George Clooney gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Od początku realizacji filmu "Solaris" mówiło się, iż całe przedsięwzięcie stanowi finansowe ryzyko. Ty jednak zaufałeś reżyserowi, Stevenowi Soderberghowi. Nie od dziś wiadomo, że jesteście serdecznymi przyjaciółmi. Czy właśnie dlatego zgodziłeś się na udział w ekranizacji powieści Stanisława Lema?

George Clooney: To nie była wyłącznie kwestia zaufania. Oczywiście, jesteśmy przyjaciółmi, ale w przypadku Stevena to akurat żadna sztuka, trudno nie przyjaźnić się z takim człowiekiem (śmiech). Gdy dowiedziałem się, ze zamierza nakręcić "Solaris", wysłałem mu list z pytaniem, czy nie obsadziłby mnie w tym filmie. Chciałem spróbować czegoś nowego, rozumiesz, podnieść sobie poprzeczkę. To miał być swego rodzaju artystyczny eksperyment, próba zmierzenia się z rolą inną niż zwykle. Dlatego mogę powiedzieć, że zaangażowałem się w ten projekt dla osobistej przyjemności. Bardzo lubię pracować ze Stevenem - on po prostu mówi mi, co mam robić, a ja to robię.

Ponieważ ten wywiad trafi do czytelników "Stopklatki" w Polsce, nie mogę nie zadać Ci bardzo ważnego pytania: czy znasz powieść Stanisława Lema "Solaris"?

Przyznaję się: nie znam. Steven nie chciał, abyśmy przeczytali tę książkę przed realizacją filmu. Nie pozwolił nam również oglądać wersji Andrieja Tarkowskiego, choć ja akurat zetknąłem się z nią wiele lat wcześniej. Stevenowi chodziło, jak myślę, o to, abyśmy nie sugerowali się cudzą wizją. W jakiś sposób jego adaptacja jest o wiele bliższa duchowi powieści Stanisława Lema niż "Solaris" Tarkowskiego - a o ile wiem, filmu Tarkowskiego Lem nie cierpi (śmiech). Być może decyzja Stevena wyszła jego ekranizacji na dobre - nie mam pojęcia. Ze Stevenem Soderberghiem po prostu pracuje się w ten sposób, że robi się to, co Steven Soderbergh każe. Trzeba grać według jego zasad. Nawet jeśli powie: "No dobra, a teraz wyobraź sobie, że zostało ci 30 sekund życia. Jedziemy!", to ja nie mam innego wyjścia, jak grać tak, jakby rzeczywiście zostało mi 30 sekund życia. Zwariowane, ale i zabawne.

Podobno na planie jesteś niepoprawnym kawalarzem.

Naprawdę? (śmiech)

Podczas realizacji "Solaris" też robiłeś dowcipy?

Niestety nie. Po prostu nie miałem na to czasu. Tuż po zakończeniu zdjęć do "Confessions of a Dangerous Mind" w mojej reżyserii zaczęliśmy kręcić "Solaris". To była dosłownie kwestia kilku dni. Zdjęcia do "Confessions..." skończyliśmy siedemnastego kwietnia, a już dziewiętnastego pojawiłem się na planie u Stevena. Jednocześnie więc z realizacją "Solaris" zajmowałem się obróbką montażową mojego własnego filmu. Robiłem to w nocy albo podczas przerw na lunch. Byłem więc naprawdę zbyt zajęty i zbyt zmęczony na dowcipy. Szkoda, bo tak naprawdę wygłupy na planie pozwalają aktorom odprężyć się i na chwilę zapomnieć o pracy. Mam nadzieję, że przy następnych projektach będę miał trochę więcej czasu, bo inaczej zrobi się naprawdę nudno.

Na ile byłeś w stanie zidentyfikować się z granym przez siebie psychologiem Chrisem Kelvinem?

