Martin Scorsese gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Twój najnowszy, długo oczekiwany film, 'Gangi Nowego Jorku', ukazuje taki okres w historii Ameryki, o którym niewiele mówi się w szkołach...

Martin Scorsese: Rzeczywiście, mam wrażenie, że początki amerykańskiego państwa to epizod do tej pory spychany na margines. Przez całe dziesięciolecia zbywano ten temat milczeniem. Zupełnie jak w rodzinie, która ukrywa jakąś wstydliwą tajemnicę z przeszłości. Są sprawy, o których nie mówimy, są ludzie, do których się nie odzywamy. Mam jednak wrażenie, że sytuacja się powoli uspokaja, normalizuje. O pewnych rzeczach wolno już opowiadać.

Między innymi o eksterminacji Indian...

No tak, dopiero od niedawna robi się filmy z gatunku 'jak to wyglądało naprawdę'. Były takie próby w latach 50., m.in. 'Złamana strzała' z Jamesem Stewartem, niemniej jednak generalnie w hollywoodzkim ujęciu historia z Indianami przedstawiała się następująco: najpierw zamieszkiwali te tereny, potem wdali się w walkę z białymi osadnikami, wskutek czego niektórzy zginęli, inni zaś odeszli nie wiadomo dokąd. Koniec. Przez długi czas nie mówiło się ani słowem o ludobójstwie. Dopiero w latach 70. potomkowie Indian założyli organizację, by przypominać o dawnych, nie rozliczonych zbrodniach. Film Kevina Costnera, 'Tańczący z Wilkami', stał się objawieniem dla całego pokolenia. Być może Amerykanie dojrzeli wreszcie do tego, aby uświadomić sobie błędy popełnione w przeszłości - i być może wyciągną z nich naukę.

W realizacji 'Gangów Nowego Jorku' pomagał Ci Harvey Weinstein, słynny producent z Miramaxu. O ile wiem, jest on równie zagorzałym kinomanem, co Ty. Jak wam się razem pracowało?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musze odrobinę cofnąć się w przeszłość. Od wielu, wielu lat miałem ochotę nakręcić film o nowojorskich gangach w XIX wieku. Niekoniecznie akurat w tym kształcie, w jakim wszedł on teraz na ekrany. Przychodziły mi do głowy różne warianty tej historii, różne wątki. Mój przyjaciel, scenarzysta Jay Cocks, napisał wiele konspektów, ale rzecz jakoś zawsze kończyła się na etapie pomysłów i planów. W jakimś momencie, gdzieś na przełomie lat 70. i 80., straciłem nawet wiarę w to, że cały projekt uda się kiedykolwiek zrealizować. Dopiero, gdy nakręciłem 'Chłopców z ferajny', ludzie z branży filmowej zaczęli się interesować 'Gangami...'. W 1999 roku na planie 'Mrocznej strony miasta' odwiedził mnie producent Mike Ovitz i spytał: 'A może byś wreszcie zrobił 'Gangi Nowego Jorku'? Moja wytwórnia jest tym zainteresowana, mamy dobrego aktora, Leonardo DiCaprio, no to, wiesz, zastanów się'. I jakoś tak, od słowa do słowa, cała rzecz trafiła w ręce Harveya Weinsteina. Tak się składa, że znamy się od lat; wspólnie promowaliśmy w amerykańskich kinach filmy z Europy. Wprowadziliśmy razem m.in. 'Cinema Paradiso', 'Piękność dnia'... Dlatego właśnie miałem pewność, że tylko Harvey jest w stanie skutecznie doprowadzić tę historię do etapu realizacji. Musisz zdać sobie sprawę, że w przypadku 'Gangów...' należało uporać się nie tylko z finansową, ale i z prawną stroną całego przedsięwzięcia. W przeszłości projekt przewinął się przez ręce tylu osób, podpisano tak wiele wstępnych umów i porozumień, że odkręcenie całego bałaganu wydawało się niemożliwe. A jednak udało się!... Współpraca z Harveyem oczywiście nie należała do łatwych (śmiech). Mam dość wybuchowy temperament, a jemu też niewiele brakuje. Zanim więc zaczynaliśmy o czymkolwiek rozmawiać, musieliśmy na wszelki wypadek policzyć do dziesięciu, żeby się uspokoić (śmiech). Inaczej napięcie podczas dyskusji rozsadziłoby ściany. Zazwyczaj w negocjacjach między producentem a reżyserem uczestniczą rozmaici asystenci, my jednak uznaliśmy, że musimy poradzić sobie sami, bez żadnych pośredników. Dla nas obydwu realizacja 'Gangów...' stanowiła pewną formę terapii. Jeden starał się zrozumieć punkt widzenia drugiego. Przyświecał nam oczywiście jednakowy cel: nakręcenie filmu. Ja miałem własną wizję, Harvey też. Cała sztuka polegała na znalezieniu wspólnych punktów naszych wizji. Na tym, abyśmy obydwaj zaczęli porozumiewać się tym samym językiem. No i, jak już mówiłem, nie było to łatwe, ale jakoś udało nam się osiągnąć kompromis.

