Jackie Chan gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Oto niepokonany, niezrównany i niezmordowany Jackie Chan! Masz reputację aktora, który wykonuje wszystkie niebezpieczne sceny bez udziału dublerów. Czy to prawda, czy też jednak czasami wyręczają Cię kaskaderzy?

Jackie Chan: To zależy od filmu. Tu, w Hollywood, nie na wszystko mi pozwalają. Na przykład w komedii 'Shanghai Knights', czyli drugiej części 'Kowboja z Szanghaju', wykonuję jakieś 90 procent kaskaderskich scen. Z kolei w 'Smokingu' brałem udział zaledwie w połowie.

'Smoking' wchodzi właśnie na ekrany kin w Polsce. W tej produkcji nie tylko popisujesz się doskonałą kondycją, ale także śpiewasz i tańczysz...

To prawda! Kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że w scenariuszu jest taka scena, powiedziałem: Nic z tego. Przecież ja nie umiem ani śpiewać, ani tańczyć. Producenci uprosili mnie: Jackie, zaufaj nam. Będzie dobrze. Potem dowiedziałem się, że do zagrania w tej 'muzycznej' scenie zaprosili Toma Jonesa. Pomyślałem sobie: No, zapowiada się nieźle. Byłem cały w nerwach! Jakiś czas później okazało się, że Tom Jones nie może zagrać, bo w tym czasie ma jakiś koncert w Las Vegas. No więc namówili kogoś innego - i tym kimś był James Brown. Największy z największych. Wtedy przeraziłem się jeszcze bardziej. Ja mam śpiewać kawałek Jamesa Browna? Ale jak? To się nie uda!. Pan Brown przesłał mi kasetę wideo ze swoim występem. Oglądałem ją dzień w dzień i próbowałem go naśladować. Miałem zaśpiewać ten znany kawałek, "I Feel Good". Przez chyba trzy miesiące śpiewałem w domu "I Feel Good". I kiedy byłem już prawie gotowy, przyszedł do mnie producent Walter Parkes. Powiedział: Jackie, musimy zmienić piosenkę. Pytam: Jak to?. Okazało się, że "I Feel Good" ktoś wykorzystał w jakiejś reklamie i nie można tego kawałka włączyć do filmu. Producenci postanowili: Jackie, zaśpiewasz coś innego. Wybrali "Sex Machine". Mało nie zemdlałem. Błagałem ich: Ludzie, nie róbcie mi tego. Przecież za tydzień zaczynają się zdjęcia . I wtedy na planie pojawił się James Brown. Osobiście zaczął mnie uczyć wszystkich swoich sztuczek. Razem śpiewaliśmy, razem tańczyliśmy, razem skakaliśmy na scenie. Ledwo za nim nadążałem, ale okazał się bardzo cierpliwy. Był obecny podczas wszystkich prób. No i wyobraź sobie, co się stało? Kiedy już filmowaliśmy tę scenę, James Brown wskoczył przed obiektyw i zawołał: To nie tak! Musisz się poruszać w ten sposób - i zaczął robić wszystko po swojemu, tak, jak tylko on potrafi. Na planie stało około dwustu statystów, kamera cały czas pracowała, a on nagle zrobił nam 45-minutowy koncert! Poważnie. Wszyscy zaczęli skakać razem z nim, nawet operatorzy odłożyli sprzęt i włączyli się do zabawy, a tymczasem do mnie podszedł producent i odezwał się: Jackie, nie mamy czasu. To nasz ostatni dzień zdjęciowy. Powiedz mu, żeby przestał . Ja na to: Sam mu powiedz (śmiech). Naprawdę jestem wdzięczny za to, że James Brown poświęcił mi aż tyle czasu.

Jak się czułeś w wizytowym stroju od Giorgia Armaniego?