Przede wszystkim spodobało mi się, że to inteligentny facet, który nie daje się łatwo omamić złudzeniami. Zdaje sobie sprawę, że kobieta, którą spotyka, nie jest jego żoną cudem przywróconą do świata żywych. Wie, że to pewnego rodzaju iluzja, halucynacja. Jak ma zareagować? Ja bym to porównał do sytuacji, w której budzisz się z bardzo przyjemnego snu. Wiesz, że to była tylko fantazja, ale chciałabyś, aby trwała nadal. Bohater, którego gram, obwinia się za samobójstwo swojej żony. Chciałby cofnąć czas, wrócić do tamtych chwil, które spędzał z nią razem - choć, jak dowiadujemy się z retrospekcji, nie wszystkie były przyjemne. Ale co z tego, tych złych przecież się nie pamięta. Kelvin do tego stopnia pragnie odzyskać żonę, że w końcu dochodzi do wniosku: nieważne, że to iluzja, najważniejsze, że jest tu ze mną. Dzięki temu mój bohater może na powrót odnaleźć swoje miejsce w życiu. Polubiłem tę rolę, naprawdę cieszę się, że mogłem zagrać kogoś takiego.

Chris Kelvin porzuca swój świat i udaje się na Solaris, aby ocalić swoją miłość. Czy Ty byłbyś w stanie zdobyć się na wielkie poświęcenie? Co mogłoby Cię do tego skłonić - przyjaźń, uczucie, zawodowa ambicja?

Raczej nie skusiłbym się na samobójczą podróż w kierunku obcej planety tylko po to, aby dzięki temu wyszedł lepszy film. I tak uważam, że na planie daję z siebie wystarczająco wiele. Zamiast leżeć na pieniądzach, wraz ze Stevenem inwestuję w produkcję filmową, co nie zawsze jest opłacalne. Autentyczną przyjemność sprawia nam opieka nad takimi projektami, jak "Far from Heaven" czy "Bezsenność". Jak powiedziałem, inwestycje nie zawsze się zwracają, ale ani Stevenowi, ani mnie nie chodzi w tym przypadku o kasę. Cieszymy się, że udaje nam się wspierać ciekawe, wartościowe kino. A że robimy to za własne pieniądze? Trudno. Jeśli zaś pytasz mnie, do jak wielkiego poświęcenia byłbym zdolny z powodów osobistych, odpowiadam szczerze: nie wiem. Wydaje mi się, że to zależy od sytuacji. Gdybym na przykład musiał ochronić swoich bliskich, rodzinę, to sądzę, że nie wahałbym się zaryzykować własnym życiem. Prawdę mówiąc, niełatwo mi porównywać samego siebie z bohaterem "Solaris", jako że Kelvin tak naprawdę odrzuca wszystko, włącznie ze zdrowym rozsądkiem. Jego desperacja popycha go wręcz ku szaleństwu.

A dla kobiety jak wiele byś poświęcił?

A dla której? (śmiech). Mówiąc serio, wydaje mi się, że jeśli spotka się tę jedyną, z którą chce się spędzić całe życie, to nie ma takiej ceny, której nie warto by dla niej zapłacić.

Przyznaj się, jak Ty to robisz, że kobiety tak Cię uwielbiają? Masz jakiś sposób? Oczywiście oprócz tego, że jesteś zabójczo przystojny...

Czy ja mam jakiś sposób na kobiety? Hm, zastanówmy się. Pieniądze to dobra rzecz (śmiech). Pieniądze, sława i dobry samochód: moje niezawodne chwyty. Mam wrażenie, że niedługo będę potrzebował ich coraz bardziej, inaczej żadna na mnie nawet nie spojrzy. Wiesz, latka lecą, włosy siwieją... (śmiech).

Byłeś już raz żonaty. Zamierzasz jeszcze kiedyś stanąć przed ołtarzem?

Oj, nie wiem! Jakieś dziesięć lat temu zapytała mnie o to Barbara Walters w swoim programie. Udzieliłem jej dokładnie takiej samej odpowiedzi, jak Tobie teraz. Od tamtej pory starannie unikam tego pytania. Choć często ściągam sobie przez to gromy na głowę.

