Steven Spielberg gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: W Polsce wchodzi właśnie na ekrany Twój najnowszy film - "Raport mniejszości". Jakimi słowami mógłbyś określić tę opowieść?

Steven Spielberg: Ależ ja mógłbym o tym filmie mówić przez godzinę!

Nigdzie mi się nie spieszy, chętnie posłucham.

No dobrze. Trudno mi jednak powiedzieć w kilku słowach, o czym jest "Raport...", ponieważ w tej historii fascynuje mnie wiele rzeczy. Choćby to, że opowiadanie Philipa K. Dicka, które stanowi pierwowzór filmu, wydaje mi się niesamowicie aktualne. Choć akcja rozgrywa się, licząc od dnia dzisiejszego, za pięćdziesiąt dwa lata, starałem się, aby pokazany na ekranie świat przypominał naszą rzeczywistość. Samochody być może wyglądają inaczej, ale domy nadal stoją w takim kształcie, jak budowano je kiedyś. Czytając Dicka, uświadomiłem sobie różnicę pomiędzy dwiema skrajnie odmiennymi formami światopoglądu. Jedna z nich to autodeterminizm; wierzysz, że to Ty w pełni kontrolujesz swój los i wszelkie tego efekty są Twoją zasługą. Druga szkoła głosi, że człowiek podąża jedynie ścieżką wyznaczoną mu przez jakąś wyższą siłę, że jesteśmy jedynie aktorami odtwarzającymi scenariusz, który napisał kto inny. Postać, którą gra Tom Cruise, wierzy, że jeśli trójka jasnowidzów przewiduje, iż ktoś w czwartek o 7.05 rano popełni morderstwo, to do tego morderstwa naprawdę dojdzie. I rzeczywiście tak się dzieje. A jeśli wyrocznia głosi, że zabójcą będzie Tom Cruise, to czy może on zmienić przyszłość? Podda się przeznaczeniu, czy też jest w stanie mu się przeciwstawić? Wszystko sprowadza się do kwestii, który światopogląd wyznajesz. Najgorsze, że ja sam nie wiem, w co właściwie wierzę. Jednego dnia wydaje mi się, że jestem kowalem swojego losu, kiedy indziej zaś dochodzę do wniosku, że tego, co zapisane w gwiazdach, i tak nie da się zmienić. Naprawdę bywa różnie. Może więc ujmę to w ten sposób: kiedy moje filmy stają się przebojami, wierzę, że to ja kieruję swoim życiem. Kiedy jest inaczej, stwierdzam: no cóż, nie można wygrać z przeznaczeniem (śmiech).

Z Twojego filmu wynika jednak, że aby skutecznie walczyć z przestępczością, należałoby wszystkich na Ziemi poddać totalnej kontroli...

W świecie, który pokazałem na ekranie, fala przestępczości urasta wręcz do rozmiarów epidemii. I wtedy pojawia się cud: trójka jasnowidzów jest w stanie przewidzieć wszystkie zbrodnie w promieniu 200 mil od Waszyngtonu. To swego rodzaju eksperyment. Gdy rozpoczyna się akcja filmu, program prewencyjnego przewidywania przyszłości wciąż znajduje się w sześcioletniej fazie próbnej. Nie został jeszcze oficjalnie zatwierdzony przez rząd. Ten sposób walki z przestępczością budzi liczne kontrowersje, ponieważ narusza prawa obywatelskie ludzi, którzy według prognoz jasnowidzów mają popełnić zbrodnię. W historii zdarzały się już podobne precedensy: podczas wojny secesyjnej Abraham Lincoln wydał specjalny dekret, pozwalający osadzać w areszcie sympatyków Południa mieszkających na Północy - po to, by zapobiec ewentualnym aktom szpiegostwa. Dekret ten jawnie naruszał ich prawa, ale stało się tak dla większego dobra. Podobnie teraz, po 11 września, służby specjalne mają w naszym kraju większe prawa niż dotychczas. Agenci FBI mają prawo wkroczyć w nasze życie, do naszych kościołów, do naszych synagog - mogą nas praktycznie szpiegować, by wyeliminować zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. W ten oto sposób mój film, który jeszcze rok temu wydawał się całkowitą fikcją, teraz nagle ma o wiele więcej wspólnego z rzeczywistością.

Nie przeraża Cię to?

