Tom Hanks gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Już niedługo polscy widzowie będą mogli obejrzeć Twój nowy film, "Drogę do zatracenia" w reżyserii Sama Mendesa. Produkcję tę reklamuje slogan: Każdy ojciec jest bohaterem w oczach swego syna. Czy Twój ojciec był dla Ciebie bohaterem?

Tom Hanks: Mój tata był naprawdę niesamowity. Jako 'złota rączka' nie miał sobie równych. Przy pomocy młotka, śrubokręta i obcęg wyprawiał istne cuda. Podziwiałem go za to. Zawsze miałem wrażenie, że podczas tej pracy fantastycznie się bawi, a robota dosłownie wykonuje się sama. Ja, niestety, nie odziedziczyłem po nim zdolności majsterkowicza. Zupełnie sobie z tym nie radzę.

A jak postrzegają Cię Twoi synowie?

To zupełnie inna historia. Zdaję sobie sprawę, że w ich oczach jestem kimś wyjątkowym, ale do dziś właściwie nie wiem, co oni takiego specjalnego we mnie widzą. Kwestia wychowania moich dzieci często sprowadza się do pytania, które często sobie zadaję: jak wiele błędów popełniłem? Czy danego dnia byłem dla nich za ostry, czy może odwrotnie - pozwoliłem im na zbyt wiele? To jest tak: człowiek w odniesieniu do ojca ustala sobie pewne zasady, na których opierają się ich wzajemne relacje. Gdy zaś sam zostaje ojcem i ma do czynienia z własnymi dziećmi, wszystkie te reguły tracą sens, bo cała sytuacja się zmienia. Jak by to powiedzieć: teraz to Ty jesteś po tej drugiej stronie.

Co starasz się przekazać swoim dzieciom?

Wiesz, to niełatwa sprawa, bo każde z nich jest inne (Tom Hanks ma czworo dzieci: 25-letniego Colina i 20-letnią Elizabeth z małżeństwa z Samanthą Lewes oraz 12-letniego Chestera i 7-letniego Trumana ze związku z Ritą Wilson - YCH). Moje starsze dzieciaki pamiętają, jak to było, kiedy tatuś nie był jeszcze gwiazdą, ale na przykład najmłodszy syn nie ma kompletnie pojęcia o świecie, jaki rozciąga się poza domem. Chciałbym, aby zapamiętał, że tata był zawsze uśmiechnięty, dobry... i że zawsze miał dla niego czas, choć to akurat nieprawda, bo często jestem bardzo zajęty. Ogromnie żałuję, że gdy wychowywała się moja córka, wiele razy nie miałem nawet chwili, by pojawić się na jej urodzinach. Teraz zależy mi, aby młodsze rodzeństwo Elizabeth nie przeżyło tego osamotnienia, które stało się jej udziałem.

"Droga do zatracenia" może stanowić zaskoczenie dla Twoich wielbicieli, po raz pierwszy bowiem wcielasz się w postać zawodowego zabójcy.

Rzeczywiście, przypięto mi etykietkę miłego faceta. Ta opinia wynika chyba stąd, że zarówno na ekranie, jak i w życiu staram się być po prostu normalnym człowiekiem. Wyznaję zasadę, że ludzi, z którymi się pracuje, nie trzeba od razu lubić, ale trzeba ich szanować, inaczej bowiem niczego się nie osiągnie. Przychodzę więc na plan o czasie, uczę się tekstu i myślę nad rolą. To dla mnie podstawa profesjonalnego podejścia do zawodu. Co do mego ekranowego wizerunku: kiedy zaczynam kręcić nowy film, wyrzucam z pamięci wszystko, co zdarzyło się wcześniej. To zupełnie inna opowieść, zupełnie inny świat. Wcielając się w konkretną postać, muszę być w tej roli wiarygodny już od pierwszej sekundy, od momentu, gdy kamera idzie w ruch. Zależy mi, aby w każdym kolejnym filmie widzowie zobaczyli w moim wykonaniu coś nowego, coś, czego jeszcze nie widzieli.