O ile wiem, wychowano Cię w wierze katolickiej. Co w związku z tym myślisz na temat życia po śmierci? Wierzysz w niebo i piekło?...

Z tą moją wiarą bywało różnie, jako że gdy byłem jeszcze chłopcem, omal nie wyrzucono mnie z katolickiej szkoły. Poszło o pracę, którą napisałem na temat Judasza. Wysnułem teorię, że Judasz tak naprawdę oddał Jezusowi przyjacielską przysługę. Aby jego historia mogła się dopełnić, Jezus potrzebował zdrajcy, kogoś, kto wyda go Rzymianom. Judasz powiedział: "W porządku, ja to zrobię". Za to właśnie zawiesili mnie w prawach ucznia (śmiech). Od tamtej pory zacząłem wyrabiać sobie własny pogląd na religijne dogmaty. Czasami narażałem się na różnego rodzaju represje, jako że w świetle nauk, jakie wbijano mi do głowy, człowieka pokroju Niewiernego Tomasza (po angielsku jest to Wątpiący Tomasz - Doubting Thomas - YCH), który nie wierzył, dopóki nie zobaczył, przedstawiano jako postać negatywną. Ja byłem właśnie takim Tomaszem: wątpiłem, zadawałem pytania, szukałem sensu. Robię to zresztą do dziś. Przez te wszystkie lata nauczyłem się jednego: religia i wszystko, co się z nią wiąże, to sprawa tak osobista, że wszelkie publiczne wypowiedzi na ten temat mogą przynieść więcej złego niż dobrego. Ja sam nie chcę w wywiadach zajmować żadnego stanowiska, żeby nie obrażać niczyich uczuć. Uważam, że jeśli czyjaś wiara - obojętnie w co - pozwala lepiej żyć, znaleźć jakieś oparcie w tych trudnych czasach, to bardzo dobrze! I niech tak będzie.

Wróćmy na chwilę do "Solaris". To niezwykły, głęboki, wielopłaszczyznowy film. Tymczasem, zanim jeszcze wszedł na ekrany, mówiło się głównie o tym, że na ekranie pokazujesz się z gołą pupą. Czy nie czujesz się tym urażony jako artysta?

Podejrzewam, że tę historię z moją pupą puściła w obieg sama wytwórnia, żeby zrobić trochę szumu wokół "Solaris". Musisz zdać sobie sprawę, że jest to film, który piekielnie trudno sprzedać. Ani to typowe science-fiction, ani typowy romans... I tak jestem pełen uznania dla producentów, że wyłożyli pieniądze na taki projekt. Ale jak go zareklamować? Ktoś wymyślił plotkę o gołym tyłku George’a Clooneya... i rzecz poszła w świat. Tak przynajmniej ja tłumaczę sobie całą sprawę. A czy czuję się w związku z tym urażony? Na razie nie, ale mogę zacząć się denerwować, jeżeli na przykład wszyscy dziennikarze będą zaczynać wywiad ze mną od zdania: "Hej, widziałem cię z gołym tyłkiem!" (śmiech).

Zazwyczaj to kobieca nagość przyciąga widzów do kin. Tym razem to mężczyzna został sprowadzony do roli ładnego przedmiotu. Nie miałeś ochoty wyręczyć się w tej scenie dublerem?

A co, uważasz, że powinienem? Że moja pupa nie jest wystarczająco atrakcyjna? Aha, no tak, wszystko jasne (śmiech). Mam czterdzieści jeden lat i już się rozsypuję. Staruch jestem i tyle (śmiech).

Nie odczuwałeś skrępowania podczas kręcenia tej sceny?

Nie, nawet nie zastanawiałem się nad tym specjalnie. To raczej Natashy McElhone było mi szkoda. Przy tej scenie był z nami tylko Steven za kamerą. Biedna dziewczyna! Sami faceci i ona jedna. Mnie tam się podobało, ale Natashy naprawdę współczułem.