No cóż, na ogół nie zakładam smokingu. Dopiero dzięki temu filmowi oswoiłem się z takim ubraniem. Nie wiedziałem, że smokingi od Armaniego są tak potwornie drogie! Komplet kosztuje jakieś 3000 dolarów. A myśmy na planie mieli chyba z setkę takich smokingów. Oczywiście ludzie od Armaniego przez cały czas mieli na nie oko (śmiech). Codziennie zakładałem nowe ubranie, nawet siadałem w nim do posiłków. Zabrudziło się? Nie szkodzi, proszę, następny smoking. Mało tego: codziennie musiałem przymierzać kilka rozmiarów. Do normalnych scen, rozmiar 48. Do pojedynków - 50. Do skoków - 54. Już kręciło mi się w głowie od tych strojów! (śmiech). Za dużo ich było. Nawet nie miałem pojęcia, że producenci wydali na nie tyle pieniędzy.

Powiedziałeś kiedyś, że w swoich filmach starasz się naśladować bardziej Charliego Chaplina czy Bustera Keatona niż Bruce'a Lee. Czy to dlatego coraz częściej kręcisz komedie?

Na początku mojej kariery w Hongkongu pracowałem jako kaskader. A musisz wiedzieć, że filmy akcji z Hongkongu są bardzo schematyczne. Gdy Bruce Lee odniósł światowy sukces, wszyscy zaczęli kopiować jego styl. Powstały setki filmów naśladujących produkcje z Bruce'em Lee. Mnie także na planie mnóstwo razy kazano walczyć tak, jak robił to Mały Smok. Zorientowałem się, że ludziom wcale się to nie podoba. Chcą czegoś nowego. I wtedy zacząłem do swojego stylu wprowadzać zmiany. W momencie, gdy Bruce Lee zastosowałby wysokie kopnięcie, ja kopałem nisko. Gdy Bruce uderzyłby prawą ręką, ja uderzałem lewą. A potem wprowadziłem trochę humoru do swoich filmów. Widzowie to chwycili. Jakiś czas później ktoś przysłał mi kasetę wideo z jakąś starą komedią z Busterem Keatonem. Ja nawet nie miałem pojęcia, kto to jest Buster Keaton! Ale obejrzałem, no i stwierdziłem, że to jest to. Ten facet robił prawie to samo co ja. Potem odkryłem takich ludzi, jak: Harold Lloyd, Fred Astaire czy Gene Kelly. Mówię Ci, ten rytm! Jak oni się poruszają! Dla porównania czasami oglądam swoje starsze produkcje przy wyłączonej muzyce i patrzę, jakie te walki są nudne! Tylko takie monotonne łupu-cupu. A weź taką 'Deszczową piosenkę'. Przecież to jest mistrzostwo świata! A jakby tego było mało, Fred Astaire potrafił tańczyć ze wszystkim, nawet z przedmiotami! To mi nasunęło pomysł, żeby w swoich filmach wprowadzić rozmaite rekwizyty do scen walki. Zresztą w ogóle w moich produkcjach pojawia się coraz więcej motywów ze starego kina. Dlatego na przykład w 'Shanghai Knights' będzie taki moment, w którym walczę do rytmu właśnie 'Deszczowej piosenki'.

W 'Smokingu' grasz kierowcę taksówki. Jak sobie radzisz za kółkiem?

Jestem kaskaderem. Jestem wyczynowcem. Jestem szalony! Jeżdżę naprawdę szybko - ponad 200 kilometrów na godzinę. W Hollywood nie pozwalają mi, niestety, siedzieć za kierownicą, mimo że nieraz poradziłbym sobie lepiej niż większość dublerów. Mówią: Reguły bezpieczeństwa. Trudno.

Gdzie wolisz kręcić filmy: u siebie w Hongkongu czy w Ameryce?

