Mel Gibson gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: W filmie 'Byliśmy żołnierzami', który właśnie wchodzi na ekrany naszych kin, wcielasz się w autentyczną postać, pułkownika Hala Moore'a. To urodzony dowódca: bystry, inteligentny, doświadczony, a jednak w pewnym momencie nie wykonuje rozkazu przełożonych, którzy wzywają go do Sajgonu. Jakie jest Twoje zdanie na temat tego moralnego konfliktu?

Mel Gibson: Podczas operacji, którą pokazaliśmy na ekranie, Hala Moore'a kilkakrotnie wzywano z pola bitwy z powrotem do Sajgonu. Nie zastosował się do tego rozkazu, ponieważ po prostu nie widział w nim sensu. Uznał, że to najgłupsze polecenie, jakie można było wydać. Kiedy pojawił się oficer, który miał przejąć po nim dowodzenie, Moore przez trzy tygodnie nie odezwał się doń nawet słowem. Doszło do tego, że powiedziano mu wprost: 'Stary, wracaj do domu, odsłużyłeś swoje'. Zapytałem Moore'a, dlaczego tak się zachował. Powiedział mi: 'Ponieważ byłem dobrym dowódcą. Udało mi się utrzymać moich chłopców przy życiu, bo zależało mi na nich. Obawiałem się, że jeżeli ich zostawię, to zginą. Nie chciałem tego'. Hal nie był żółtodziobem, przed Wietnamem walczył w Korei. Przeczuwał, że w momencie, gdy sytuacja na Wschodzie gwałtownie się pogorszy, na miejsce zaprawionych w boju weteranów przyjdą oficerowie bez doświadczenia. To go przerażało.

Czy poniósł jakieś konsekwencje za niewykonanie rozkazu?

Nie. Tak naprawdę nikt nie mógłby spojrzeć mu prosto w oczy i powiedzieć: 'Postąpiłeś źle'. W czasach, o których opowiada nasz film, Moore nosił stopień pułkownika. Potem awansowano go na generała. Wydaje mi się, iż po prostu jego niezłomna postawa uczyniła zeń doskonałego dowódcę. Potrafił wznieść się ponad poziom bezmyślnego wykonywania poleceń sztabowców.

Na ekranie często wcielasz się w policjanta, wojownika czy żołnierza. Zastanawiałeś się kiedyś, jak w rzeczywistości poradziłbyś sobie podczas walki?

Sam nie wiem. Ludzie często mnie pytają: 'Dlaczego nakręciłeś tyle wojennych filmów?' Wydaje mi się, że widzów fascynuje ten temat. Głównie dlatego, że w bitewnym piekle, w skrajnych sytuacjach, wychodzi na jaw cała prawda o człowieku. Z jednej strony szacowni obywatele zamieniają się w zwierzęta pełne ślepego okrucieństwa, z drugiej zaś mamy do czynienia z przykładami niesłychanego męstwa i poświęcenia. Barbarzyństwo i bohaterstwo współistnieją dosłownie obok siebie. Niesamowite! Sam nigdy nie byłem na wojnie, nie służyłem nawet w wojsku, więc nie jestem w stanie zrozumieć tego zjawiska w pełni. Szczerze mówiąc, nie chciałbym się nigdy znaleźć na prawdziwym polu bitwy. Nie sądzę, żeby ktokolwiek miał na to ochotę; musiałby chyba mieć nie po kolei w głowie. Czym innym jednak jest obserwacja tych wszystkich okropności z kinowego fotela. To, co ludzi przeraża, zarazem ich przyciąga, pozwala im przekonać się, jak sami zareagowaliby w krytycznych momentach. Temu właśnie służą według mnie filmy wojenne.

Czy przed realizacją 'Byliśmy żołnierzami' przeszedłeś jakiś forsowny trening?

