Nicole Kidman gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Kim jest dla Ciebie Virginia Woolf? Co sprawiło, że zagrałaś tę postać w obsypanym nagrodami filmie 'Godziny'?

Nicole Kidman: Kiedy kręciłam 'Innych', zadzwonił do mnie Stephen Daldry i powiedział: 'Mam dla ciebie rolę, która ci się spodoba. Chcę, żebyś zagrała Virginię Woolf'. Zdziwiłam się: 'Ja? Chyba żartujesz' (śmiech). Naprawdę tak myślałam! Udało mu się jednak mnie namówić. 'Przeczytaj kilka jej książek' - doradził mi. Znałam powieści Virginii Woolf jeszcze ze szkoły, ale wtedy nie rozumiałam z nich zbyt wiele. Wróciwszy teraz do nich, poczułam się strasznie dziwnie, ponieważ w tym samym czasie w moim życiu tak wiele się zmieniło, pojawiło się tyle spraw, tyle problemów - nagle miałam wrażenie, jakby z kart książek Virginia zaczęła przemawiać bezpośrednio do mnie (śmiech). Gdy taka rzecz przydarza się aktorce, nie pozostaje nic innego, jak tylko powiedzieć: 'OK, biorę tę rolę'. Nie wiedziałam, czy podołam, ponieważ w trakcie realizacji 'Godzin' moje życie kompletnie rozpadło się w gruzy. Wtedy nie miałam w ogóle ochoty ani na kręcenie filmu, ani w ogóle na nic. Próbowałam wycofać się z całego projektu, ale nie udało się, nie pozwolili mi na to; stwierdziłam więc: 'Trudno'... Dzisiaj wydaje mi się, że to właśnie dzięki temu, co musiałam przejść, byłam w stanie naprawdę przekonująco wcielić się w Virginię Woolf.

Specjalnie dla potrzeb tej roli przywdziałaś perukę i sztuczny nos. Czy dzięki temu łatwiej przyszło Ci się wcielić w postać słynnej pisarki?

Zanim rozpoczęliśmy realizację, wraz ze Stephenem i Ann Roth, genialną specjalistką od kostiumów, urządziliśmy próbne zdjęcia. Dali mi do przymierzenia rozmaite sukienki, układali mi włosy na wiele sposobów; w efekcie reżyser postanowił: 'Musimy coś zmienić w twojej twarzy'. Muszę przyznać, że tego typu charakteryzacja to rzadkość w środowisku filmowym (śmiech). Zazwyczaj makijażyści robią wszystko, żeby aktorki wydawały się młodsze i piękniejsze. Stephen Daldry tymczasem zadecydował: 'Najpierw musimy dać Virginii odpowiednią twarz. Wtedy będziemy mieli gotową postać'. Stąd właśnie wziął się ów sztuczny nos. Przyznam jednak, że niechętnie o tym mówię, jako że zagłębianie się w techniczne szczegóły odbiera całą magię procesowi budowania roli. Owszem, kreowanie postaci składa się z mnóstwa czysto fizycznych drobiazgów: sposobu, w jaki pali się papierosy, układa włosy, przechyla głowę, chodzi - najważniejsza jest jednak ta instynktowna część, która wymyka się wszelkiej definicji. Gdy wcielałam się w Virginię Woolf, nawet mój głos się zmienił. Sama nie wiem, jak to się stało. Przepraszam, chyba mówię coś bez sensu (śmiech).

Nie przeszkadzało Ci, że charakteryzacja Cię oszpeca?

Nie, bardzo podobał mi się ten szlachetny profil. Dość szybko przyzwyczaiłam się do swojej nowej twarzy (śmiech). Wchodziłam do charakteryzatorni, siadałam na fotelu, zamykałam oczy na dwie godziny, a gdy je otwierałam, byłam już Virginią. To była wspaniała przemiana. Nie traktowałam tej roli w kategoriach wyzwania, miałam raczej poczucie, że reżyser podarował mi fenomenalny prezent: okazję, by pokazać się na ekranie od innej strony.

Jak wyglądają Twoje związki z literaturą? Masz swoje ulubione książki? Czytasz ich fragmenty przed zaśnięciem?