W Hongkongu mam stuprocentową kontrolę nad tym, co dzieje się na planie. To ja decyduję o wszystkim. Jeżeli, dajmy na to, nie podoba mi się jakiś plener, to mówię: Nie będziemy tu kręcić - i znajdują mi jakiś inny. W Ameryce nie mam takiej swobody. W kręcenie filmu angażuje się mnóstwo ludzi i jakikolwiek poślizg uderza bezpośrednio w nich. Tu nie można sobie pozwolić na czekanie. Kiedy kręciłem 'Godziny szczytu', 'Kowboja z Szanghaju' czy 'Smoking', wszyscy uwijali się jak w ukropie. Czasami prosiłem: Słuchajcie, potrzebuję jeszcze dwóch dni, żeby nakręcić tę scenę naprawdę dobrze . Odpowiadali: Jackie, nie mamy dwóch dni. Dzisiaj musimy skończyć, a potem ktoś dzwonił do producenta i przychodził z wiadomością: No dobra, masz jeden dzień . W Azji nie byłoby takiego problemu. Potrzebny Ci czas, Jackie? Dobra, w porządku. Kręcimy dotąd, aż będziesz całkowicie zadowolony. W Hollywood filmy realizuje się pod wielką presją. Poza tym jest jeszcze bariera językowa. Angielski jest dla mnie bardzo trudny i czasami nie jestem w stanie wyrazić wszystkiego, co chcę powiedzieć. Z tego też wynika wiele problemów. Ale jakoś to wszystko, na szczęście, wychodzi.

Z tego, co słyszę, coraz lepiej mówisz po angielsku.

Wciąż się uczę. Do każdego filmu muszę bezbłędnie opanować dialogi. Często na przykład oglądam amerykańskie filmy w towarzystwie ludzi, którzy mogą mi wytłumaczyć, o co chodzi, jeśli czegoś nie zrozumiem. Angielski, jak powiedziałem, to dla mnie trudny język. Ale nie poddaję się.

Z tego, co wiem, dla wielu młodych ludzi jesteś wzorem do naśladowania. Jak sobie radzisz z taką odpowiedzialnością?

Traktuję ją bardzo poważnie. Zawsze liczyłem się ze zdaniem fanów. Kiedyś, na początku, kręciłem pełne przemocy kino akcji. W jakimś momencie zaczęły przychodzić do mnie listy: Jackie, twój ostatni film bardzo mi się podobał, ale nie mógłbym go pokazać moim dzieciom. To właśnie wtedy postanowiłem pójść w stronę komedii. W Azji kino ma niesamowitą siłę oddziaływania, przekonałem się o tym podczas licznych spotkań z publicznością. Za każdym razem pojawia się na nich mnóstwo dzieci. Dlatego w moich filmach oprócz rozrywki znajdziesz także walory edukacyjne. Na przykład w azjatyckich produkcjach z Jackiem Chanem nikt nie pali. Mało tego, na stołach nie ma nawet popielniczek! Staram się także unikać stereotypów. Nie lubię, kiedy na ekranie, powiedzmy, wszyscy Chińczycy są dobrzy, a wszyscy Murzyni są źli. Tak przecież w życiu nie jest! Dobrych i złych ludzi można spotkać wszędzie, w każdym środowisku. Aha, no i oczywiście dość jasno daję do zrozumienia, że nie lubię broni palnej. Mam nadzieję, że udaje mi się w ten sposób przekazać dzieciom coś dobrego.

Ale na przykład w 'Kowboju z Szanghaju' nosisz rewolwery!

No tak, mam je przez moment, ale zaraz je wyrzucam. Nie są mi potrzebne. Z filmowymi przeciwnikami radzę sobie, wykorzystując przede wszystkim sztukę walk Wschodu.

No dobrze, mówiłeś o fanach. A jak sobie radzisz z uwielbieniem fanek? Jesteś przecież żonatym mężczyzną.

I to wystarczy za odpowiedź. Przed laty przysięgałem mojej żonie miłość i raz danego słowa dotrzymuję. Mimo iż tyle kobiet na mnie leci (śmiech). Ładnie to brzmi po angielsku, co? Nauczyłem się tego tekstu podczas kręcenia 'Smokingu'. 'Kobiety na mnie lecą' - to właściwe określenie?

