Harrison Ford gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Na ekrany polskich kin wejdzie wkrótce film Kathryn Bigelow 'K-19', historia oparta na autentycznych wydarzeniach. Bohater, w którego się wcielasz, jest kapitanem radzieckiego okrętu podwodnego. Chciałabym zapytać, czy przyjąłeś tę rolę ze względu na Twoje rosyjskie korzenie?

Harrison Ford: No cóż, moja babcia była rosyjską Żydówką, która uciekła z kraju, mając jedenaście lat. Domyślasz się więc, że pochodzenie miało niewielki wpływ na moją decyzję (śmiech).

O ile wiem, spotkałeś się z prawdziwymi marynarzami z okrętu 'K-19'.

Przed rozpoczęciem zdjęć wybraliśmy się do Moskwy i Sankt Petersburga na spotkanie z członkami załogi, którym udało się przeżyć. Byli bardzo poruszeni tym, że Amerykanie chcą nakręcić o nich film. Poruszeni, a jednocześnie nieufni. Przekonywaliśmy ich, że mamy jak najlepsze chęci, ale nie dowierzali. W jakiś sposób wpadła im w ręce wczesna wersja scenariusza, w której Rosjanie zostali przedstawieni w bardzo stereotypowy i mało sympatyczny sposób. Była to, podkreślam, bardzo wczesna wersja, której w tym kształcie nikt nie miał zamiaru realizować. Przede wszystkim ja bym w czymś takim nie zagrał. Doskonale rozumiałem tych ludzi, jako że narodowościowe klisze zawarte w tym tekście dotknęły mnie w takim samym stopniu, jak ich. W filmie 'K-19' chcieliśmy pokazać historię rosyjskich marynarzy tak, jakby ją mogli opowiedzieć sami Rosjanie. To miał być ich punkt widzenia.

Czy realizując 'K-19', trzymaliście się wyłącznie udokumentowanych faktów?

Nie tylko. Dodaliśmy kilka fikcyjnych scen dla zwiększenia napięcia. Na przykład na pokładzie prawdziwego 'K-19' nigdy nie doszło do buntu, nie wybuchł też żaden pożar. Chodziło nam o pokazanie, jak na tle tych wydarzeń rozwijają się postawy bohaterów. Budowaliśmy w ten sposób pewną dramatyczną konstrukcję. Uważam, że mieliśmy do tego prawo, jako że nasz film nie jest ani dokumentem, ani podręcznikiem historii. To kinowy spektakl, przeznaczony dla szerokiej widowni. Ta zaś ma swoje oczekiwania.

Prawdziwa historia 'K-19' nie była odpowiednio dramatyczna?

'Odpowiednio' to nie jest właściwe słowo. Gdybyś chciała opowiedzieć tę historię, trzymając się tylko suchych faktów, nie osiągnęłabyś dramatycznego efektu. Potrzebne były emocje. Dlatego na przykład Szekspir przetworzył na swój sposób autentyczną opowieść o pewnym duńskim księciu, tworząc w ten sposób jedno z arcydzieł wszech czasów. Aby konkretna historia wywarła odpowiedni wpływ na ludzi, trzeba ją umiejętnie przekazać: zwiększać napięcie, komplikować intrygę, dążyć do spektakularnej kulminacji.

Jak myślisz, nadawałbyś się na kapitana okrętu podwodnego? Wykorzystujesz czasami swój autorytet, chociażby w kontaktach z dziećmi?

Mam dzieci w różnym wieku - od dwunastu do trzydziestu pięciu lat - i do tej pory żadne z nich mnie nie słucha (śmiech). A kapitanem okrętu podwodnego nie chciałbym być za żadne pieniądze. To trudne i niebezpieczne życie. Marynarze i oficerowie na okrętach podwodnych pracują w wyjątkowo ekstremalnych warunkach. Ja bym się do tego nie nadawał. Poza tym nie umiem wydawać rozkazów i nie interesuje mnie to. O wiele bardziej nastawiony jestem na współpracę z ludźmi, niż na wywyższanie się ponad resztę.

Ludzie jednak postrzegają Cię jako wielkiego bohatera, i to nie tylko na ekranie, ale w życiu również.

No tak, od czasu do czasu w prasie pojawiają się sensacje o tym, jak to uratowałem jakieś turystki w górach czy coś w tym stylu. Nie ukrywam, to przyjemne uczucie komuś pomóc. Ale dziennikarze opisują całą historię w taki sposób, jakbym był jedynym facetem, który akurat przelatywał samolotem w okolicy. A to przecież nieprawda! Zazwyczaj w tego typu sytuacjach współpracuje ze sobą cała grupa ludzi, zarówno na ziemi, jak i w powietrzu. I właśnie ta współpraca, o czym przed chwilą mówiłem, daje mi poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Świadomość, że do czegoś mogę się przydać. Tak się składa, że latanie to moja pasja. A jeżeli mogę przy okazji wykonać jakiś dobry uczynek, tym lepiej.

