Kate Winslet gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: W filmie Richarda Eyre 'Iris' grasz autentyczną postać, pisarkę Iris Murdoch, której życie do dzisiaj budzi wiele kontrowersji. Jak przygotowywałaś się do tej roli?

Kate Winslet: Dla mnie jako aktorki to ogromna odpowiedzialność zagrać kogoś, kto żył naprawdę, zwłaszcza w przypadku tak niezwykłej osoby jak Iris. Chciałam, aby jej ekranowy wizerunek możliwie najściślej odpowiadał temu, jaka była naprawdę. Nie miałam więc łatwego zadania i muszę przyznać, że kiedy Richard Eyre zaproponował mi udział w filmie, w pierwszej chwili chciałam odmówić. Pomyślałam sobie: 'O Boże, nie dam rady!'. Już samo to, że miałam dzielić tę samą rolę z Judi Dench, nieźle mnie wystraszyło. A co dopiero fakt, że grana przez nas obydwie bohaterka była niezwykłego wprost kalibru intelektualistką. Jak wcielić się w kogoś takiego, aby widz bez problemów uwierzył, że ja to Iris?... Przeczytałam wszystkie książki poświęcone jej osobie, jakie udało mi się znaleźć, w szczególności biografię pióra Johna Bayleya. Obejrzałam też sporo filmów dokumentalnych o Iris Murdoch. Obserwując ją na ekranie, wpajałam sobie jej gesty, spojrzenia, intonację, a także różne inne pożyteczne drobiazgi, jak chociażby to, czy malowała się, czy nie. Przypominało to trochę zszywanie kołdry z mnóstwa maleńkich ścinków. Wraz z Judi wykonałyśmy tę samą mrówczą pracę zupełnie niezależnie od siebie. I co ciekawe, kiedy zobaczyłam już gotowy film, uderzyło mnie, jak podobne do siebie jesteśmy na ekranie. Zupełnie jakbyśmy rzeczywiście stanowiły jedną osobę. Wspominam o tym dlatego, że podczas realizacji 'Iris' ani razu nie konsultowałyśmy ze sobą, jakie charakterystyczne cechy zamierzamy nadać naszej bohaterce. Podejrzewam, że Judi, przygotowując się do roli, po prostu przestudiowała ten sam materiał i poczyniła te same obserwacje, co ja (śmiech).

Nie podpatrywałaś jej na planie?

O, tak! Często obserwowałam, jak wygłasza swoje kwestie, jak pisze... Nie starałam się jednak ślepo jej naśladować, bo po prostu nie miałoby to sensu. W końcu inaczej człowiek się porusza i zachowuje w młodości, a inaczej, gdy mu przybędzie lat. Zwracałam jednak baczną uwagę, jaką atmosferę wytwarza wokół siebie Judi jako dojrzała Iris. Na tym koncentrowałam się najbardziej, budując swoją rolę.

W scenach pod wodą wyglądasz naprawdę urzekająco.

Richard Eyre powiedział mi: 'Jeśli jeszcze kiedyś wystąpisz nago przed kamerą, postaraj się, aby filmowano cię w wodzie, ponieważ wyglądasz wtedy fantastycznie'. Było to dla mnie i bardzo miłe, i bardzo ważne.

Zazwyczaj aktorki decydują się na rozbierane sceny, jeśli ich zdaniem rola naprawdę tego wymaga, a i wtedy zazwyczaj przysłaniają sobie to i owo rozmaitymi listkami figowymi...