Na pewno nie widzieli Cię dotąd w roli zimnokrwistego zabójcy. Muszę jednak powiedzieć, że postać Michaela Sullivana z "Drogi do zatracenia" mimo odrażającej profesji wzbudza pewną sympatię.

Wiesz, dla niego zabijanie to po prostu praca. Mike wieczorem wraca do domu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, bo właśnie zarobił pieniądze, dzięki którym może utrzymać żonę i dzieci. Dlatego w nocy śpi snem sprawiedliwego. Nie zamierzam go usprawiedliwiać; wyjaśniam Ci tylko, jakimi torami biegły moje myśli, gdy przygotowywałem się do zagrania tego faceta. Poza tym wiele brutalnych scen rozgrywa się poza ekranem, dzięki czemu "Droga do zatracenia" różni się od wielu gangsterskich filmów, w których krew leje się strumieniami. Weźmy na przykład takiego "Władcę Pierścieni". Każdy ośmiolatek w Ameryce widział go co najmniej siedem razy. A przecież tam na ekranie latają odcięte głowy, ręce i inne części ciała. I nikomu to jakoś nie przeszkadza. Nie sądzę, żeby ktokolwiek zapytał Elijah Wooda: Co czułeś, zabijając tylu orloków? - czy jak oni się tam nazywają. Dziwne, prawda?

Nie miałeś nigdy ochoty zagrać prawdziwie negatywnej postaci? Kogoś naprawdę złego, zdeprawowanego?

To znaczy kogo? Faceta, który zabija jeszcze więcej ludzi niż Mike Sullivan?... Najbardziej brutalny film, w jakim wystąpiłem, to "Szeregowiec Ryan", w tym przypadku jednak bezsensowna przemoc stanowiła nieodłączny element wojennego świata. Nie mam ochoty grać postaci w stylu Dartha Vadera czy kogoś, kto dokonuje zbrodni ot tak, z jakichś absurdalnych przyczyn. Zupełnie inna sprawa to wcielić się w człowieka mającego na sumieniu liczne grzechy - jeśli kierują nim racje, które potrafię zrozumieć, z którymi mogę się utożsamić. Na planie "Drogi..." żartowaliśmy nawet, że mój bohater zabija swe ofiary nie bez pewnej delikatności. No cóż, jeżeli człowiekowi można delikatnie posłać kulę w łeb, niech będzie.

Lubisz gangsterskie kino, czarne kryminały?

Oprócz "Ojca chrzestnego" właściwie nie. Na dobrą sprawę mogę powiedzieć, że spóźniłem się na czarne kryminały. Gdy zacząłem interesować się filmem, produkcje z Jamesem Cagneyem - cały ten nurt stanowiący esencję gangsterskiego kina - należały już do odległej przeszłości. Co innego "Ojciec chrzestny"'. Jeśli mam być szczery, nie uważam go nawet za film gangsterski. Dla mnie to po prostu majstersztyk wszech czasów. Uwielbiam analizować go od strony technicznej. Wiesz: kamera ustawiona na linii oczu, długie ujęcia... Wydaje mi się, że Sam Mendes i Conrad L. Hall (autor zdjęć - YCH), kręcąc "Drogę do zatracenia", próbowali jakoś nawiązać do tamtej estetyki.

Podejrzewam, że ucieszyłeś się na myśl o współpracy z Paulem Newmanem.