Wiem, że znasz Wolfganga Petersena, nakręciliście razem thriller 'Air Force One'. Petersen słynie jako twórca 'Okrętu', jednego z najlepszych filmów poświęconych marynarzom łodzi podwodnych. Czy podczas realizacji 'K-19' zwracałeś się do niego po jakieś rady?

Nie. Zgadzam się, że 'Okręt' to znakomity film. Na planie 'Air Force One' również świetnie nam się układało. Ale na tym koniec. 'K-19' to projekt, na czele którego stała Kathryn Bigelow. Ona była reżyserem, ona miała decydujący głos. Dołożyłem więc wszelkich starań, aby zrealizować jej autorską wizję, aby wcielić się moją postać najlepiej, jak tylko potrafiłem.

Jesteś znany z tego, że przed rozpoczęciem pracy na planie drobiazgowo przygotowujesz się do każdej roli. Gdy miałeś zagrać prezydenta w 'Air Force One', całymi dniami studiowałeś programy informacyjne CNN, by przyswoić sobie gesty i zachowanie Billa Clintona. A jak wyglądały Twoje przygotowania do 'K-19'? Oglądałeś jakieś wcześniejsze filmy o okrętach podwodnych?

Postanowiłem tego nie robić, to byłby zły pomysł. Rozmawiałem z ludźmi, którzy naprawdę pływają pod wodą; ostrzegli mnie, że tego typu filmy nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, zbyt dużo w nich uproszczeń, służących temu, aby pokazać więcej efektownych scen na ekranie. Nie chciałem się sugerować podobnymi konwencjami, dlatego skoncentrowałem się na innych zagadnieniach. Jeżeli w scenariuszu 'K-19' mowa była o awarii reaktora, musiałem wiedzieć, jak pracuje reaktor. Jeżeli miałem wcielić się w radzieckiego oficera, musiałem wiedzieć, jak tacy oficerowie się zachowują, jakiego typu przeszkolenie mają za sobą, jak się poruszają... Tego typu rzeczy. Udało mi się nawet zobaczyć autentyczny film nakręcony w radzieckiej jednostce wojskowej w latach 60. Bardzo mi to pomogło.

Rozumiem, że na planie mieliście jakiegoś konsultanta?

Tak, oczywiście. Na planie zawsze był obecny prawdziwy kapitan rosyjskiego okrętu podwodnego, który obserwował naszą pracę i poprawiał ewentualne błędy.

Nie tak dawno rozmawiałam ze Stevenem Spielbergiem. Przyznał się, że ma wielką ochotę nakręcić czwartego 'Indianę Jonesa', ale musi czekać do 2004 roku, bo dopiero wtedy będziesz miał wolny czas. Mógłbyś zdradzić, co takiego zamierzasz robić przez najbliższe dwa lata?

Mam podpisane kontrakty, on zresztą też, więc niech nie zwala całej winy na mnie (śmiech). A mówiąc serio, mam w planach trzy filmy. Najpierw w Los Angeles Josh Hartnett i ja gramy policjantów. Wiesz, jesteśmy partnerami, to taka śmieszno-dramatyczna historia w reżyserii Rona Sheltona. Kiedy to już skończę, jadę do Nowego Jorku, na plan do Joego Carnahana. To młody człowiek, nowa twarz w branży, ale nakręcił już rzecz pod tytułem 'Narc' - dla mnie to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem w życiu. Potem zaś, i z tego bardzo się cieszę, zagram w biograficznej opowieści poświęconej życiu Freda Cuny'ego, organizatora akcji humanitarnych, zabitego w Czeczenii. Tę historię nakręci Alejandro Gonzales Inarritu, facet, który zrobił ten meksykański film, jak on się nazywał? A, już wiem! 'Amores Perros'. Sama widzisz więc, że jest co robić. Do końca roku 2002 mam już zajęty czas, w 2003 planuję następny film, no i kiedy przyjdzie rok 2004, powinienem się ze wszystkim uporać. Wtedy możemy porozmawiać o 'Indianie Jonesie'.

Rola Indiany Jonesa wymaga jednak żelaznej kondycji. To przecież kino akcji, pełne pościgów, bijatyk i kaskaderskich scen. Myślisz, że będziesz w stanie podołać wymaganiom?