Tak, choć na szczęście nie poddano nas tak potwornemu drylowi, jak na przykład oddziały Rangersów. Oni ich tam wyniszczają! Nie dają im jeść, nie dają spać, każą im dźwigać jakieś straszne ciężary i zmuszają do bezustannego wysiłku. Z nami wojsko obeszło się delikatniej. Dostawaliśmy trzy posiłki dziennie i mogliśmy spać naprawdę długo. To znaczy, w rozsądnych granicach. Z samego rana po pobudce wysyłali nas na pięciomilową przebieżkę, a potem kazali ćwiczyć jakieś tam pompki i przysiady. Uczyliśmy się składać i rozkładać broń, strzelać, wskakiwać i wyskakiwać z pojazdów, pokonywać tor przeszkód, czołgać się w błocie i tak dalej. Powtarzam jednak, że nam było łatwiej niż prawdziwym żołnierzom. Choćby dlatego, że nasz trening trwał tylko dwa tygodnie zamiast siedemdziesięciu pięciu dni, podczas których doprowadza się człowieka niemal do śmiertelnego wyczerpania. Ja sam miałem serdecznie dość tych wszystkich ćwiczeń. Kiedy zaczęła się obróbka, kompletnie nie byłem w formie. Wlokłem swoje czterdziestopięcioletnie dupsko daleko za resztą chłopaków. Można powiedzieć, że wraz z innymi, starszymi wiekiem aktorami, zabezpieczaliśmy tyły. A biedny Sam (Elliott - YCH) z wysiłku dorobił się przepukliny. Nie ma się z czego śmiać, facet naprawdę zwijał się z bólu.

Jakie filmy najbardziej lubisz oglądać?

Niechętnie chodzę do kina. Tkwię w tym biznesie od dwudziestu kilku lat i chyba zrobiłem się trochę cyniczny i zgorzkniały. Zazwyczaj kiedy oglądam film, rzucają mi się w oczy wszystkie techniczne usterki i niedoróbki. Rzadko zdarza mi się zapomnieć, że to tylko ruchome obrazki na płótnie. Chyba że mam do czynienia naprawdę ze świetnym scenariuszem czy kreacjami aktorskimi, które wybijają mnie z butów. Dam Ci przykład. Znasz 'Dzień próby'? Ja widziałem go dwa razy. Denzel jest po prostu fantastyczny! To wspaniały aktor, dzięki niemu ta historia o dwóch gliniarzach tak mnie wciągnęła, że przestałem ją traktować jak fikcję. Podobał mi się też Russell w tym filmie, w którym się starzeje (zapewne chodzi o 'Piękny umysł' - YCH). Ale takich produkcji, które pochłonęłyby mnie bez reszty, jest zdecydowanie za mało.

A co sądzisz o prawdziwym wysypie filmów wojennych, jaki nastąpił w ciągu ostatnich miesięcy?

Rzeczywiście dziwne, nie? Zupełnie jakby wszyscy się umówili. Ale nie sądzę, żeby to zjawisko wynikało z chęci pobudzenia patriotycznego zrywu. Te wszystkie filmy znajdowały się w stadium realizacji daleko przed tragedią z 11 września. Nie wiem, dlaczego zapanował akurat taki a nie inny trend. Mogę się oczywiście wypowiadać wyłącznie na temat produkcji, w której sam brałem udział. Naszym celem było pokazanie prawdy i wydarzeń, w których brali udział autentyczni ludzie. Głównie po to, aby historia z Wietnamu nigdy więcej się nie powtórzyła.

Wspomniałeś o patriotycznym zrywie. A czy to prawda, że Twój ojciec przeprowadził się do Australii, żebyś nie musiał jechać do Wietnamu?

Nie, to nie było tak! To, że ktoś przeniósł się do Australii, nie zwalniało go w żaden sposób z obowiązku służby wojskowej. Armia powołałaby mnie, czy chciałbym tego, czy nie. Jedyny zysk, jaki mógłbym z tego mieć, byłby taki, że ze względu na inne przepisy wzięliby mnie rok później. Ojciec zaś zdecydował się na przeprowadzkę z powodów ekonomicznych. Wskutek wypadku stracił pracę i musiał zacząć wszystko od nowa. Jego matka pochodziła z Australii i dlatego to właśnie miejsce wydało mu się odpowiednie na nowy start. Jeżeli wojna w Wietnamie potrwałaby jeszcze trochę, to z pewnością znalazłbym się w armii, kiedy osiągnąłbym odpowiedni wiek.

Masz sześciu synów. Gdyby znowu wybuchła wojna podobna do tej w Wietnamie, czy starałbyś się uchronić swoich chłopców przed mobilizacją?