Dla bohatera filmu wspomnienia stanowią największy skarb, przypominają mu o dawnych czasach u boku żony. A jak Ty utrwalasz swoje najcenniejsze chwile? Piszesz pamiętnik, robisz zdjęcia, czy po prostu zdajesz się na własną pamięć?

Eee... Że co? Zapomniałem, jakie było pytanie (śmiech). Nie, nie prowadzę pamiętnika. Chociaż czasami żałuję. Myślę sobie: powinienem pisać o wszystkich swoich głupich decyzjach, błędach, fatalnych rolach. Byłaby to pewnego rodzaju terapia, gdyby woda sodowa uderzyła mi do głowy. Chociaż, na dobrą sprawę, nawet nie musiałbym marnować papieru. Wystarczy, że włączę telewizor o trzeciej w nocy i widzę samego siebie w jakimś idiotycznym serialu. Mam wtedy ochotę strzelić sobie w łeb.

A ja mam ochotę zapytać Cię o jeden z Twoich wcześniejszych filmów: "Złoto pustyni". Co o nim sądzisz teraz, gdy ponownie grozi nam wojna z Irakiem?

Mogliby po raz drugi wypuścić "Złoto pustyni" na ekrany, nie sądzisz? To zabawne, w jakim kontekście pojawia się teraz nazwisko George’a Busha. Kurczę, to nawet jest to samo nazwisko! Na razie cieszę się, że jeszcze nie doszło do najgorszego, ale to poczucie niepewności jest naprawdę przytłaczające. Nie sądzę, aby najlepszym lekarstwem na przemoc była jeszcze większa przemoc. Nigdy nie widziałem, by podobna "kuracja" przyniosła jakiś pozytywny skutek. Niestety, gdybyś spytała mnie, jakie widzę wyjście z tego impasu, odpowiedziałbym zgodnie z prawdą, że nie wiem. Co gorsza, podejrzewam, że nikt w Białym Domu nie widzi sensownego rozwiązania. Cała nadzieja w tym, że rozsądek weźmie górę nad temperamentem.

Gdybyś, podobnie jak bohater "Solaris", dostał od losu drugą szansę, co zmieniłbyś w swoim życiu?

Czy ja wiem? Kariera mi się udała, mam wspaniałych przyjaciół... Hm, jeśli miałbym przeżyć swoje życie po raz drugi, to w tej nowej wersji wolałbym nie uszkodzić sobie kolan, żeby móc znowu grać w koszykówkę. Oczywiście, chciałbym być młodszy o parę lat - pod względem fizycznym, bo duchowo nadal czuję się młodo. Co jeszcze? Może nakręciłbym po raz drugi "Confessions of a Dangerous Mind", tyle że lepiej. Gdyby znów zaproponowali mi rolę w "Batmanie i Robinie", to bym się nad tym mocno zastanowił. Tu rzeczywiście przydałaby mi się druga szansa. Aha, no i z pewnością wykupiłbym wszystkie taśmy z moimi starymi serialami i spalił je. Jakie ja miałem wtedy fatalne włosy! (śmiech)

Czy Ty nie jesteś w stanie mówić o niczym innym, tylko o swojej pracy?

Rzeczywiście, tak to wygląda. Pracoholik ze mnie! Przez ostatnie półtora roku zasuwałem non stop, przez siedem dni w tygodniu. Dosłownie się rozsypuję. Pękam w szwach. No, na szczęście jest jeszcze viagra (śmiech).

Kilka lat temu powiedziałeś w wywiadzie dla magazynu "Esquire", że facet, który zmienia kobiety jak rękawiczki, skacze z kwiatka na kwiatek, po czterdziestce zamienia się w żałosną karykaturę samego siebie. Teraz, gdy masz 41 lat, co sądzisz na ten temat.

O rany! Ja naprawdę powiedziałem coś takiego? (śmiech). No dobra, niech więc będzie, że zmieniam się we własną karykaturę. Ale przynajmniej fantastycznie się przy tym bawię.



[Yola Czaderska-Hayek]