Przerażające jest to, że ktoś mnie śledzi czy podsłuchuje moje rozmowy. Na szczęście nie mam się akurat czego wstydzić, ale wiem też, że teraz, dopóki nie wytropiono jeszcze terrorystów, agenci służb wywiadowczych poddają obserwacji mnóstwo niewinnych ludzi. Martwi mnie to. Z jednej strony chciałbym chronić moje dzieci, moją rodzinę i pragnąłbym, aby rząd zrobił wszystko, co w jego mocy, aby nie dopuścić nigdy więcej do podobnej tragedii. Z drugiej strony jednak mam świadomość, że nasze prawa obywatelskie zostały w znaczący sposób naruszone. I choć wiem, że to konieczne, czasami chciałbym, żeby ta sytuacja wreszcie dobiegła końca.

O ile mi wiadomo, historia realizacji "Raportu mniejszości" jest równie skomplikowana, co fabuła samego filmu. Pięć lat temu Ron Shusett i Gary Goldman napisali scenariusz, który bardzo różni się od ostatecznej wersji. Reżyserem miał być, zdaje się, Jan De Bont. Ty zatrudniłeś innych scenarzystów, a Jan De Bont został producentem. Mógłbyś opowiedzieć, jak doszło do tych wszystkich zmian?

Jakieś trzy lata temu Tom Cruise i Paula Wagner dali mi do przeczytania tekst - i z tego, co pamiętam, już wtedy nie była to wersja Shusetta i Goldmana. Całą rzecz jeszcze raz napisał nowy scenarzysta, Jon Cohen. Poprosiłem, aby pokazano mi wszystkie wersje i tym sposobem wpadł mi w ręce szkic autorstwa tamtych dwóch. Scenariusz Cohena spodobał mi się o wiele bardziej. W wersji Shusetta i Goldmana "Raport mniejszości" miał być taką łupu-cupu strzelaniną w stylu "Pamieci absolutnej". Taki projekt mnie nie interesował. Chciałem raczej wymieszać gatunki, zestawić ze sobą różne składniki i zobaczyć, co z tego wyniknie. Zaprosiłem więc do współpracy Scotta Franka, znakomitego scenarzystę. Wiesz, "Dorwać małego", "Co z oczu, to z serca" - to on pisał te teksty. Postanowiliśmy stworzyć odrobinę staromodny czarny kryminał oparty na motywach opowiadania Philipa K. Dicka z lat 50. Szkicu Shusetta i Goldmana nie wykorzystałem w ogóle, podobnie jak nie miałem wielkiego pożytku z wersji Jona Cohena. Może kilka kwestii dialogowych... Ostateczny scenariusz "Raportu..." jest właściwie autorskim dziełem Scotta. Aha, a Jan De Bont miał w umowie zagwarantowane, że zostanie producentem. Nie widział filmu, ani razu nie był na planie, nie kiwnął nawet palcem - ale umowa to umowa. Takie są zasady w Hollywood - jeśli jesteś producentem, Twoje nazwisko pojawi się na ekranie, nawet jeśli nie zrobisz kompletnie nic (śmiech). Parę razy pytaliśmy go: 'Czy na pewno chcesz mieć swoje nazwisko w czołówce? Przecież nie masz z tym projektem nic wspólnego'. Nie ustąpił. No więc ma, czego chciał.

Na ile dochowałeś wierności opowiadaniu Dicka?

Jeśli chodzi o sytuację wyjściową, podążałem z nabożnym szacunkiem po śladach pisarza. Pokazałem na ekranie jasnowidzów pracujących w policyjnej jednostce o nazwie Agencja Prewencji. W opowiadaniu występował facet nazwiskiem Anderson. Nie Anderton, lecz Anderson.

Skąd ta zmiana?

Sam nie jestem pewien... Ojej, przepraszam! Przepraszam! To nie tak. W opowiadaniu występował Anderton, scenarzyści przechrzcili go na Andersona, a ja przywróciłem mu pierwotne nazwisko. Poza tym u Dicka we wstępie facet kierujący Agencją zostaje oskarżony o to, że w przyszłości popełni morderstwo. Wszyscy ludzie, których sam szkolił, teraz rzucają się w pościg za nim. I to w zasadzie wszystko, co zaczerpnąłem z Dickowskiego opowiadania. Cała reszta to nasze oryginalne dzieło.

Muszę przyznać, że zaskoczyłeś mnie, wplatając do "Raportu mniejszości" sceny jak z komedii. Czyżbyś chciał w ten sposób zrównoważyć poważny ton filmu?

