Jodie Foster gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Na ekrany kin wchodzi 'Azyl', thriller Davida Finchera, w którym grasz główną rolę. Czy podczas kręcenia filmu bałaś się na równi ze swoją bohaterką?

Jodie Foster: Na początku filmu Meg - kobieta, którą gram - to osoba pozbawiona pewności siebie, jeśli nawet nie własnej tożsamości. Jej bogaty, o wiele starszy mąż zupełnie ją zdominował. Rozwód wywołał w niej poczucie winy, zarówno wobec siebie, jak i wobec córki. Zamiast zaufać własnemu instynktowi, Meg dała się namówić na kupno mieszkania, które wcale jej się nie podobało. Na szczęście w miarę upływu akcji uświadamia sobie własną siłę i staje się mocną, samodzielną bohaterką. A co do strachu. Tematem 'Azylu' jest paranoja i wypływające z niej lęki. W paranoicznych czasach, w jakich obecnie żyjemy, takie azyle - izolatki stworzone na wypadek włamania - to zdecydowanie zły pomysł. Sama paranoja zresztą to też zły pomysł. Zamiast marnować energię na prognozowanie najgorszej wersji wydarzeń, powinniśmy raczej wzmóc czujność, by umieć rozpoznać nadchodzące zagrożenie i w porę zapobiec katastrofie. Trzeba ufać własnemu instynktowi. Gdyby tak właśnie postąpiła Meg, nigdy nie kupiłaby tego mieszkania.

Jak Ty poradziłabyś sobie w podobnej sytuacji? Czy kiedykolwiek straciłaś głowę ze strachu?

W stresowych sytuacjach na ogół zachowuję spokój. Jeśli na przykład zdarzy mi się wypadek samochodowy, to po prostu wyjdę z wozu i grzecznie poproszę tamtego kierowcę o pomoc. Natomiast jeśli chodzi o moje dzieci, czasami rzeczywiście wychodzę z siebie. Pamiętam, że kiedy przyszedł na świat mój drugi synek, dosłownie dwa dni po jego narodzinach, u mnie w domu uruchomił się alarm przeciwpożarowy i za nic nie dało się go wyłączyć. Wiesz, jak to głośno wyje, prawda? Dorosły człowiek nie jest w stanie tego wytrzymać, a cóż dopiero mówić o malutkim dziecku? Zatkałam synkowi uszy, bo bałam się, że popękają mu bębenki. I nagle zorientowałam się, że biegam po całym domu, wrzeszcząc jak opętana: 'Niech ktoś to wyłączy!'. Tak więc jestem w stanie stracić głowę, jeśli chodzi o zdrowie i bezpieczeństwo moich dzieci, natomiast kiedy coś przydarzy się bezpośrednio mnie, na ogół nie ma problemu.

Lubisz się bać?

O rety, sama nie wiem. Lubię thrillery. Lubię w nich grać ze względu na ciekawe scenariusze. W prawdziwym życiu nigdy nie wiadomo, czy człowiek miałby tyle odwagi, żeby stawić czoła podobnym zagrożeniom. A ja, występując przed kamerą, mam okazję przeżyć te wszystkie okropności z gwarancją bezpieczeństwa.

Podczas kręcenia 'Azylu' byłaś w ciąży. Jak bardzo Twój stan wpłynął na pracę na planie?

Zacznę od pozytywnych stron: noszenie w sobie dziecka to wielkie szczęście. Naprawdę byłam wtedy bardzo zadowolona. Mogę więc powiedzieć, że realizacja filmu rozpoczęła się pod dobrą gwiazdą. Niemniej jednak ciąża ma swoje wymagania. Potrzebowałam wiele odpoczynku, pomiędzy ujęciami czy w porze lunchu ucinałam sobie krótkie drzemki, żeby zebrać jak najwięcej sił. Pod koniec filmu jest taka scena, w której Meg skacze na plecy jednemu z włamywaczy, a on zrzuca ją brutalnie na podłogę. To nie byłam ja, lecz podobna do mnie kaskaderka. Nawet gdybym nie była wówczas w ciąży, nie wiem, czy zdobyłabym się na tego rodzaju wyczyn.

A co z rosnącym brzuszkiem? Czy dał Ci się we znaki?

Oj, tak. Próbowaliśmy go ukryć przed okiem kamery na wszelkie możliwe sposoby. I chyba całkiem dobrze nam to wyszło (śmiech). Dopóki jeszcze brzuch był niewielkich rozmiarów, mogliśmy liczyć na to, że widzowie go nie spostrzegą, zaabsorbowani tym, co rozgrywa się na ekranie. Ta sytuacja nie mogła jednak trwać w nieskończoność. Zwróć uwagę na scenę, w której moja bohaterka wkłada obszerny brązowy sweter - to był właśnie ten moment, w którym nie dało się już dłużej zamaskować rosnącego brzucha.

Poza ekranem jesteś matką dwóch chłopców, w 'Azylu' zaś wychowujesz córeczkę. Jak udało Ci się znaleźć z nią kontakt?