Rodzice wpoili mi szacunek do literatury. Zaczęłam czytać w wieku trzech lat (śmiech). Pamiętam, jak w dzieciństwie siedziałam z latarką pod kołdrą, pochłaniając jedną powieść po drugiej. Uwielbiam książki za to, że dzięki nim można poznać tyle fantastycznych postaci. Natasza z 'Wojny i pokoju', pani Bovary... Najbardziej zawsze lubiłam rosyjską prozę, właściwie sama nie wiem czemu (śmiech). Te wspaniałe utwory stanowiły pożywkę dla mojej wyobraźni. I teraz tak się złożyło, że zagrałam Virginię Woolf, jedną z najwybitniejszych pisarek wszech czasów. Uważam rolę w 'Godzinach' za hołd złożony tej szlachetnej profesji. Autorki takie, jak Virginia, potrzebne są nam zwłaszcza dzisiaj, kiedy coraz mniej ludzi czyta książki. W tym także coraz mniej dzieci, wiem to jako matka... Akt pisania jest czymś niesamowitym! Najbardziej lubię w 'Godzinach' właśnie te sceny, w których moja bohaterka po prostu siedzi i tworzy; kiedy jej rewelacyjne pomysły prosto z głowy spływają do ręki, a stamtąd, poprzez pióro - na papier. Dopracowanie tych sekwencji wymagało zresztą trochę czasu, jako że Virginia była praworęczna, ja zaś jestem leworęczna. Musiałam nauczyć się pisać prawą ręką.

Próbowałaś kiedykolwiek swoich sił jako pisarka?

Prowadzę pamiętnik. Zaczęłam, gdy byłam jeszcze małą dziewczynką i robię to do tej pory.

A powieść? Chciałaś kiedyś napisać powieść?

O nie! (śmiech) Nie miałabym na to odwagi (śmiech).

Jak pracowało Ci się z Meryl Streep i Julianne Moore?

W ogóle nie zamieniłyśmy nawet słowa. Po prostu nie widziałyśmy się nawzajem! Reżyser postanowił, iż sceny z udziałem każdej z nas kręcić będzie osobno. Postacie, które gramy, żyją w innych epokach i nigdy się ze sobą nie zetknęły, więc ta decyzja wydała mi się uzasadniona. Bardzo chciałam zamienić choć słowo z Meryl Streep i bez przerwy podpytywałam Stephena, jaka ona jest, ale nie powiedział ani słowa. Spotkałyśmy się dopiero na konferencji prasowej po zakończeniu zdjęć, a potem w programie Oprah Winfrey. Szczerze mówiąc, do tej pory nie mogę uwierzyć, że nakręciłam film razem z Meryl Streep! To dla mnie niesamowity zaszczyt i wielkie osiągnięcie w aktorskiej karierze. Pamiętam, że wiele lat temu strasznie przeżywałam jej sukces, oglądając w telewizji, jak odbierała Oscara. Teraz, gdy skończyliśmy zdjęcia, posłałam jej kwiaty.

O ile wiem, uwielbiasz pracować z Davidem Hare, który napisał scenariusz 'Godzin'. Kilka lat temu wystąpiłaś w jego teatralnej sztuce 'Blue Room'. Jak oceniasz jego wkład w film Stephena Daldry'ego?

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam, że to David jest autorem scenariusza, z wrażenia aż wstrzymałam oddech. Pomyślałam sobie od razu: 'To będzie coś wyjątkowego'. Po pierwsze dlatego, że David jest fenomenalnym dramatopisarzem, a po drugie, książka Michaela Cunninghama, na podstawie której powstały 'Godziny', zdobyła przecież nagrodę Pulitzera. Uważam, że David Hare wykonał wspaniałą pracę. Oczywiście był obecny na planie, kiedy okazało się, że kilka scen musieliśmy zbudować od nowa. David i ja przyjaźnimy się i mam nadzieję, że w przyszłości jeszcze wiele razy będziemy współpracować. Rozmawiamy już zresztą na temat kolejnego projektu. Po 'Godzinach' wysłałam mu list, w którym napisałam: 'Dziękuję za słowa'. Po prostu: 'Dziękuję za słowa'.

Jednym z zasadniczych tematów filmu 'Godziny' jest śmierć - zarówno pojmowana dosłownie, jak i metaforycznie. Jakie są Twoje odczucia, gdy wokół bez przerwy mówi się o wojnie, o zabijaniu, o ofiarach w ludziach?

