Keanu Reeves gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Przez ostatni rok, kręcąc "Matrix: Reaktywację" i "Rewolucje" praktycznie wyłączyłeś się z normalnego życia. Czy przez cały ten czas chodziłeś w skórze swego bohatera, Neo, czy też zdarzały Ci się jakieś przerwy w pracy?

Keanu Reeves: Wszystko zależało od tego, jakie sceny akurat kręciłem. Jeżeli były to sekwencje, których realizacja przeciągała się aż do kilku dni - na przykład pojedynki - przez cały ten czas koncentrowałem się, aby nie wypaść z rytmu, aby w każdej chwili móc wejść przed kamerę i z marszu podjąć przerwane ujęcie. Czasami zaś zdarzały mi się krótkie okresy, kiedy w ogóle nie kręciłem żadnych zdjęć. Wtedy pozwalałem sobie na krótki odpoczynek, odrywałem się od roli. Zazwyczaj jednak już na dwa dni przed powrotem na plan wczuwałem się z powrotem w rolę Neo. Dzięki temu od razu byłem gotowy do pracy.

Mówią o Tobie, że jesteś skryty i tajemniczy. A jednak na planie "Matriksa" szybko zaprzyjaźniłeś się z ludźmi z ekipy technicznej.

Tak, to prawda. Jest coś fascynującego w pracy techników. Czasami, pomiędzy jednym a drugim ujęciem, siadałem gdzieś z boku i przyglądałem się, jak ustawiają oświetlenie, mikrofony i cały ten sprzęt. Lubię ludzi, którzy przykładają się do swojej roboty i dobrze ją wykonują. Na planie "Matriksa" poznałem mnóstwo znakomitych fachowców. Często gadaliśmy sobie o naszym filmie - byłem ciekaw, jak im się podoba to, co pokazujemy przed kamerą, oni zaś byli ciekawi samej historii, którą staraliśmy się opowiedzieć. Bardzo sympatycznie się dogadaliśmy. Wiesz, to naprawdę pomaga, kiedy lubisz ludzi, z którymi pracujesz.

Rozmawialiście na temat fabuły? O ile wiem, obowiązywało Was milczenie.

Nie, to były zwyczajne, luźne pogaduszki typu: co słychać, co porabiasz, do czego to służy. Nigdy nie wspominaliśmy ani słowem o tajemnicach scenariusza, o szczegółach realizacji. Z drugiej zaś strony pracownicy techniczni starali się być wobec nas lojalni i dlatego na ogół nie poruszali drażliwych tematów, żeby nie wprawiać aktorów w zakłopotanie.

Czas zdjęciowy obydwu części miał obejmować 180 dni, tymczasem wydłużył się do prawie roku.

Zajął 270 dni.

Cały ten czas spędziłeś na planie w Australii?

Tak. Praktycznie cały 37. rok życia przesiedziałem w Australii.

I jak Ci się podobało?

Pokochałem Sydney. Przepiękne miasto, fantastyczni ludzie. Chciałbym jeszcze tam kiedyś pojechać. Było naprawdę świetnie. Zaprzyjaźniłem się z gośćmi z bardzo fajnej kapeli, Blue Line Medic. Byłem na paru ich koncertach. A poza tym - co mogę Ci powiedzieć? Trochę kąpałem się w oceanie, dużo jeździłem na motorze, spacerowałem... Ot, i wszystko.

Przede wszystkim jednak, jak podejrzewam, ciężko pracowałeś. Poświęcić cały rok na pracę nad filmem to prawie jak zamknąć się na własne życzenie w klasztorze!

Realizacja całej trylogii zajęła w sumie dwadzieścia dwa miesiące. Powiem Ci, że nawet nie odczułem upływu tego czasu - głównie dzięki temu, że bardzo podobał mi się sam film; przyjemnie także pracowało mi się z tą ekipą. Dla mnie "Matrix" to coś więcej niż zwykły projekt, w którym odfajkowujesz każdy dzień zdjęciowy, idziesz do domu i kładziesz się spać. Naprawdę zaangażowałem się w ten film i na planie dałem z siebie bardzo wiele. Podkreślam jednak, że mimo wysiłku była to dla mnie prawdziwa przyjemność.

Skoro o wysiłku mowa: choreografia scen walki przewyższa nawet to, co udało Wam się osiągnąć w pierwszej części. Mógłbyś opowiedzieć, jak wyglądał Twój trening?