Od momentu ukończenia zdjęć do chwili premiery upłynęło jednak bardzo dużo czasu.

To prawda. Harvey Weinstein często żartuje, że dla niego wymarzony film to taki, który można by wprowadzić na ekrany w sekundę po nakręceniu ostatniego ujęcia. W przypadku 'Gangów...' na przeszkodzie stanęła między innymi tragedia z 11 września. Przez cały rok gotowy materiał praktycznie przeleżał na półce. Ale dzięki temu przynajmniej miałem dość czasu, aby popracować nad montażem, nad doprowadzeniem filmu do takiego kształtu, jaki najbardziej mi odpowiadał.

Masz na swoim koncie zarówno nakręcone z ogromnym rozmachem produkcje, jak i kameralne filmy w rodzaju 'Taksówkarza'. Jak wygląda praca nad tak odmiennymi projektami?

W przypadku 'Taksówkarza' główną siłę napędową tego filmu stanowi bohater, Travis Bickle. Wszystkie wydarzenia obserwujemy jego oczami. Z kolei w 'Gangach...' otoczenie jest równie ważne, co wiodąca postać. Dlatego w scenariuszu znalazło się tak wiele scen, które nie wnoszą wiele do akcji, ale pozwalają widzom zorientować się, jak wówczas żyli ludzie: jak wyglądała publiczna egzekucja, jak walczono podczas meczów bokserskich, co wystawiano w teatrach... Przekopałem się przez całe tony materiałów, pragnąc uchwycić atmosferę tamtej epoki. Każdy szczegół był dla mnie istotny. Liczne drobiazgi, niczym kawałki układanki, stworzyły pewną całość. W pewnym momencie zorientowałem się, że dysponuję większą liczbą informacji, niż mógłbym wykorzystać w filmie. Po ulicach Nowego Jorku chodziło mnóstwo barwnych postaci, które stanowiłyby świetne tło dla najważniejszych bohaterów. Chciałem wprowadzić m.in. dziewczynkę handlującą kukurydzą albo sprzedawcę frankfurterek - ale zabrakło dla nich miejsca na ekranie. W żaden sposób nie mogłem powiązać ich z głównym wątkiem.

W 'Gangach Nowego Jorku' wykorzystałeś cyfrowe efekty specjalne...

Chyba w ośmiu czy dziewięciu scenach.

Jak bardzo jesteś zaznajomiony z tą dziedziną?

Szczerze mówiąc, orientuję się raczej słabo. To dla mnie ciągle nowość. Dwa czy trzy razy użyłem komputera, kręcąc 'Wiek niewinności', kilka efektów znalazło się też w filmach 'Kasyno' i 'Kundun'. W nieco większym stopniu zamierzam wykorzystać technikę cyfrową w produkcji 'The Aviator', nad którą obecnie pracuję. Kilka ujęć będzie wymagało połączenia prawdziwych zdjęć z komputerowymi obrazami. Na przykład scena, w której Howard Hughes przelatuje swoim samolotem nad dachami domów w Beverly Hills i rozbija się o jeden z nich. Zamierzamy wybudować w studio modele budynków, ale podejrzewam, że bez komputera się nie obejdzie.

Mógłbyś zdradzić, jak udało Ci się namówić Daniela Day-Lewisa do wzięcia udziału w 'Gangach Nowego Jorku'? O ile wiem, postanowił na dobre rozstać się z aktorstwem.

Z Danielem znamy się od czasów, gdy razem pracowaliśmy nad 'Wiekiem niewinności'. Już wtedy Jay Cocks i ja obnosiliśmy się z pomysłem na 'Gangi...'. Gdy usiedliśmy, by napisać wstępną wersję scenariusza, Jay spytał: 'Byłoby nieźle, gdyby Billa Rzeźnika zagrał Daniel, prawda?'. Oczywiście najpierw musieliśmy obsadzić główną rolę - i wtedy pojawił się Leonardo DiCaprio. Młody, podekscytowany, pełen chęci. Doskonały do roli Amsterdama. Muszę powiedzieć, że wiążę z tym chłopakiem wielkie nadzieje - bardzo chciałbym zobaczyć, co mu się uda osiągnąć, gdy nabierze jeszcze więcej doświadczenia. De Niro polecał mi go, gdy razem zagrali w 'Chłopięcym świecie'. Mówił: 'Uważaj na Leonarda. Zobaczysz, jeszcze kiedyś u ciebie zagra'. Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, DiCaprio powiedział: 'Jestem z tobą. Cokolwiek zrobisz, cokolwiek postanowisz, czegokolwiek ode mnie zażądasz - masz to'. Ale wracajmy do Daniela Day-Lewisa. Okazało się, że wszystkim spodobał się pomysł obsadzenia go w roli Rzeźnika. Harvey, który zna Daniela jeszcze z czasów 'Mojej lewej stopy', oznajmił: 'Nie ma sprawy, zadzwonię do niego'. Po czym okazało się, że nikt nie ma aktualnego numeru do Day-Lewisa! Jakoś udało się go zdobyć, po czym Harvey zaczął wyczyniać prawdziwe cuda, żeby tylko aktor się zgodził. Mówił mi na przykład: 'Martin, wyślij mu scenariusz'. Ja na to: 'Ale nie jest jeszcze skończony!'. 'Nie szkodzi, i tak wyślij'. Zastanawialiśmy się wręcz, czy nie polecieć do Irlandii na spotkanie z nim! W jakimś momencie, gdy negocjacje się przedłużały, Harvey Weinstein wypalił: 'Daniel, jeśli nie weźmiesz tej roli, to ja wystąpię zamiast ciebie i zgarnę wszystkie nagrody, które mógłbyś dostac ty!' i cisnął słuchawkę na widełki. Cały Harvey! (śmiech) I wyobraź sobie, że podziałało! Daniel Day-Lewis wsiadł w samolot i przyleciał do Nowego Jorku. Ale na tym nie koniec. Musieliśmy odbyć jeszcze wiele rozmów. Day-Lewis ciągle nie był do końca przekonany. Zaprosiłem Daniela do siebie, by pokazać mu źródłowy materiał, ktory udało się zebrać. Jedna z książek przypadkowo otworzyła się na rycinie przedstawiającej Billa Rzeźnika - prawdziwego Billa, który zginął w 1856 roku (akcja filmu toczy się siedem lat później - YCH). Powiedziałem: 'To właśnie ty'. Dopiero wtedy się zainteresował. Kilka dni później, gdy wrócił do Irlandii, dostałem od niego telefon: 'Zgadzam się'.