To było tak: rozmawialiśmy z Samem o filmie i w pewnym momencie powiedział mi: <>A wiesz, zapytałem Paula, czy by z nami nie zagrał. Ja na to: Jakiego Paula? (śmiech). Samowi nie przyszło do głowy, że ja po prostu nie mam pojęcia, o czym on mówi. Usłyszałem więc: Paula Newmana i oczy mi wyszły na wierzch. Nie wiedziałem, co powiedzieć podczas pierwszego spotkania. Okazało się, że to bardzo rzeczowy facet, który przez cały czas mówi o przybraniach do sałatek (śmiech). Nie żartuję! (aktor prowadzi firmę 'Newman's Own' produkującą m.in. sałatkowe sosy - YCH). Wydaje mi się, że o wiele bardziej interesują go wyścigi samochodowe niż kręcenie filmów, na planie jednak rzuca wszystko i koncentruje się tylko na pracy. Mimo dzielącej nas różnicy wieku czułem się, jakbyśmy znali się od niepamiętnych czasów, jakbyśmy chodzili razem do szkoły. Z drugiej strony nie mogłem pozbyć się natrętnej myśli: O rany, robię film razem z Paulem Newmanem. To niemożliwe, to się nie dzieje naprawdę!. Teraz, gdy całą rzecz mam już za sobą, mogę powiedzieć o tym człowieku jedno: bardzo przyjemny gość.

A co możesz powiedzieć o młodym Tylerze Hoechlinie, który zagrał Twojego syna, Michaela juniora? Jak Ci się z nim pracowało?

Przede wszystkim traktowałem go jak prawdziwego, równego sobie zawodowca. Musieliśmy nawiązać bliski kontakt, żeby sceny z naszym udziałem wyglądały wiarygodnie. Czasami ćwiczyliśmy poszczególne dialogi, wałęsając się po planie razem z jego mamą i bratem. Rozmawialiśmy na luzie, ale nie bez wzajemnego szacunku. To dla mnie bardzo ważna rzecz podczas kręcenia filmu. Nasze relacje musiały utrzymać się na stałym poziomie. Nie mogliśmy spędzać zbyt wiele czasu razem, z drugiej strony dłuższe przerwy też byłyby szkodliwe. Na szczęście udało nam się współpracować bez większych problemów, między innymi dlatego, że Tyler to naprawdę wspaniały dzieciak.

Sama Mendesa okrzyknięto geniuszem już po premierze "American Beauty". Jak myślisz, skąd bierze się ta wrzawa wokół jego osoby?

Sam przyszedł do świata filmu praktycznie z zewnątrz, ale już z niesamowitym doświadczeniem. Jako reżyser spektakli teatralnych ma na koncie ponad sto, może sto pięćdziesiąt - sam nie wiem, ile - wystawionych sztuk. Doskonale wie, jak z tekstu scenariusza, z zapisanych na kartce słów wyczarować fascynującą opowieść. Umie rozłożyć akcenty, wyczuwa, kiedy uderzyć mocniej, a kiedy słabiej. W teatrze nie musiał zaprzątać sobie głowy technicznymi sprawami, takimi jak dobór właściwego obiektywu, oświetlenia czy pleneru, nauczył się za to pracować z ludźmi. Miał do czynienia z aktorami, którzy przychodzili do pracy pijani. Miał do czynienia z aktorami, którzy właśnie się rozwiedli i w związku z tym nic innego ich nie obchodziło. Miał też do czynienia z aktorami, którym nie podobał się tekst sztuki. Wszystkie te osoby potrafił zachęcić, aby wyszły na scenę i odegrali swoje role, jak tylko potrafią najlepiej. No a poza tym Sam umie opowiadać historie tak, aby zainteresować widza, a to dla reżysera jest chyba najważniejsze.

Masz na koncie całe mnóstwo udanych filmów. Który z nich lubisz najbardziej?