Kristen Stewart, która gra moją córkę, to fantastyczna aktorka. To niesamowite, jak bardzo przypomina mi mnie samą z czasów, gdy występowałam w filmie 'Alicja już tu nie mieszka'. Miałam tyle samo lat, co ona teraz. Kristen ma w sobie wiele rezerwy emocjonalnej, wiele spokoju - i to w niej uwielbiam.

Skoro między wami jest tyle podobieństw, ty z pewnością jesteś w stanie dostrzec różnicę w podejściu współczesnych filmowców do dziecięcych aktorów. Dawniej, gdy chłopiec lub dziewczynka musieli się rozpłakać przed kamerą, reżyser mówił im: 'Twój piesek nie żyje' czy coś podobnego, a oni natychmiast zalewali się łzami.

Czterdzieści czy pięćdziesiąt lat temu ludzie nie mieli świadomości, jak wielką krzywdę mogli komuś wyrządzić takimi okrutnymi eksperymentami, niezależnie, czy chodziło o dziecko, czy o osobę dorosłą. Psychologiczny efekt takich słów może być naprawdę trudny do przewidzenia! Sama wychowałam się w filmowym środowisku, wiem zatem, jak trudno się w nim dorasta. Nie chodzi nawet o to, że każda porażka wiąże się z poczuciem odrzucenia; sam zawód jest bardzo trudny dla młodego człowieka. Dziecięcy aktor musi mieć silną osobowość, aby znieść mnóstwo naprawdę ciężkiej pracy. Kirsten Stewart może tu posłużyć za wzór. Jej rodzice też wywodzą się z filmowego środowiska, Kristen więc zna wszystkie blaski i cienie tej roboty. Wie też, na czym polega udawanie emocji przed kamerą, na czym polega sztuka. Zresztą David Fincher znakomicie sobie z nią radził. Sam ma córkę i jest fenomenalnym ojcem. Dlatego umiał nawiązać kontakt z Kristen i na planie bardzo się o nią troszczył. Myślę, że 'Azyl' był dla niej pożytecznym doświadczeniem.

Swoje dzieci wychowujesz sama. Czy według Ciebie tak jest lepiej?

Hm, sama nie wiem, co powiedzieć. Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, trudno mi osądzić, czy lepiej wychowywać dziecko samemu, czy we dwoje. Jedno wydaje mi się pewne: dzieci trzeba kochać, i to w zasadzie wystarczy (śmiech).

Co, jako matka, myślisz o Internecie? Czy pozwolisz swoim synom na kontakt z Siecią?

Należę do tych dinozaurów, które o Internecie nie mają bladego pojęcia. Domyślam się, że istnieje bardzo wiele pożytecznych stron WWW, niemniej jednak wiem też, że Internet ma swoją mroczną stronę, od której chciałabym trzymać się z daleka.

Co ma dla Ciebie największą wartość: aktorstwo, reżyserowanie filmów, czy może praca producenta?

Nie wyobrażam sobie życia bez któregokolwiek z tych zajęć. Stanowisko producenta cenię sobie najmniej; to nie jest praca, która odpowiadałaby mojej osobowości. Zajęłam się tym kiedyś w ramach swoiście pojmowanej filantropii, aby pomóc kilku młodym, obiecującym reżyserom. Niemniej jednak nie jest to rzecz, z której czerpałabym jakąś wielką satysfakcję. Moim największym celem w życiu jest reżyserowanie filmów. Stoję na początku bardzo długiej drogi. Muszę się jeszcze wiele nauczyć, ale podchodzę do tego z ogromnym entuzjazmem. Nie mogę się doczekać, co przyniesie przyszłość.

Jakich reżyserów uznałabyś za swoich mistrzów?

Na tej liście na pewno znalazłby się David Fincher. To jeden z najwybitniejszych filmowców, z jakimi miałam okazję pracować. Moim mistrzem jest też Martin Scorsese, a jeśli chodzi o dawniejszych artystów, to na pewno wymieniłabym Federico Felliniego. W jakiś niepojęty sposób dokonania Felliniego bliższe są temu, co robię, niż filmy tych dwóch reżyserów, których wymieniłam najpierw.

Jeśli mowa o Davidzie Fincherze: wspomniałaś kiedyś, że pracować z nim to jakby przeżyć drugą wojnę światową.

Znamy się dość długo i przyznaję, że bardzo chciałam nakręcić jakiś film z Davidem. Często z nim rozmawiałam, znam też ludzi, którzy pracują z nim stale, byłam więc świadoma wyzwania, jakie przede mną stanęło. Fincher to najbardziej drobiazgowy i pedantyczny reżyser, z jakim kiedykolwiek zetknęłam się na planie. Ma mocny, władczy głos i potężną sylwetkę. Kontroluje dosłownie każdy kadr, każdy dźwięk swojego filmu. Podobnie wielką wagę przywiązuje do gry aktorów. I muszę powiedzieć, że to mi się podoba. Lubię reżyserów, którzy wiedzą, czego chcą. Tak więc, mimo iż kręcenie 'Azylu' stanowiło trudne i męczące zadanie, wspominam ten czas z autentyczną przyjemnością.