Zdaje się, że życiorys filmowego Billa trochę rozmija się z historyczną prawdą...

Tak, to prawda. Dlatego miedzy innymi zmieniliśmy mu nazwisko. Pierwowzór bohatera z 'Gangów...' nazywał się Bill Poole i, jak powiedziałem, zginął w 1856 roku. Niejaki Baker, Irlandczyk, postrzelił go w sobotnią noc w hotelu 'U Stanwycka'. Bill zmarł dopiero pięć dni później. Jego ostatnie słowa brzmiały: 'Żegnajcie, chłopcy. Dzięki Bogu umieram jak prawdziwy Amerykanin'.

Zaskoczyłeś wszystkich, umieszczając w obsadzie Cameron Diaz. To nie jest typowa aktorka do ról kostiumowych.

Racja! Tak naprawdę do niedawna nie miałem pojęcia, na co ją stać. Poznałem ją podczas wręczenia nagród nowojorskich krytyków filmowych. Odebrała wtedy trofeum za rolę w 'Sposobie na blondynkę'. Dziękując jurorom, żartowała: 'Obiecuję, że następnym razem naprawdę coś zagram' (śmiech). Zetknęliśmy się na przyjęciu - na zasadzie: 'dzień dobry, co słychać, wszystko dobrze, do widzenia'. Potem obejrzałem komedię 'Być jak John Malkovich', w której bardzo mi się spodobała. Nieźle też wypadła u Olivera Stone'a w 'Męskiej grze'. To jednak nie przesądziło o jej udziale w 'Gangach Nowego Jorku'. Podczas próbnych zdjęć pojawiło się wiele zdolnych aktorek ubiegających się o rolę Jenny. Poprosiłem Leo, żeby był obecny na castingu. Kiedy przyszła kolej na Cameron, zobaczyłem, że między nimi dwojgiem coś zaiskrzyło. DiCaprio wpatrywał się w nią jak urzeczony. Zagrali kilka scen ze starej wersji scenariusza - i wtedy wiedziałem, że to właśnie Cameron Diaz u mnie zagra.

Jesteś bardzo przywiązany do swojej rodziny. W 'Gangach Nowego Jorku' wystąpiła nawet Twoja malutka córeczka...

Bardzo chciałem, żeby pojawiła się na ekranie. pecjalnie dla niej stworzylem scene z arystokrata obrabowanym we wlasnym domu. Zagraliśmy w niej także razem z żoną. Po obejrzeniu filmu niektórzy mnie pytali: 'Słuchaj, Martin, dlaczego robisz z siebie bogacza z wyższych sfer? Zadzierasz nosa czy co?'. Nie o to wcale chodziło. Postanowiłem, że jeśli moja córeczka ma wystąpić w filmie, to na pewno nie zabiorę jej na brudną ulicę - podczas kręcenia zdjęć nie miała nawet roku! W olbrzymim salonie bylo przynajmniej czysto i spokojnie. Rozbawiło mnie, że podczas kręcenia tej sceny mała przez cały czas domagała się ciasta, które stało na stole. To pierwsze słowo, jakie powiedziała: 'gateau'. Bo tak w ogóle mówi po francusku.

Na koniec muszę Cię zapytać o jedno: czy w XIX wieku w Nowym Jorku naprawdę istniały bary dla transwestytów?

Ależ oczywiście! I już wtedy zażywano narkotyki. Ci faceci w sukienkach wyglądali naprawdę obłędnie z brodami (śmiech). I rzeczywiście mieli swoje bary, w których się spotykali. Zabawne, czyż nie? Nowy Jork to jeden wielki tygiel, w którym od zawsze było miejsce na wszystko.



[Yola Czaderska-Hayek]