Tak, wydawało mi się, że to właściwy zabieg. Nie chciałem, by "Raport..." był tak ciężki, jak inne moje filmy, na przykład "Amistad", "Sztuczna Inteligencja" czy "Szeregowiec Ryan". W przypadku tamtych produkcji po prostu nie było sposobu, aby umieścić w scenariuszu cokolwiek zabawnego, rozładowującego atmosferę. Tu zaś miałem taką szansę i dlatego na przykład w jednej ze scen Tom Cruise goni swoje gałki oczne toczące się wprost do ścieku. 'Raport mniejszości' to oczywiście nie jest materiał na komedię, pomyślałem jednak, że dobrze by było pokazać także zabawniejszą, absurdalną stronę poważnego w istocie problemu. Reżyserując ten film, po prostu nie chciałem przez cały czas zachowywać się jak jakaś nieznośna męczybuła.

Chciałabym, abyś opowiedział trochę o pracy nad wizualną stroną "Raportu mniejszości". Polskich czytelników z pewnością interesują Twoje relacje z Januszem Kamińskim.

Spośród wszystkich autorów zdjęć, z którymi pracowałem, Janusz jest z pewnością najlepszy. "Catch Me If You Can" to nasz siódmy z rzędu wspólny projekt. Kamiński jest wirtuozem oświetlenia. Decyzja o ustawieniu kamery, o doborze obiektywu należy jednak do mnie. Obrazowa strona filmu jest moją sprawą, Janusz zaś - jak by to powiedzieć - oświetla moją wizję. Zawsze pracowałem w ten sposób ze wszystkimi operatorami, odkąd zacząłem kręcić filmy. Wcześniej sam też ustawiałem światło, ale w tym akurat wyręczył mnie Kamiński. Gdy go poznałem, uświadomiłem sobie, że oto stoi przede mną prawdziwy artysta. Przy pomocy odpowiedniego oświetlenia jednego dnia tworzy obrazy niczym Chagall, kiedy indziej - niczym Goya czy Monet. Pomyślałem: 'Muszę zatrzymać tego faceta przy sobie'. I tak na razie zostało.

Mówiłeś kiedyś, że interesują Cię rozmaite gatunki filmowe. Popraw mnie, jeżeli się mylę, ale nigdy chyba nie próbowałeś nakręcić historycznego filmu kostiumowego, musicalu czy westernu. Nie miałbyś ochoty na takie wyzwanie?

Zawsze chciałem nakręcić musical. Od dwudziestu lat szukam odpowiedniego materiału. Nie jest jednak moim zamiarem zrobienie filmu w stylu "Moulin Rouge". Bardzo lubię tę produkcję i uważam, że Baz Luhrmann to świetny reżyser, ja jednak przywiązany jestem do tradycyjnych, staromodnych musicali, gdzie wszystko odbywa się według ustalonych zasad. Ktoś z kimś rozmawia, po czym nagle dialog przechodzi w piosenkę; potem znowu rozmowa i znowu piosenka. Uwielbiam "West Side Story", a "Deszczową piosenkę" uważam za najlepszy film muzyczny wszech czasów. A co do innych gatunków: wspominałem przed chwilą Abrahama Linclona. Chciałbym nakręcić opowieść obejmującą ostatnie pięć lat jego życia, ale nie wiem, czy ten projekt dojdzie do skutku. Coś Ci powiem: tu nie tyle chodzi o specyfikę gatunków filmowych, co o dobry scenariusz. Czasami dostaję do ręki jakiś tekst i nagle wiem, że to jest to. Takich sytuacji nie można przewidzieć. Na przykład dopóki nie przeczytałem scenariusza "Szeregowca Ryana", nie miałem nawet pojęcia, że chcę zrobić film wojenny. To znaczy, prędzej czy później i tak bym się pewnie do tego zabrał, bo rozmaite historie z czasów II wojny światowej chodziły mi po głowie, ale wtedy akurat tak się złożyło, że właściwy skrypt trafił do mnie we właściwym momencie, dzięki czemu postanowiłem: 'Tak, ten projekt mnie interesuje'.

Z jednej strony jesteś wrażliwym, otwartym na nowe pomysły artystą, z drugiej zaś kryje się w Tobie sprytny biznesmen planujący komercyjny sukces. Jak potrafisz pogodzić tę sprzeczność?