Jak najbardziej.

No właśnie. A ponieważ podróżuję po całym świecie, stykam się z bardzo różnymi kobietami. Trzeba wtedy zachować wielką ostrożność, uważać na to, co się mówi i co się robi. Dlatego nie lubię chodzić do restauracji czy do dyskoteki. Nie czuję się tam dobrze. Zwłaszcza, że przez cały czas muszę się uśmiechać, choć nie mam na to najmniejszej ochoty.

Twój syn niedługo skończy 20 lat. Czy przekazujesz mu swoje umiejętności?

Próbowałem, ale on raczej woli zostać muzykiem. Nagrał już płytę, a teraz rozpoczyna studia w Uniwersytecie Stanu Kalifornia. Kiedyś chciałem nauczyć go paru ciosów. Nic z tego nie wyszło, zupełnie nie miał do tego talentu. Pomyślałem sobie: Dziwne, przecież ma moje geny, powinien wiedzieć, jak się walczy (śmiech). Ale potem zobaczyłem go, jak stepuje i wywija na parkiecie. Ja bym tak nigdy nie umiał! Wtedy zrozumiałem, że znalazł swoją specjalność. Ja walczę, on tańczy (śmiech).

Myślałeś kiedyś o przyszłości? Co zamierzasz robić na przykład za piętnaście lat?

Szczerze mówiąc, nie martwię się tym. Oczywiście któregoś dnia będę musiał przejść na emeryturę, ale mam już konkretne plany. Chcę otworzyć w Chinach akademię sztuk walki. A raczej nie tylko sztuk walki, bo chodzi mi o coś więcej. Pragnę uczyć młodych ludzi także kaskaderskiego rzemiosła i podstaw aktorstwa. Marzy mi się swego rodzaju wymiana kulturalna ze Stanami Zjednoczonymi. Amerykańscy studenci poznawaliby tajniki walk Wschodu, z kolei młodzi Chińczycy mieliby szansę zetknąć się z nowoczesną kulturą USA. Stepowanie, hip-hop, taniec nowoczesny, tym podobne rzeczy. Taka mieszanina dwóch tradycji, dwóch porządków. Kto wie, może uda mi się wychować drugiego Jackiego Chana?

Jesteś też właścicielem sieci barów 'Jackie's Kitchen'.

To coś w rodzaju chińskiego 'McDonald's'. Zwyczajna kuchnia, szybkie posiłki na przeciętną kieszeń. Mam swoje bary w kilku krajach. Planuję otworzyć jeszcze więcej. W Korei, na Hawajach, w Europie - czemu nie? Ale na przykład w Tajlandii już nie. Tam jest mnóstwo chińskich restauracji, jedna więcej zginęłaby w tłumie. A już na pewno nie miałoby sensu otwieranie chińskiego fast foodu w samych Chinach. To by była kompletna strata czasu i pieniędzy.

Chciałbyś zagrać w 'normalnym' filmie, to znaczy bez tych wszystkich akrobatycznych popisów?

Pewnie, że tak! Chciałbym, aby uważano mnie za aktora, nie za akrobatę. Marzą mi się takie projekty, jak na przykład 'Zawód: szpieg'. Czy takie dialogi jak z 'Gladiatora'. O rany, to by dopiero było! Zdaję sobie sprawę, że akcja jest ważna dla filmu, ale o wiele istotniejszy jest ludzki dramat. Weź chociażby 'Sprawę Kramerów'. Przecież tam się prawie nic nie dzieje. A nie można oderwać się od ekranu. Żywot gwiazdy filmów akcji jest niezmiernie krótki. A na przykład Clint Eastwood udowodnił, że potrafi zagrać każdą rolę i świetnie sobie radzi do dzisiaj. Też bym tak chciał.



[Yola Czaderska-Hayek]