Orlando Bloom gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Rola elfa Legolasa we "Władcy Pierścieni" to Twój debiut aktorski w filmie pełnometrażowym. Jak przeżyłeś ostatni rok, dzielący premierę "Drużyny Pierścienia" i wejście na ekrany "Dwóch Wież"?

Orlando Bloom: Podejrzewam, że wszystkim odtwórcom głównych ról we "Władcy..." ostatni rok upłynął bardzo intensywnie. Dla mnie było to na pewno niesamowite doświadczenie, tym bardziej, że, jak sama zauważyłaś, dopiero stawiam pierwsze kroki w zawodzie. Dla aktora w mojej sytuacji praca z tak fantastyczną ekipą i świetnym reżyserem wydawała się spełnieniem marzeń. Mogę powiedzieć, iż bardzo wiele się przy tej okazji nauczyłem. Na "dzień dobry" wskoczyłem na głęboką wodę - półtora roku nieustannej pracy na planie to przecież nie lada wyzwanie. Teraz, w porównaniu z "Władcą Pierścieni", wszystkie następne projekty, w których biorę udział, sprawiają wrażenie lekkich, łatwych i przyjemnych. Moje życie zmieniło się pod wieloma względami - częściej podróżuję, częściej pracuję za granicą, ciągle uczę się czegoś nowego. Nadal jednak rodzina i przyjaciele są dla mnie najważniejsi. Staram się, jeżeli to tylko możliwe, pozostać zwykłym, normalnym człowiekiem, jakim byłem dotąd.

Twoi koledzy - m.in. Ian McKellen i Elijah Wood, z którymi rozmawiałam rok temu - opowiadali, że tworzyliście drużynę nie tylko w filmie, ale też i w życiu, poza ekranem. Czyżby tak bardzo podziałała na was magia prozy Tolkiena?

Coś w tym jest, chociaż wydaje mi się, że bardziej wpłynęła na nas atmosfera samego filmu. "Władca Pierścieni" to opowieść o przyjaźni, odwadze, poświęceniu... Drużyna walczy za wspólną sprawę, toczy bój z siłami zła - myślę, że w jakiś sposób my, aktorzy, zasugerowaliśmy się naszą filmową misją. Podobnie jak członkowie Drużyny Pierścienia, darzyliśmy się nawzajem zaufaniem, a gdy zachodziła taka potrzeba, jeden drugiemu przychodził z pomocą. Widziałaś już "Dwie Wieże"? Przypomnij sobie scenę, gdy Frodo okazuje współczucie Gollumowi. Ten pokraczny stwór, związany, potwornie cierpi, bo lina elfów dosłownie pali mu skórę - w książce jest to tak opisane, że niemal sama możesz poczuć jego ból. Frodo wielkodusznie uwalnia go z więzów, bo ufa Gollumowi, wierzy, że ten go nie zdradzi. Podobnie działo się na planie: gdy ktoś miał kłopoty, nie staliśmy obojętnie, tylko próbowaliśmy jakoś rozwiązać problem. Stąd właśnie wzięło się potem przekonanie, że Drużyna Pierścienia zaistniała w rzeczywistości.

Czy rzeczywiście po zakończeniu realizacji filmu widujecie się nadal, tak jak to sobie obiecywaliście?

Nie jest to łatwe, bo każdy z nas ma swoją pracę. Nawet mnie nie powinno tu być w tej chwili. Kręcę nowy film i w zasadzie płacą mi za to, żebym teraz siedział na planie i robił swoje. Ubłagałem jednak producenta, żeby przy okazji wejścia na ekrany "Dwóch Wież" dał mi parę dni wolnego. Dzięki temu, że dziennikarze przeprowadzają z nami wywiady - tak jak właśnie Ty ze mną - jest okazja, żeby znowu się spotkać i powspominać tę fantastyczną przygodę. To prawdziwy dar niebios, być w ekipie "Władcy Pierścieni". Premiera każdej kolejnej części sprawia, że przeżywamy całą euforię wciąż od nowa, jakby to był pierwszy raz. Natomiast normalnie, w ciągu roku, widujemy się, gdy czas pozwoli. W Los Angeles spotykam Doma, Seana, Elijah i Viggo, praktycznie wszystkich, przez jakiś czas był tu też Billy. Kiedy jestem w Nowym Jorku, dzwonię do Liv. Gdy pojawiam się w Londynie, natychmiast daję znać Ianowi. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć: mimo iż od realizacji "Władcy..." upłynęło już trochę czasu, wszyscy nadal jesteśmy przyjaciółmi.

