Eric Bana gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Dzięki głównej roli w "Hulku" Anga Lee dołączyłeś do grona takich superbohaterów, jak Daredevil, Wolverine czy Spider-Man. Jak się poczułeś, gdy zaproponowano Ci udział w ekranizacji jednego z najpopularniejszych komiksów wydawnictwa Marvel?

Eric Bana: Przede wszystkim poczułem się... zaszczycony. Wydaje mi się, że to najlepsze określenie. Czułem się zaszczycony tym, że Ang Lee uwierzył we mnie - i tym, że wytwórnia pozwoliła mu zaangażować do głównej roli aktora, który, co tu dużo mówić, nie jest wielką gwiazdą. Na tym zresztą polega styl Anga Lee: to człowiek, który szuka aktorów, a nie gwiazd. Obdarzył mnie wielkim zaufaniem i za to jestem mu wdzięczny.

Jak widzę, zdajesz sobie sprawę z faktu, że szeroka publiczność prawie nic o Tobie nie wie. A masz przecież całkiem ciekawy życiorys, choćby ze względu na międzynarodowe pochodzenie...

No tak, mój ojciec urodził się w Chorwacji, matka zaś w Niemczech. Oboje po II wojnie światowej wyemigrowali do Australii. Poznali się w Melbourne, pobrali się, no i któregoś razu poszli do łóżka - i tak oto najpierw na świecie pojawił się mój brat, a potem ja. Brat jest starszy ode mnie o trzy lata. Wszyscy nadal mieszkamy w Melbourne.

Chorwacja, Niemcy, Australia... Do którego z tych krajów czujesz się najbardziej przywiązany?

Oczywiście do Australii! To mój dom. Wychowałem się tam i nie wyobrażam sobie życia gdziekolwiek indziej. Nawet jeżeli praca zmusza mnie do wyjazdu, to od razu po zakończeniu zdjęć pakuję walizki i pierwszym samolotem wracam do kraju.

Kiedy postanowiłeś zostać aktorem?

Już jako dziecko lubiłem naśladować innych ludzi, zwłaszcza jeżeli mówili z obcym akcentem. Uwielbiałem ich przedrzeźniać. Robiłem to dla zabawy, nie przyszło mi wówczas nawet do głowy, że kiedykolwiek mógłbym z tej zdolności zrobić użytek. Dopiero gdy zacząłem oglądać filmy, pomyślałem sobie, że może jednak znalazłoby się jakieś zastosowanie. Jakiś czas później znalazłem się na rozdrożu - nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Iść na studia czy nie iść? Przyjaciel doradził mi, abym spróbował szczęścia jako komik estradowy. Nie była to dla mnie łatwa decyzja, jako że nie mam natury zgrywusa. Niespecjalnie podobał mi się pomysł, aby wyjść na scenę i zacząć robić z siebie idiotę. Zaryzykowałem jednak - z tym zastrzeżeniem, że zamiast pajacować, po prostu opowiadałem fajne, zabawne historie i to się ludziom podobało. W jakimś momencie zauważyli mnie producenci z telewizji. Dostałem propozycję stałego występu w programie komediowym. Ciągnęło się to przez sześć lat - i, mówiąc szczerze, potwornie mnie znudziło. Postanowiłem zająć się aktorstwem na poważnie... i proszę, wylądowałem tutaj.

Jaki wpływ na Twoje życie wywarł "Hulk"?

Pod względem zawodowym - ogromny. Nie jestem już anonimowym aktorem. To wielka okazja, by rozejrzeć się za nowymi, ciekawymi rolami. Prywatnie zaś niewiele się u mnie zmieniło. Jak mówiłem, nadal mieszkam w Melbourne, gdzie wszyscy mnie znają, więc to, że mogą mnie zobaczyć w filmie, nie jest dla nikogo żadną rewelacją. Co innego poza Australią, czyli tam, gdzie ludzie dopiero dowiedzieli się o moim istnieniu. Liczę się z tym, że na ulicy ktoś może mnie rozpoznać, ale prawdę mówiąc, nie jest to coś, czym martwiłbym się najbardziej.

Co Twoja rodzina na to, że mieszkają pod jednym dachem z bohaterem komiksu?

Pod tym względem poszczęściło mi się. Moja żona to fantastyczna, cudowna kobieta. Pomaga mi, jak tylko może. Staramy się żyć jak każda normalna rodzina - i dzięki jej miłości i poświęceniu przychodzi nam to o wiele łatwiej. Nie lubię rozstawać się z najbliższymi, dlatego nawet podczas kręcenia filmu żona i dzieci podróżują razem ze mną. Owszem, bywa to czasami trudne do zrealizowania, ale przeszkody są w końcu po to, by je przezwyciężać. Co do dzieciaków, to na razie są zbyt małe, aby zdawać sobie sprawę, że Hulk to ich tata. Mój syn, Klaus, dostał raz zieloną lalkę do zabawy, ale zaczął bić nią siostrę, więc zabrałem mu ją. Musi upłynąć trochę czasu, zanim znowu będzie mógł pobawić się z Hulkiem.