Mogę skopać tyłek każdemu! (śmiech) Popatrz na Seana Connery'ego i zadaj mi to pytanie jeszcze raz. On ciągle, w każdym filmie, biega, skacze albo bije się z kimś. Wiek nie ma tu nic do rzeczy.

No dobrze. Mimo to dzisiejszy Indiana Jones nie będzie już tym młodzieniaszkiem, jakiego znamy z dawnych filmów.

Oczywiście, bohater na pewno się zmieni. Ale co to za problem? Indiana będzie starszy, w związku z czym akcję umieścimy nie w latach trzydziestych, tylko, powiedzmy, w pięćdziesiątych. To jedyny sposób, aby zachować sens całej historii. Mam nadzieję, że scenariusz będzie trzymał się kupy. Jeśli tak, wówczas z wielką przyjemnością ponownie zagram tę postać.

Czy jako dojrzały mężczyzna poświęcasz wiele czasu na sprawy związane ze zdrowiem, z zachowaniem kondycji?

Dwadzieścia pięć lat temu rzuciłem palenie. Mogę powiedzieć, że od tego czasu wiele w moim życiu zmieniło się na lepsze. Z pewnością dbam o swoje zdrowie, choćby ze względu na dzieci. Gdy wychowują się i dorastają u mojego boku, muszę być w jak najlepszej formie, aby móc przyjść im z pomocą, kiedy tylko tego potrzebują. A co do kondycji, to ze wstydem przyznam, że nie zawsze przestrzegam dyscypliny. Mój ulubiony sport to tenis, ale nie grałem już ze trzy miesiące i ze strachem myślę o powrocie na kort. Miałem ostatnio mnóstwo pracy i na granie już nie starczyło czasu. Zamierzam jednak odnowić formę, gdy tylko będę mógł.

Jak ludzie reagują na Twój widok, gdy zdarza im się spotkać Cię przypadkowo na ulicy?

Bardzo różnie, to zależy od tego, kto mnie spotka i czego akurat chce. Muszę jednak przyznać, że są to dla mnie dość niewygodne sytuacje. Częścią zawodu aktora jest obserwacja ludzkich zachowań, swego rodzaju podglądanie innych. W momencie, gdy człowiek staje się sławny, to jego zaczynają obserwować i podglądać. Nie jest mi z tym dobrze, w ciągu dwudziestu lat jednak zdążyłem się przyzwyczaić. Nauczyłem się żyć ze świadomością, że bez przerwy ktoś na mnie patrzy.

Musi być Ci trudno zwłaszcza teraz, gdy od kilku miesięcy gazety rozpisują się na temat Twoich prywatnych spraw.

Zgadza się. Cała ta sprawa jest przykra nie tylko dla mnie, ale i dla moich bliskich. Niemniej jednak wiem, że nie mogę w żaden sposób powstrzymać brukowców. Zastanawiam się, czy można nazwać dziennikarzami ludzi, którzy nie mają szacunku dla prawdy i, co gorsza, w majestacie prawa wypisują o mnie jakieś skandaliczne bzdety. Trudno, trzeba po prostu uodpornić się na ból, jaki sprawiają tego typu publikacje.

Mówisz, że gazety ingerują w Twoją prywatność, a ja zastanawiam się, kiedy masz na nią czas przy tylu filmach...

Wbrew pozorom nie jest ich tak dużo. Kręcę zaledwie jeden film rocznie. Resztę czasu staram się poświęcać najbliższym. Jak wiesz, jestem w związku z Calistą Flockhart - i na tym zakończmy ten temat. Nie opowiadam o swoim prywatnym życiu. Zdradzę Ci tylko tyle, że nadal mam kontakt z dziećmi i kiedy bawimy się razem, są to bardzo zwyczajne zabawy, w jakich bierze udział każdy przeciętny rodzic. Oczywiście, z reguły to maluchy decydują, w co zagramy (śmiech). Poza tym cieszę się, obserwując moje starsze dzieci i moje wnuki. Jestem szczęśliwy, że stanowię część ich życia.

Boisz się starości?

Nie. Nie odczuwam żadnych obaw przed starzeniem się. Wręcz przeciwnie, uważam, że dojrzałość ma swoje zalety. Zapracowałem na swoje życie, a teraz wreszcie mogę odpocząć i nacieszyć się nim. Nie jest ważne, ile masz lat. Ważne jest, na ile lat się czujesz. Co do mnie, chciałbym zawsze być w tak fantastycznej formie, jak teraz.



[Yola Czaderska-Hayek]