Twoja kariera już na starcie ruszyła z kopyta. Co jednak sprawiło, że w ogóle podjąłeś decyzję o wyborze takiego, a nie innego zawodu?

Kiedy miałem jakieś dwanaście lat - tak, to było chyba wtedy - spędzałem Boże Narodzenie u mojej rodziny w Bostonie. Przyjechał wtedy też kuzyn z Los Angeles, który zajmował się kręceniem reklamówek. Wzięliśmy z wypożyczalni parę filmów, żeby mieć co oglądać między świętami a sylwestrem. Jednym z nich był czarno-biały "Bilardzista" z Paulem Newmanem. Pamiętam - choć przecież ledwo co rozumiałem z tego filmu - że Newman absolutnie mnie zauroczył. Był fantastyczny! Zresztą do dzisiaj jest, widziałem nie tak dawno "Drogę do Zatracenia" i uważam, że nic nie stracił ze swej charyzmy. W każdym razie wtedy właśnie po raz pierwszy zafascynowało mnie aktorstwo, ten świat ekranowych bohaterów, nadzwyczajnych postaci, wystających ponad przeciętność. A ponieważ mama zawsze nakłaniała nas, żebyśmy się rozwijali, już jako nastolatek zdążyłem obejrzeć mnóstwo filmów i spektakli teatralnych. Na długo przed pójściem do szkoły aktorskiej wiedziałem, co chcę osiągnąć. Mogę chyba powiedzieć, że miałem pod tym względem przewagę nad rówieśnikami, którzy wtedy nie bardzo jeszcze wyobrażali sobie, czym będą się zajmować w życiu.

Chciałabym wiedzieć o Tobie jak najwięcej. Czym się interesujesz, jakiej muzyki słuchasz, czy spotykasz się z kimś?

O rety, nie wiem, od czego zacząć. No dobrze - "spotykać się" to bardzo amerykańskie określenie. Powiedzmy więc, że "spotykam się" z kimś, ale nie jestem w żadnym związku. Jeśli chodzi o muzykę, to podoba mi się właściwie każda. To znaczy, najbardziej lubię kawałki Bena Harpera, Davida Greya, Boba Dylana, takie trochę folkowate granie. A moje zainteresowania są dość proste. Uwielbiam spacery gdzieś po jakieś malowniczej okolicy, na przykład po plaży. Kiedy kręciliśmy film w Nowej Zelandii, zajmowałem się trochę sportami ekstremalnymi - to modna rzecz w tamtych okolicach. Natomiast zwykle nie mam zbyt wiele czasu dla siebie, więc głównie po prostu spotykam się z przyjaciółmi. Siedzimy i gadamy sobie na luzie.

Teraz, bez charakteryzacji, prawie nie przypominasz Legolasa, tym bardziej, że masz ciemne włosy. Jak to się stało, że Peter Jackson dostrzegł w Tobie elfa?

Po prostu wysłałem swoją taśmę, jak wszyscy inni aktorzy ubiegający się o role w tym filmie. Pierwotnie zamierzałem zagrać Faramira, w którego obecnie wciela się David Wenham. Jakieś trzy albo cztery miesiące później poznałem Petera i Fran. Obserwowali mnie podczas przesłuchania. Dowiedziałem się, że rola Faramira jest już zajęta. Wysłałem więc następną taśmę, tym razem już jako potencjalny odtwórca roli Legolasa. Dwa miesiące później dostałem zgodę. Jak więc widzisz, cały proces zajął mnóstwo czasu i strasznie zszargał mi nerwy. Warto jednak było czekać.

Ile masz w sobie z elfa?

Hm, wysoko musiałbym mierzyć, chcąc porównywać się z elfami. Tolkien opisał je jako doskonałe, nadzwyczajne istoty bliskie aniołom. Pojawiły się na świecie z woli Valarów, bogów Śródziemia. Siłą i sprawnością znacznie przewyższają ludzi, mają też niezwykle wyostrzone zmysły. Myślę, że Legolas łączy w sobie czystość i niewinność z mądrością wynikającą z dojrzałego wieku. Przy tej okazji pojawił się zresztą nie lada problem. Mam w tej chwili 25 lat, a gdy kręciliśmy film, miałem 21. I oto musiałem wcielić się w osobę, która chodzi po świecie od jakichś trzech tysiącleci! Jak to zagrać, aby na ekranie wypadło wiarygodnie? Postanowiłem, że Legolas będzie emanował duchowym spokojem, chciałem, aby sprawiał wrażenie postaci z innego świata. Obejrzałem "Siedmiu samurajów" Kurosawy. Patrzyłem, jak bohaterowie walczą, jak się poruszają. Dzięki temu mój elf ma też w sobie coś z samuraja, tak mi się przynajmniej wydaje. A wracając do pytania: ja jestem zwykłym śmiertelnikiem, Legolas zaś to fantastyczna istota. Nie sądzę, abyśmy mieli zbyt wiele wspólnego, choć mam nadzieję, że przekazałem mu jakąś cząstkę swojej osobowości.