Hm, na pewno nie ucieszyłbym się z tego, że idą walczyć. Mój ojciec walczył na Guadalcanal podczas II wojny światowej. Nie lubił o tym wspominać, zresztą chyba dla każdego, kto jest przy zdrowych zmysłach, nie byłoby to przyjemne doświadczenie. Nie chcę, żeby moi chłopcy szli na wojnę. Nikt tego nie chce, ale z drugiej strony gdyby nie żołnierze, którzy biją się za swój kraj, co by się z nami stało? Gdyby moi synowie uznali, że walka z wrogiem to ich patriotyczny obowiązek, na pewno nie próbowałbym ich od tego odwieść. Wiem jednak, że przez cały czas ich nieobecności siedziałbym jak na szpilkach, czekając na wieści z frontu.

Czy uczysz synów, jak mają postępować z dziewczynami?

To oni by mnie mogli uczyć! Kiedy ja byłem w ich wieku, o tych sprawach o wiele mniej się mówiło. A to były lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte i już wtedy uważało się, że sprawy wymykają się spod kontroli. A teraz - o rany! Sam nie wiem... Jak dotąd żaden z nich nie przyprowadził dziewczyny do domu. I nie wiem, co o tym myśleć. Jak pytam któregoś: 'No to co, chodzisz z kimś?', to odpowiada: 'Eee tam'. Nie da się z nich nic wyciągnąć. Radzą sobie bez mojej pomocy, co mnie trochę przeraża. Mówię im tylko: 'Nie chcę mieć wnuków, zanim nie będziecie na to naprawdę gotowi'.

Jak Twoje dzieci radzą sobie z takimi niebezpieczeństwami, jak narkotyki i alkohol? Czy ostrzegasz je w jakiś sposób?

Nikt nie uczył mnie, jak być dobrym ojcem, jak opiekować się dzieciakami. No, może poza moimi rodzicami. Wszyscy wynosimy z domu jakieś nauki i doświadczenia. Jeśli chodzi o moich rodziców, to cieszę się, iż zawsze traktowali swoje powinności bardzo poważnie. Nigdy nie lekceważyli tego, co się z nami dzieje. Mówię 'z nami', bo mam przecież dziesięcioro rodzeństwa! Wyobraź to sobie - niemal bez przerwy któreś z nas przeżywało jakieś problemy, załamania, rozterki, a rodzice zawsze znajdywali czas i siły, żeby wymyślić jakieś rozwiązanie czy po prostu nas pocieszyć. Tego się od nich nauczyłem - nawet jeśli moi synowie wyczyniają najdziksze brewerie, na jakie stać tylko nastoletnich ludzi, to najlepszym wyjściem z mojej strony jest próbować ich zrozumieć i wspólnie starać się wszystko naprawić. Oczywiście nikt nie jest doskonały, ja sam popełniłem parę błędów. Wiem jednak, że moje dzieci słuchają tego, co im mówię - nawet jeśli sprawiają wrażenie, że jest inaczej. Jestem pewien, że wyrosną na porządnych ludzi, choć w dzisiejszych czasach nie jest to proste. Narkotyki obecnie można kupić łatwiej niż lekarstwa. Dlatego dużo czytam na ten temat, choćby dlatego, żeby wiedzieć, jakiej pomocy medycznej udzielić w krytycznej chwili. Dzieciaki naprawdę umierają od tego świństwa.

Niedawno magazyn "Movieline" sporządził zestawienie dziesięciu najseksowniejszych scen miłosnych we współczesnym kinie. Znalazła się wśród nich sekwencja z filmu "Rok niebezpiecznego życia" z Tobą i Sigourney Weaver.

Niedawno widziałem się z Sigourney w Nowym Jorku. To fantastyczna dziewczyna, nic się nie zmieniła od czasów, kiedy się w niej zakochałem. Pamiętam, że kiedy kręciliśmy 'Rok...', codziennie siadywałem w hotelu na balkonie z piwem w ręku. Ona w tym czasie najpierw przebiegała osiem mil, potem wracała spocona i szła dopakować się na siłownię. A ja sobie tak siedziałem - piwko za piwkiem, papieros za papierosem. I gapiłem się, jak po siłowni Sigourney przez bite trzy kwadranse pływa w basenie. Jak jakiś cyborg zupełnie! Kiedy kręciliśmy tę miłosną scenę, po prostu podniosła mnie z podłogi, żebyśmy mogli się pocałować. To posągowa kobieta, jest o wiele wyższa ode mnie! I ostatnio, kiedy spotkaliśmy się w Nowym Jorku, zrobiła dokładnie to samo - podniosła mnie - ot tak, zupełnie bez wysiłku - i powiedziała: 'Cześć'. A najśmieszniejsze jest to, że w całej scenie na ekranie nie widać nawet kawałka gołego ciała!