No cóż, żarty na bok. Jestem wodnym dzieckiem, to mój prawdziwy żywioł. Tak się składa, że Iris również uwielbiała kąpać się w rzekach. Nie była z niej jakaś zawołana pływaczka, liczył się raczej sam kontakt z wodą. Oboje z Johnem Bayleyem często, przy rozmaitych okazjach, jeździli gdzie się tylko dało, żeby po prostu razem zanurzyć się w jakimś nurcie czy chociażby w morzu. To upodobanie stanowiło bardzo ważny element ich wspólnego życia i dlatego sceny w wodzie musiały znaleźć się także w filmie. Wraz z Hugh Bonneville'em, który grał młodego Bayleya, pluskaliśmy się w rzece i kiedy tylko kończyło się jakieś ujęcie, Hugh natychmiast wyskakiwał z wody i owijał się w coś na kształt ogromnego puchatego śpiwora, a ja bez przerwy pływałam. To było takie przyjemne, że w ogóle nie czułam żadnego chłodu ani zmęczenia. Wszyscy wołali do mnie z brzegu: 'O rany, Kate, ale masz zabawę'. I to była prawda. Rzeczywiście cieszyłam się jak dziecko.

Nie krępowało Cię to, że pływasz nago na oczach całej ekipy?

Kiedyś jakiś dziennikarz zadał mi pytanie: 'Co panią krępuje?' i szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Rzecz w tym, że jako aktorka nie mogę sobie pozwolić na zbytnie skrępowanie podczas realizacji filmu. Skoro moja rola wymaga, żebym chodziła śmiesznie jak Charlie Chaplin czy paradowała bez ubrania, to muszę się do tego dostosować. Jeśli nagle wpadnę w zakłopotanie dlatego, że obserwuje mnie ekipa, czyli ludzie, których w większości widzę po raz pierwszy w życiu, to będzie to oznaczać, że nie wykonuję właściwie swojej pracy. Nawet jeżeli uda mi się jakoś zamaskować przed nimi to skrępowanie, to widz bez trudu dojrzy na ekranie fałszywą nutę w moim zachowaniu. Nagość jest czymś bardzo ludzkim, bardzo naturalnym. Zapewniam Cię, że czytając scenariusz każdego filmu, w którym mam wystąpić w rozbieranej scenie, głęboko się zastanawiam, czy ta scena na pewno jest potrzebna. Czy zachowuje emocjonalną szczerość, czy wypływa naturalnie z zachowania bohaterów. W rzeczywistości przecież ludzie kochają się, idą ze sobą do łóżka i jest to dla nich czymś normalnym. W takim więc rozumieniu sceny intymne mają dla mnie sens jako integralna część ludzkiego życia.

Po raz kolejny udowodniłaś, że interesuje Cię poważne, artystyczne kino, nie zaś pełne przepychu hollywoodzkie produkcje.

No tak, 'Iris' raczej nie ma w sobie przepychu, prawda? Na planie często żartowaliśmy sobie: 'O rany, to chyba nie będzie kasowy superprzebój'. Wydało nam się to zabawne.

A skoro o superprzeboju mowa, jak z dzisiejszej perspektywy wspominasz swój udział w 'Titanicu'? Jak wielki wpływ miał ten film na Twoją karierę?

Wydaje mi się, że 'Titanic' odniósł tak wielki sukces między innymi dlatego, że nie był adresowany do konkretnej, wąskiej grupy widzów. Przeciwnie, każdy mógł odnaleźć w nim coś dla siebie. A co do mojego w nim udziału... Szczerze mówiąc, do dziś trudno mi uwierzyć, że to wydarzyło się naprawdę, że to nie był tylko piękny sen. Mam to szczęście, że sama decyduję, jakie role chcę zagrać - a z tego, co wiem, nie wszyscy aktorzy mogą sobie na to pozwolić - i dlatego cieszę się, że postanowiłam zagrać w 'Titanicu'. Nie dlatego, żebym z góry liczyła na wielki sukces: co to, to nie. Nigdy nie przyjęłam roli tylko dlatego, że akurat nie miałam nic lepszego do roboty albo że skusiły mnie pieniądze. Ważna jest dla mnie wiara w sens tego, co robię; gdybym nie była przekonana, że rola, którą gram, jest ciekawa i warto jej poświęcić czas, to nie zabierałabym się za nią. Nie można z góry nastawiać się, że dany film będzie hitem i uczyni z człowieka gwiazdę. Czasami rzeczywiście tak się dzieje, ale równie często można się boleśnie rozczarować. To jest ryzyko. Można tylko mieć nadzieję, że wydarzenia potoczą się w najlepszym dla nas kierunku.