Podstawowy trening zajął cztery miesiące. W skrócie wyglądało to tak: rano dwie godziny stretchingu, potem godzina, półtorej nauki zadawania ciosów - na przykład jak wymierzyć kopniak z obrotu lub z podskoku... Potem lunch. Później znów rozgrzewka, znów trochę stretchingu i jeżeli akurat nie musiałem opanowywać konkretnych elementów scenografii, to ćwiczyliśmy walkę z bronią. Pod koniec dnia siłownia i wreszcie koniec. Tak harowaliśmy przez cztery miesiące. Po czym zaczęła się realizacja konkretnych scen. Mnóstwo czasu zajęła nam sekwencja pojedynku ze zwielokrotnionym agentem Smithem. Trzy tygodnie trenowaliśmy wraz z dwunastoma kaskaderami, później dołączył do nas Hugo (Weaving, odtwórca roli Smitha - YCH). Przez tydzień opanowywał niezbędne ruchy i dopiero wtedy rozpoczęły się zdjęcia. Trwały siedemnaście dni. Dolicz jeszcze do tego kilka tygodni komputerowej obróbki... A to tylko jedna walka!

Agent Smith został "rozmnożony" przy pomocy techniki cyfrowej. Jakie to uczucie walczyć z powietrzem?

Nie walczyłem z powietrzem! Hugo Weaving i kilkunastu kaskaderów biło się ze mną, a dopiero dzięki technice motion capture udało się zwielokrotnić agenta Smitha. Obróbka tej sceny była rzeczywiście dość skomplikowana, nigdy jednak nie zadawałem ciosów w próżnię. Wszystkie uderzenia, kopnięcia i bloki rozgrywały się między prawdziwymi ludźmi. Praca fachowców od efektów specjalnych stanowiła jedyne uzupełnienie rzeczywistej walki.

Joel Silver, producent "Matriksa", śmiał się, że teraz mógłbyś powalczyć z Jetem Li jak równy z równym.

Jet Li rzuciłby mną o podłogę jak szmacianą lalką (śmiech).

Zamierzasz kontynuować przygodę z trenowaniem sztuk walki?

Sam nie wiem. Naprawdę. To w sumie była całkiem niezła zabawa. Trochę jak w Indian i kowbojów. Poczułem, jak odzywają się we mnie pierwotne instynkty. Fajne. Chętnie bym to kiedyś powtórzył.

Twój bohater to postać niemal religijna. Nowy Mesjasz, którego otacza atmosfera mistycyzmu. Czy bracia Wachowscy sugerowali Ci, w jaki sposób masz wcielić się w Neo, aby uzyskać pożądany efekt?

Zagrać kogoś takiego to na pewno wielkie wyzwanie. Wątek Neo łączy w sobie motywy zaczerpnięte z różnych wierzeń religijnych. Przemienienie, śmierć i zmartwychwstanie pochodzą z chrześcijaństwa, potrzeba uwolnienia umysłu zaś kojarzy się z buddyzmem. Zbyt wiele jest tu różnorodnych elementów, aby zwyczajnie postawić znak równości pomiędzy Neo a Chrystusem. Jeśli chodzi o braci Wachowskich, to oczywiście podsunęli mi parę książek do przeczytania: m.in. Schopenhauera, Hume'a, Nietzschego. Przede wszystkim zaś musiałem trzymać się scenariusza i po prostu odegrać swoje sceny. Oczywiście cały ten filozoficzny kontekst jest ważny, niemniej jednak podczas pracy na planie Wachowscy pilnowali, żebym po prostu zagrał to, co miałem do zagrania.

Jednym z zasadniczych wątków "Matriksa" jest relacja pomiędzy człowiekiem a maszyną. Do jakiego stopnia Ty utożsamiasz się ze swoimi maszynami?

No cóż, kocham mój motocykl (śmiech).

To wszystko?

Nie otaczam się najnowszymi cudami techniki, jeżeli o to pytasz. Chociaż z pewnością przestrzeń wokół mnie wypełnia dużo zer i jedynek (śmiech).

Umiesz obsługiwać komputer?

Nawet nie mam komputera w domu! Na szczęście, w razie potrzeby, moi znajomi zawsze są w stanie wyszukać dla mnie coś w Internecie. Mówiąc szczerze, chętnie sprawiłbym sobie jakąś maszynkę, tylko sam nie wiem, kiedy. Musiałbym najpierw znaleźć czas, żeby przyzwyczaić się do klawiatury i monitora.

Jak opisałbyś Hollywood anno Domini 2003?

Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że Hollywood to miejsce, które stwarza filmowcom niesamowite możliwości realizowania własnych marzeń. To miejsce, w którym powstają nowe światy. Cieszę się w związku z tym, że sam mogłem uczestniczyć w kreacji jednego z tych fantastycznych światów. Na moich oczach wizja braci Wachowskich przybrała materialny kształt. I dla mnie to właśnie jest w Hollywood najpiękniejsze, że takie rzeczy są w "fabryce snów" możliwe.



[Yola Czaderska-Hayek]