W Hollywood jesteś jedną z niewielu kobiet stojących po obu stronach kamery.

To rzeczywiście ciekawe. W całej historii filmowego przemysłu kobiety traktowano bardzo niesprawiedliwie. Jako życiowa optymistka mam nadzieję, że ta sytuacja się kiedyś zmieni. Jestem przekonana, że szefowie wytwórni bardzo chcieliby, aby ich filmy były coraz lepsze, coraz szlachetniejsze. Producenci chętnie zmieniliby skostniałe schematy, tylko nie bardzo wiedzą, jak. Każda korporacja w Ameryce prędzej czy później przechodzi spore przemiany, więc w Hollywood też na pewno do tego dojdzie. Jest jednak dziedzina, która opiera się jak dotąd wszelkim rewolucjom - i ta dziedzina to właśnie reżyseria. W Ameryce mamy zbyt mało kobiet reżyserów, właściwie sama nie wiem, z jakiego powodu. Na całym świecie jest inaczej. W Europie na przykład kobiety pragnące stanąć za kamerą mają równe szanse z mężczyznami. Wydaje mi się, że pod tym względem w Stanach jesteśmy trochę zacofani.

Czy reżyseria to trudny zawód?

Powiem tak: uwielbiam być przywódcą! Uwielbiam stać na czele grupy, niezależnie od tego, czy miałaby to być drużyna baseballowa, czy załoga marynarzy. Doskonale się czuję w tej roli, gdy do mnie należy ostatnie słowo. To o wiele przyjemniejsze niż gdy jako aktorka jestem zmuszona dopasować się do czyjejś wizji i próbuję zaspokoić czyjeś oczekiwania. Oczywiście uwielbiam ten zawód, ale od czasu do czasu naprawdę lubię trochę porządzić.

Swego czasu sporo kontrowersji wywołał Twój projekt nakręcenia filmu gloryfikującego Leni Riefenstahl.

Ciekawe, że to mówisz. Nikt tak naprawdę nie czytał scenariusza, więc dlaczego wszystkim się wydaje, że ten film pokazywałby Leni Riefenstahl wyłącznie w pozytywnym świetle?

Choćby ze względu na artyzm jej dokonań filmowych.

A, to prawda. Niemniej jednak scenariusz nie jest jeszcze gotowy i dlatego niezręcznie rozmawia mi się o tym projekcie. Kiedy film powstanie, możemy podyskutować o jego przesłaniu, o jego historycznym kontekście. Wszystkim moim poczynaniom towarzyszy wielkie poczucie odpowiedzialności, dlatego podejmując się tak trudnego zadania, jak opowieść o Leni Riefenstahl, muszę bardzo uważać, aby nie popaść w moralny relatywizm, aby dramat tej niezwykłej kobiety ukazać w odpowiednim świetle.

Znani aktorzy często odpowiadają na pytania o swoje ulubione filmy. Ostatnio Edward Norton stwierdził, że obrazem, jaki najchętniej wybrałby na randkę w kinie, jest 'Milczenie owiec'.

O rany! To nieźle świadczy o samym Nortonie. Dobrze wiedzieć (śmiech).

Co o tym myślisz?

Miło to słyszeć. W zasadzie nie widzę nic niezwykłego w tym, że ktoś mógłby spędzić randkę w kinie na 'Milczeniu owiec'. No bo po co chodzi się na takie filmy? Po to, żeby później było o czym porozmawiać, żeby można było coś wspólnie przeżyć. Jeżeli wybierzemy thriller, który naprawdę nas przeraża, to zawsze mamy świadomość, że jesteśmy tu we dwoje i te emocje podczas oglądania jeszcze bardziej nas do siebie zbliżają. Co do mnie, ja na takie okazje zazwyczaj wybieram melodramaty o smutnych zakończeniach. Romantyczny, pełen nostalgii finał to jest właśnie to, na co czekam najbardziej!

Masz na myśli jakiś konkretny tytuł?

Ostatnio strasznie wzruszyłam się na 'Iris'. O mój Boże! Po wyjściu z kina przez wiele tygodni myślałam o tym filmie. Sama się zastanawiam, co mnie w nim tak poruszyło. Najbardziej chyba to, jak został pokazany związek Iris i Johna Bayleya: to nie było tylko wzajemne zauroczenie, ale długie, wspólne życie, podczas którego rozumieli się właściwie bez słów. Za każdym razem zresztą, gdy widzę na ekranie tańczących ludzi - nieważne, czy mają po pięć, czy po sto pięć lat - po prostu płaczę. Nie wiem, dlaczego. To taka dziwna reakcja. Wzruszam się, gdy dwoje ludzi w tańcu stapia się w jedno. Jest w tym coś, co nie da się ogarnąć słowami. Tego typu wzniosłe przeżycia najbardziej lubię podczas romantycznych wieczorów w kinie.

Ostatnie pytanie: na jaki kolor pomalowałaś ściany u siebie w domu?

Na fiołkowy.



[Yola Czaderska-Hayek]