Kwestia ta ma znaczenie, kiedy muszę dokonywać w życiu jakichś wyborów. Zadaję sobie wtedy pytanie: ile jeszcze sukcesów potrzeba mi do szczęścia? Tyle mi się w życiu udało, że mógłbym obdzielić ze trzech (śmieje się). Dlatego odrzuciłem propozycje wyreżyserowania "Harry'ego Pottera" i "Spider-Mana". Wiadomo było z góry, że filmy te będą superprzebojami i właśnie dlatego nie stanowiły dla mnie już wyzwania. Podobne rzeczy kręciłem dawno temu! Nie potrzebuję udowadniać sobie bez przerwy, jaki to ja jestem wspaniały. Nie ścigam się z nikim o tytuł twórcy największego hitu wszech czasów. Staram się raczej tworzyć historie, które potrafią przykuć moją uwagę na dwa lata - tyle bowiem zajmuje mi praca nad scenariuszem bądź jej nadzorowanie, no i sama reżyseria. Teraz pracuję już tylko dla siebie. Chcę robić takie filmy, jakie lubię sam oglądać - a jeżeli przy okazji widzom też się podobają, to fantastycznie. Mam nadzieję, że mój następny projekt, "Catch Me If You Can"', również przypadnie ludziom do gustu. To jest, nie ukrywam, dość egoistyczne nastawienie, ale ja naprawdę z nikim nie rywalizuję. Oczywiście, można powiedzieć, że kasowy sukces "Raport..." zawdzięcza udziałowi Toma Cruise'a. Ale to on sam przysłał mi scenariusz. Od początku zresztą zamierzałem obsadzić go w głównej roli i gdyby Tom nie zwrócił się do mnie, sam bym go poprosił, by u mnie zagrał. Przez wiele lat usiłowaliśmy zrobić coś razem i wreszcie się udało. Teraz się cieszę, że już skończyło się całe to ciśnienie. Film zarobił na siebie, wytwórnia dostanie z powrotem kasę, wszyscy są zadowoleni. Jeżeli zaś dana produkcja nie zarabia tyle, by inwestycje się zwróciły, mam zawsze to niemiłe poczucie, że zawiodłem ludzi, którzy mi zaufali i powierzyli pieniądze.

Porozmawiajmy przez chwilę o Twoim prywatnym życiu. Jakiś czas temu przyznałeś się, że żona przygotowuje Ci śniadania.

To nie tak! To ja robię śniadania, ona gotuje obiady.

Niech będzie. W jaki sposób udało Wam się osiągnąć taki spokój i równowagę w małżeństwie?

No cóż, moje małżeństwo przetrwało tak długo, ponieważ zawsze słucham się żony (śmiech). Cokolwiek powie, zawsze ma rację (śmiech). A mówiąc bardziej serio: dom to nie miejsce na pole bitwy. Moja żona tak mądrze wychowuje dzieci, tak mądrze obchodzi się ze mną, że słucham jej niemal tak samo, jak kiedyś, dawno temu, powinienem słuchać rodziców - co mi się zresztą nie udało. Żona zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny i dlatego, rozmawiając z nią, w dziewięciu przypadkach na dziesięć mówię: 'Tak'. Bardzo rzadko zdarza mi się powiedzieć: 'Nie'.

Macie dzieci w różnym wieku, pochodzące z odmiennych ras. Jak radzicie sobie z ich wychowaniem?

Staramy się żyć tak normalnie, jak tylko to możliwe. Nie mieszkamy w jakiejś wieży z kości słoniowej. Na przykład przyjaciele moich dzieci nie mają nic wspólnego ze środowiskiem filmowym. To po prostu zwykłe dzieciaki ze szkoły. One wnoszą nam do domu powiew prawdziwego życia. Nie wszystkie pochodzą z bogatych rodzin, nie wszystkie są jakoś szczególnie utalentowane, ale wszystkie bez wyjątku są wspaniałymi ludźmi. Z takimi samymi dzieciakami sam się stykałem, chodząc do szkoły.

Od jakiegoś czasu coraz częściej mówi się o kolejnej części "Indiany Jonesa", ale na dobrą sprawę nie znamy żadnych szczegółów. Dasz się namówić, żeby zdradzić coś więcej na ten temat?

Razem z George'em i Harrisonem nakręciliśmy trzy filmy o Indianie Jonesie i muszę powiedzieć, że była to dla nas rewelacyjna zabawa. Tak naprawdę chcemy zrobić czwartego "Indianę..." nie dla pieniędzy czy rozgłosu, ale właśnie po to, by przypomnieć sobie i stworzyć na nowo tamten fantastyczny nastrój. Od czasu, kiedy powstała "Ostatnia krucjata", nie mieliśmy dobrego materiału na opowieść. Teraz nareszcie mamy. Frank Darabont, który - jak wiesz - zrobił "Skazanych na Shawshank" i "Zieloną Milę", pisze dla nas scenariusz. Sam już nie mogę się doczekać tego filmu! Nie kręcimy go już teraz tylko dlatego, że Harrison Ford jest zapracowany aż do roku 2004. Tak więc premiera czwartego 'Indiany Jonesa' nastąpi nie wcześniej niż w roku 2005. Ale zapewniam Cię - warto pożyć tak długo, żeby tego doczekać.



[Yola Czaderska-Hayek]