Nie masz natury wojownika?

Kiedyś rzeczywiście miałem skłonności do awantur. Cztery lata temu nawet uszkodziłem sobie kręgosłup. W szpitalu powiedzieli mi, że prawdopodobnie już nigdy nie będę chodził. Potem zawieźli mnie na operację i tam poskładali moje plecy jakoś do kupy. Dwanaście dni później wyszedłem ze szpitala. Na własnych nogach! Chcieli skierować mnie na sześciomiesięczną rehabilitację, ale wtedy zawaliłbym rok na uczelni. Musiałem więc sam nad sobą popracować. I na szczęście udało się w miarę szybko. Powiem Ci, że to doświadczenie całkowicie zmieniło moje życie. Na wiele spraw patrzę z innej perspektywy. To prawdziwy cud, że nie skończyłem na wózku inwalidzkim. A pomyśl: miałem wtedy dwadzieścia lat, życie było dopiero przede mną! Nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdybym wówczas nie wyzdrowiał.

Co się takiego stało, że uszkodziłeś kręgosłup?

Wypadłem przez okno. Z drugiego piętra. Próbowałem dostać się na dach, chwyciłem za rynnę, no i straciłem równowagę. Wylądowałem pomiędzy balustradą a starą pralką, którą ktoś zostawił przed domem. Wiesz, kiedy człowiek jest młody, nie myśli zbyt wiele o śmierci, nie odczuwa strachu. Ten wypadek dał mi nauczkę: pora zwolnić tempo i zacząć doceniać urodę życia. Wyobraź sobie - leżałem w szpitalu i nie mogłem się ruszać. Opiekowały się mną cztery pielęgniarki. Przez cały czas dręczył mnie potworny ból. Złamałem cztery kręgi, trzy żebra i nieomal uszkodziłem rdzeń kręgowy. Lekarze naprawdę myśleli, że z tego nie wyjdę. Cała moja godność gdzieś się ulotniła. Tkwiłem bezwładnie na łóżku, wszystko robili za mnie, było to naprawdę upokarzające. Kiedy zaś już odzyskałem siły, przekonałem się, ile przyjemności daje życie. Dopiero wtedy byłem w stanie docenić, jak wspaniale jest po prostu móc wyjść na spacer. Dzięki temu doświadczeniu zyskałem pewnego rodzaju dojrzałość, którą - jak mi się wydaje - mogłem później obdarzyć Legolasa. Naprawdę miałem szczęście. Miałem dużo, dużo szczęścia.

Po premierze "Drużyny Pierścienia" miliony dziewczyn na całym świecie oszalały na Twoim punkcie. Zetknąłeś się z jakimiś przejawami uwielbienia?

Dostaję olbrzymie ilości listów i próbuję znaleźć jakiś sposób, by odpowiadać na wszystkie. Oczywiście schlebia mi, że dziewczyny mnie uwielbiają, ale tak się składa, że w ciągu ostatniego roku byłem niemal bez przerwy zajęty i właściwie ani razu nie zetknąłem się bezpośrednio z moimi fankami. Mama często do mnie dzwoni i opowiada mi, co się dzieje w Internecie. Podobno w sieci cały czas powstają jakieś strony na mój temat. Szczerze mówiąc, nie znam się za bardzo na komputerach, więc nie wiem, co o tym wszystkim sądzić. W sumie jest mi miło, ale tak naprawdę cała ta sytuacja nie wywarła jak dotąd zbyt wielkiego wpływu na moje życie.

Podejrzewam, że większość z tych dziewczyn, które podziwiają filmowego Legolasa, nie rozpoznałaby Cię na ulicy...

O tak, na pewno! Podejrzewam, że nawet byłyby rozczarowane (śmiech). Spodziewałyby się pewnie jakiegoś blondyna, a tu niespodzianka! Mnie to nawet odpowiada. Dzięki temu, że na ekranie pojawiam się w charakteryzacji, teraz czuję się, jakbym chodził w czapce niewidce. I bardzo dobrze, przynajmniej mogę nadal normalnie funkcjonować. Mam po prostu święty spokój.



[Yola Czaderska-Hayek]