na mój sentyment do Australii - ani do kraju, ani do jego mieszkańców. I niech tak zostanie.



[Yola Czaderska-Hayek]