Trudno powiedzieć. Pamiętam, że nad niektórymi bardzo przyjemnie mi się pracowało. Ogromnie żałuję na przykład, że w którymś momencie musieliśmy skończyć realizację "Apollo 13". To była fantastyczna zabawa, mógłbym kręcić ten film przez dziewięć lat (śmiech). Z kolei "Ich własna liga" przypominała wyprawę do baseballowej krainy marzeń. Niesamowite wyzwanie stanowił dla nas wszystkich "Szeregowiec Ryan". Na planie trzęśliśmy się z zimna, kiepska pogoda też nie poprawiała nam nastroju. A jednak wspominam tę pracę niezwykle ciepło. Każdy dał z siebie naprawdę wszystko. Teraz, kiedy produkcja odniosła wielki sukces, mogę się z tego śmiać, ale wtedy rzeczywiście nie było łatwo. Wracając jednak do Twojego pytania: nie umiem powiedzieć, który ze swoich filmów lubię najbardziej. Jeśli pamiętasz scenę z "Drogi do zatracenia", w której Tyler Hoechlin pyta mojego bohatera: Czy Petera kochałeś bardziej ode mnie?, to wiesz, jak się w tej chwili czuję. Odpowiem Ci więc inaczej: jeżeli na planie przyjemnie Ci się pracuje, najgorszy moment przychodzi, gdy kręcenie dobiega końca; jeśli zaś na planie czujesz się źle, najgorszy moment miał miejsce wtedy, gdy zgodziłaś się na tę robotę (śmiech).

Oglądasz swoje stare filmy?

Nie. Czasami wracam do różnych fragmentów, ale nigdy nie oglądam tych filmów w całości. Tego, co już nakręciłem, nie zmienię. A jeśli dany tytuł widziałem raz czy dwa, to już mi wystarczy. Nie dałbym rady więcej.

O ile mi wiadomo, Henry Fonda nie znosił własnego głosu, Donald Sutherland zaś zamyka oczy, gdy widzi siebie na ekranie. Ty jednak dość bohatersko radzisz sobie na przedpremierowych pokazach. Widziałam kilka dni temu, że podczas seansu "Drogi..." wysiedziałeś do końca.

Nie widziałem tego filmu w całości, chciałem więc zobaczyć, jak wygląda w ostatecznej wersji. Przyznaję jednak, że oglądanie i słuchanie samego siebie to dość bolesne przeżycie. Choćby dlatego, że nie da się już nic poprawić. Wszystkie moje błędy, potknięcia są widoczne jak na dłoni. Nawet jeśli widzowie ich nie dostrzegają, to ja wiem, że w danym miejscu zrobiłem coś nie tak. Natomiast jeśli chodzi o "Drogę do zatracenia", miałem ochotę ujrzeć Paula Newmana, byłem ciekaw, jak film wygląda od strony wizualnej, jak Conrad i Sam poradzili sobie ze zdjęciami... Przy okazji zobaczyłem też, jak idiotycznie wyglądam w tym kapeluszu. No cóż, trudno, nie umiem być wobec siebie obiektywny.

Interesowały Cię reakcje widzów?

O ile wiem, po seansie reakcje były na ogół przychylne. Z wyjątkiem tych paru osób na ekranie nikt nie zginął, mogę więc uznać, że film przyjęto całkiem dobrze (śmiech).

Twoja rodzina ma ostatnio na koncie jeszcze jeden sukces: film Joela Zwicka "My Big Fat Greek Wedding", którego producentem jest Rita Wilson (żona Toma Hanksa - YCH), okazał się niesamowitym przebojem.

Wiesz co? Ja sam ciągle w to nie wierzę! To było dla nas prawdziwe zaskoczenie, nie muszę mówić, że bardzo przyjemne. Najśmieszniejsze jest to, że kiedy ten materiał trafił do nas, pomyśleliśmy sobie po prostu: To będzie fajna rzecz. Spodoba się widzom. Na pierwszy rzut oka "My Big Fat Greek Wedding" to produkcja, która stanowi absolutne przeciwieństwo typowego kinowego przeboju. Z marketingowego punktu widzenia realizacja tego filmu był to poroniony pomysł. A jednak zależało nam na tym, aby historię napisaną przez Nię Vardalos przenieść na ekran. Wydała nam się na tyle ciekawa i uniwersalna, że publiczność powinna ją przyjąć w miarę życzliwie. No i okazało się, że mieliśmy rację! Moja skromna osoba włożyła oczywiście w ten film o wiele mniej pracy niż Rita, ale cieszę się z sukcesu tak samo, jak moja żona.



[Yola Czaderska-Hayek]