Czy Twoi synowie zamierzają zostać aktorami? Zachęcasz ich do tego, czy zniechęcasz?

Ani nie zachęcam, ani nie zniechęcam. To znaczy, prawdę mówiąc, zachęcam jednego z moich synów. Jest z niego urodzony komik.

Ile ma lat?

Czternaście. Jest wyższy niż ja, przez co wygląda trochę jak fasolowa tyczka. Z urody przypomina trochę tego chłopaka, który ostatnio zagrał w 'Gwiezdnych wojnach'.

Haydena Christensena?

Tak. Kiedy zobaczyłem tego chłopca na ekranie, pomyślałem sobie: 'Skąd wyście go wytrzasnęli? Wygląda zupełnie jak mój syn!'. Ma kamerę wideo, kręci jakieś filmy, potem montuje je w komputerze. Bardzo go to interesuje, więc dodaję mu otuchy, kiedy tylko mogę. Widać, że po prostu lubi tę zabawę - a ja się z tego cieszę. Tak przy okazji, w filmie 'Byliśmy żołnierzami' występuje trzech moich chłopaków, wszyscy jako statyści w mundurach. Nie zobaczysz ich twarzy, bo noszą maski gazowe. Było to dla nich bardzo pouczające doświadczenie. Często zadawali mi pytania o to, co wydarzyło się w Wietnamie. Dzięki pobytowi na planie mogli chociaż w części przekonać się, jak to było naprawdę. Nie wspominając o tym, że spodobało im się to nieustanne wskakiwanie i wyskakiwanie ze śmigłowca. Chciałbym też powiedzieć, że nie traktowano ich jakoś specjalnie tylko dlatego, że ich ojciec to Mel Gibson. Podobnie jak wszyscy inni statyści dostali po sto dolarów dziennie plus wyżywienie. Nosili ciężkie mundury, cały wojskowy sprzęt i biegali w trzydziestostopniowym upale. Dzięki temu mieli poczucie, że zapracowali na swoje pieniądze. A przy tym zrozumieli, że tatuś też nie ma łatwej roboty.

Który spośród filmów wojennych cenisz najbardziej?

To trudne pytanie, bo powstało ich całkiem sporo. Podoba mi się "Łowca jeleni", lubię "Ścieżki chwały" Kubricka - chyba najbardziej ze wszystkich. Naprawdę dobre wojenne filmy to filmy antywojenne. One najlepiej ilustrują to, co kiedyś powiedział Hal Moore: 'Wojownika darzcie uwielbieniem, wojnę - nienawiścią'.

A spośród filmów, w których sam brałeś udział?

Z którego jestem najbardziej dumny? Chyba z "Walecznego serca". Naprawdę ciężko przy nim pracowałem. Włożyłem weń sporo serca. Nikt z bohaterów wprawdzie nie strzela z broni palnej, ale walki wcale nie są przez to mniej gwałtowne.

Po ataku na Pearl Harbor wiele gwiazd Hollywood zgłosiło się do wojska na ochotnika. Jak Ty zachowałbyś się w podobnej sytuacji?

Szukałbym każdego pretekstu, żeby nie wstępować do armii. Oczywiście, kiedy wróg atakuje Twoją ziemię, trzeba robić, co w ludzkiej mocy, żeby mu się przeciwstawić. Ale ja jestem już za stary na żołnierza, nikt by mnie nie wysłał do walki. Co innego chłopcy z Fort Benning czy West Point. Byłem tam i rozmawiałem z nimi. To dwudziestoletni mężczyźni, którzy rozumieją, dlaczego ojczyzna ich potrzebuje i którzy są gotowi w każdej chwili stanąć w jej obronie. Oni odczuwają prawdziwe powołanie. Są gotowi poświęcić się za swoich rodaków. Ze spotkania z nimi wyszedłem spokojny. Nasz kraj jest w dobrych rękach.



[Yola Czaderska-Hayek]