Powiedziałaś kiedyś w jakimś wywiadzie: 'Prawdziwa miłość jest wtedy, gdy kochasz drugą osobę i nie próbujesz jej zmienić'. Jak ta wypowiedź ma się według Ciebie zarówno do historii Iris Murdoch, jak i do wydarzeń z Twojego życia?

Podchwytliwe pytanie! No cóż, na pewno nadal wierzę w prawdziwą miłość i w to, że można żyć z kimś razem, nie próbując odmieniać tej osoby według własnych wyobrażeń, ani też samemu nie poddawać się takim zmianom. Wierzę, że jest to możliwe. Właśnie dzięki temu przekonaniu tak silnie przemawia do mnie opowieść o związku Iris i Johna. Mimo wielu przywar oboje akceptowali siebie nazwajem za to, jacy naprawdę byli. John Bayley wiedział o różnych skłonnościach swojej wybranki, ale nie kochał jej przez to ani trochę mniej. Ona jego również. A jeśli chodzi o to, co się wydarzyło w moim życiu, to... wolałabym raczej o tym nie mówić.

A nie sądzisz, że film Richarda Eyre zanadto koncentruje się na uczuciowych perypetiach Iris, prawie zupełnie zaś pomija milczeniem jej pisarski dorobek?

Cóż, wydaje mi się, że o to właśnie chodziło reżyserowi. Większość widzów, a już na pewno wielbiciele twórczości Iris Murdoch, doskonale znają jej książki. A to nie jest film o jej książkach, tylko o jej życiu. Chcieliśmy pokazać Iris jako człowieka, od takiej strony, od której zna ją niewielu. Sama, przygotowując się do roli, przyłapałam się na tym, jak mało wiem o tej kobiecie. To znaczy wiedziałam, kim była, co napisała i że zmarła na Alzheimera. Ale poza tym praktycznie nic...

Ostatnie lata życia Iris naznaczone były piętnem tej strasznej choroby. Czy Ty sama, wiedząc, co spotkało graną przez Ciebie bohaterkę, czułabyś się na tyle silna, by stawić czoło temu ogromnemu nieszczęściu?

Nie sądzę, żeby ktokolwiek mógł być na to przygotowany. To niszczycielska choroba, sprawiająca cierpienie nie tylko temu, kto na nią zapadł, ale też jego najbliższym. Nigdy nie wiadomo, co nam przyniesie los. Nie można się z góry nastawiać: 'To mnie nigdy nie spotka'. Dlatego tak ważne jest dla mnie, aby czerpać z życia jak najwięcej, póki ma się okazję.

Zawsze byłaś bardzo zżyta ze swoją matką. Czy przejęłaś od niej jakieś metody, wychowując własną córeczkę?

Rzeczywiście, z matką łączy mnie bardzo wiele. Jesteśmy do siebie dość podobne, w tym sensie na przykład, że ani jej, ani mnie nie cechuje nadmierna próżność dotycząca wyglądu. Kiedy ma się dziecko, trzeba zapomnieć o mizdrzeniu się przed lustrem, ponieważ ta mała istota jest o wiele ważniejsza od tego, czy mam właściwy makijaż, czy nie. Tego nauczyłam się od matki. A nie jest łatwo pamiętać o tych naukach, jeśli na co dzień obracam się wśród ludzi ogarniętych obsesją na punkcie własnego wyglądu. W ciągu pierwszego roku życia Mii przyłapałam się też na tym, jak wiele zapamiętałam nieświadomie z lat dzieciństwa. Kiedy kładę córkę spać, śpiewam jej dokładnie te sam kołysanki, jakie śpiewała mi mama. Nie słyszałam ich przez całe lata, a mimo to w mgnieniu oka przypomniałam sobie wszystkie słowa i melodie. To naprawdę niesamowite.

Widzę, że macierzyństwo bardzo korzystnie wpłynęło na Twoją urodę...