Wydaje mi się, że filmowcy bardzo boją się tego tematu. Wiesz, jak to jest: film o śmierci to śmierć dla filmu (śmiech). Rynkowa klapa, koniec. Niemniej jednak nie można udawać, że śmierć nie istnieje. Myślimy o niej codziennie, wyczuwamy jej bliskość, boimy się jej, nie rozumiemy. Ja kiedyś bardzo bałam się śmierci. Obserwowałam, jak moja matka walczy z rakiem piersi, niemal współodczuwałam jej ból. Do dziś mój lęk przed śmiercią jest związany z tą straszną chorobą. Gdy człowiek jest młody, nie przyjmuje do wiadomości, że kiedyś umrze. Dopiero z wiekiem, wraz z doświadczeniem pojawia się świadomość, że życie to podróż, która kiedyś dobiegnie końca. Najważniejsze to właściwie spędzić swój czas na ziemi. Wtedy łatwiej zaakceptować to, co nieuchronne. Nie wolno się zamykać, blokować, bo przecież prędzej czy później każdego z nas czeka identyczny los.

Nawiązując do tytułu popularnego dramatu, chciałabym zapytać, czy boisz się Virginii Woolf?

Czy się boję? Nie, mam raczej do niej sporo szacunku (śmiech). Wiele myślałam na temat jej cierpiętniczego życia, które zaowocowało takimi fantastycznymi literackimi kreacjami. Czy gdyby znalazła szczęście, to powstałyby takie powieści, jak 'Pani Dalloway' lub 'Orlando'? Ktoś mi zadał kiedyś pytanie: co robiłaby Virginia Woolf, gdyby żyła dzisiaj i zażywała Prozac? Sama nie wiem. Dla mnie ta kobieta to istota jedyna w swoim rodzaju. Jestem pod ogromnym wrażeniem jej geniuszu.

Twoje życie, jak sama powiedziałaś, przeszło w ostatnim czasie bardzo wielkie zmiany. Jak odnajdujesz się w tej nowej sytuacji? Znajomi próbują umawiać Cię na randki?

Jak dotąd nie, ale jestem otwarta na propozycje (śmiech). Czemu nie? Nie mam nic przeciwko randkom w ciemno. Czasami można przeżyć bardzo przyjemne zaskoczenie. Mogłoby być miło. A wracając do pytania: z nikim się nie spotykam, na razie mam pełne ręce roboty. Pracuję na planie, a oprócz tego usiłuję wychować dwójkę dzieci.

Co im mówisz, gdy pytają Cię, co się właściwie stało?

O nie, na to pytanie nie odpowiem. Wszystko, co dotyczy moich dzieci, jest dla mnie święte. I tak zostanie. Dopóki nie uzyskają pełnej samodzielności, zamierzam je chronić i osłaniać przed całym światem. Nie chcę, żeby w gazetach czytały o sobie, o tym, jak je wychowuję... O tym, jak wychowujemy je na spółkę z Tomem (śmiech).

Czy rzucasz się w wir pracy, aby zapomnieć o samotności?

Bez przesady, nie przepracowuję się aż tak bardzo! Przez rok prawie wcale nie kręciłam filmów. Wycofałam się z 'In The Cut' Jane Campion, wycofałam się z 'Azylu' Davida Finchera. Po prostu nie mogłam nawet myśleć o pracy. Musiałam pobyć sam na sam z moją rodziną. Dopiero ostatnio zaczęłam przyjmować propozycje. Mam szczęście o tyle, że trafiły mi się naprawdę interesujące role u znakomitych reżyserów. Lars von Trier, Robert Benton, Anthony Minghella... Poświęcam tym projektom sporo energii i entuzjazmu - rzeczywiście można odnieść wrażenie, jakbym przed czymś uciekała. Ale to nieprawda.

Uważasz, że Twoje życiowe doświadczenia wzbogacają Twój warsztat aktorski?

Tak, oczywiście, chociaż nie zawsze przychodzi to łatwo. Bardzo wiele zależy od reżysera, który jest w stanie wydobyć z aktora odpowiednie emocje. Nie manipuluje nimi, ale potrafi człowiekiem tak pokierować, żeby efekt, który później widać na ekranie, wydawał się naturalny.

Wyobrażasz sobie siebie jako staruszkę?

Jasne. Będę miała mnóstwo wnuków i zamieszkam gdzieś na wsi. Zawsze chciałam osiedlić się w Toskanii. Chętnie otoczyłabym się gromadą ludzi. Uwielbiam zgiełk, wiesz, kiedy coś się dzieje. Gdy dzieci się śmieją lub gdy płaczą... Wtedy wiadomo, że wokół ciebie jest rodzina. A ja na starość będę miała wielką rodzinę. Wiem, że tak będzie.



[Yola Czaderska-Hayek]