Och, dziękuję! Nie masz pojęcia, jak miło mi to słyszeć. Są takie dni, kiedy zajmując się dzieckiem, dosłownie padam na twarz ze zmęczenia i czasami aż się boję patrzeć w lustro. Oczywiście mam do pomocy nianię, która zajmuje się Mią, kiedy ja pracuję na planie. Zwykle jednak to ja robię wszystko wokół maleństwa. Bardzo mi zależy na tym, aby być dla niej pełnowartościową matką. I nawet, kiedy przychodzą te chwile znużenia, wiem, że poświęcam swoje siły w słusznej sprawie (śmiech).

Hormony świetnie się spisały...

Dziękuję wam, hormony! Bardzo wam dziękuję! (śmiech)

Czy myślisz już o przyszłości swojej córki? Jaki zawód wybierze?

Mia to naprawdę fantastyczne dziecko. Powiem Ci, że całkiem niezła z niej aktorka! (śmiech) Podejrzewam, że byłaby w stanie pójść w mamusine ślady, ale nigdy bym jej do tego nie zmuszała. Zrobi, co będzie chciała.

Zdarza jej się chorować?

Kiedy była jeszcze bardzo malutka, nabawiła się jakiegoś uporczywego - i dość poważnego - kaszlu. Przez cały ten czas opiekowałam się nią i z przerażeniem patrzyłam, jak to delikatne dziewięciomiesięczne ciałko całe się trzęsie od nieustannych napadów. Na szczęście choroba okazała się mniej groźna, niż wskazywały na to objawy i Mia całkiem wyzdrowiała. Dzisiaj jest z niej całkiem zwinna małpeczka.

Pracujesz obecnie nad nowym filmem, 'The Life of David Gale' w reżyserii Alana Parkera. Czy mogłabyś powiedzieć coś na temat tej produkcji?

Razem z moją agentką śmiejemy się, że wreszcie po ośmiu latach udało mi się zdjąć gorset. Po tylu kostiumowych rolach po raz pierwszy biorę udział w filmie, którego akcja toczy się współcześnie. Nie odrzucałam nigdy z premedytacją nowoczesnych ról, po prostu tak się złożyło, że najciekawsze propozycje, jakie do mnie trafiały, dotyczyły produkcji opowiadających o mniej lub bardziej odległych czasach. Tym razem jest inaczej. W 'The Life of David Gale' rzecz dzieje się w Teksasie. Głównym bohaterem jest mężczyzna czekający na wykonanie kary śmierci; gra go Kevin Spacey. Moja postać to dziennikarka z Nowego Jorku. Przygotowując się do tej roli, przeprowadziłam wiele rozmów z nowojorskimi reporterami. Dowiedziałam się jednego: w ich języku nie istnieje takie pojęcie, jak 'nie do publikacji'.

Co jesteś w stanie zrobić, aby dostać rolę?

Dzwonię do reżysera i mówię mu: 'Chcę u ciebie zagrać'. Tak do tej pory zawsze postępowałam. Jeśli o daną rolę ubiegają się także jakieś inne aktorki, to dzięki takiemu telefonowi reżyser przynajmniej wie, że ja także chcę się zaangażować w jego projekt. A kogo w końcu obsadzi, to już jego decyzja. Przykładowo, po przeczytaniu scenariusza 'The Life of David Gale' zadzwoniłam do Alana Parkera: 'Słuchaj, Alan, to co z tym projektem?'. 'No właśnie, co?' - on na to. 'Mogę zagrać czy nie?' - spytałam. No i tak doszło do mojego udziału w tym filmie. Nie ma sensu siedzieć i czekać na cud. Dla mnie aktorstwo to nie tylko praca, ale i przyjemność zmagania się z rozmaitymi wyzwaniami. Naprawdę się cieszę, że praktycznie wszystkie moje role nie należały do łatwych. Tym większą miałam radość, kiedy udało mi się sprostać jakiemuś szczególnie trudnemu zadaniu.



[Yola Czaderska-Hayek]