Mówisz, że Twoje życie się nie zmieniło. Teraz jednak możesz sobie na wiele pozwolić. Kupić większy dom, szybszy samochód... Nie marzyłeś o tym?

Oczywiście, lubię szybką jazdę i teraz stać mnie na dobry wóz. Kupiliśmy z żoną drugi dom w Sydney, jako że Rebecca stamtąd pochodzi i często tam bywa. Ale poza tym nic się nie zmieniło, ponieważ ja się nie zmieniłem. Nie potrzebuję pieniędzy, żeby być szczęśliwym. Mam swoją rodzinę, przyjaciół, zainteresowania. Więcej mi nie trzeba.

Chciałabym zapytać Cię o Anga Lee. W jaki sposób kieruje wszystkim na planie? Jak wprowadzał Cię w rolę?

Ja bym go nazwał nie tyle reżyserem, co raczej filozofem, który kręci filmy. Każdą scenę omawiał z nami po wielokroć, rozpatrując ją z różnych punktów widzenia. Z jednej strony zależało mu na tym, żeby "Hulk" zachował komiksowy charakter, dlatego wiele uwagi poświęcał kompozycji poszczególnych kadrów - z drugiej zaś pragnął, aby stał się on dla nas duchowym przeżyciem. Ang Lee stoczył z nami wiele nie kończących się rozmów na bardzo rozległe tematy, na przykład: co to znaczy być mężczyzną, co to znaczy być chłopcem, co to znaczy być zakochanym, co to znaczy być samotnym... Czasami zastanawiałem się, o co mu właściwie chodzi, jaki to ma związek z filmem. Po czym już na planie okazywało się, że wszystkie te dysputy znajdowały odbicie w samej roli. Ang po prostu prowokował nas do samodzielnego myślenia, do pełniejszego wczuwania się w grane postacie.

Mógłbyś podać jakiś przykład?

Proszę bardzo. Któregoś dnia Ang Lee zwrócił się do mnie: "Hulk to Bruce Banner, a Bruce Banner to Hulk. Jak to rozumiesz?". W pierwszej chwili wcale nie rozumiałem. Dopiero potem dotarło do mnie, że ci dwaj bohaterowie nie stanowią swoich przeciwieństw, że tak naprawdę jeden i drugi tworzą tę samą osobowość. W psychice Bannera czai się bestia, która tylko czeka, żeby się uwolnić. Hulk zaś obdarzony jest wrażliwością, którą przypisywalibyśmy raczej Bruce’owi. Musiałem sam do tego dojść, Ang mi tego nie powiedział. Dał mi tylko wskazówkę. Tak się właśnie z nim pracuje.

Ang Lee uchodzi za bardzo spokojnego, łagodnego człowieka...

Nie wierz pozorom! (śmiech)

Czyżby na planie zamieniał się w Hulka?

Dobre pytanie. Najchętniej porównałbym go do młota kowalskiego owiniętego w jedwab (śmiech). Ma naprawdę silną osobowość i jest bardzo wymagający. Jego charyzma sprawia jednak, że dawaliśmy z siebie naprawdę wszystko. Każdą scenę doprowadzał do perfekcji bez względu na krew, pot i łzy. Godziliśmy się jednak na to, wiedząc, że ten człowiek ma wizję, którą warto realizować. Potrafił zarazić nas swoim zapałem. Pod koniec każdego dnia odczuwaliśmy wielką satysfakcję z tego, że znaleźliśmy się o krok bliżej celu.

Czy to prawda, że niektóre ujęcia powtarzał w nieskończoność?

Większość scen kręciliśmy po 60, 70 razy. Rzadko kiedy zdarzało się mniej powtórzeń. Kilka razy przekroczyliśmy nawet setkę! Jest taka scena w domu Bruce’a Bannera, w której Sam Elliott mnie przesłuchuje - powtórzyliśmy ją 170 razy! Obydwaj, Sam i ja, myśleliśmy, że oszalejemy. I niewiele brakowało.

Znasz serial telewizyjny, nakręcony przed laty na podstawie "Hulka"?

Tak, oczywiście. Oglądałem go w Australii. Serial znam o wiele lepiej niż komiks - muszę się przyznać, że jako dziecko nie czytałem zbyt wielu komiksów.

"Hulk" Anga Lee to Twój pierwszy poważny występ w Hollywood. Niektórzy jednak uważają, że prawdziwą gwiazdą filmu jest zielony potwór, a nie Ty...

Nie przeszkadza mi to. Mam świadomość, że "Hulk" to przede wszystkim film o... Hulku. Po prostu! Oczywiście, postać Bruce’a Bannera jest ważna dla rozwoju akcji, tak naprawdę jednak w centrum uwagi pozostaje zielony stwór. To jego widzowie chcą zobaczyć, dlatego nie miałoby sensu, gdybym nagle zaczął rywalizować z głównym bohaterem. Zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę, dlatego nie sprawia mi problemu fakt, że tak naprawdę przez większość filmu nie widać mnie na ekranie.

Twoje zielone alter ego zostało stworzone w komputerze, rysy twarzy Hulka są jednak wzorowane na Twoich. Jaki miałeś wpływ na kształtowanie tej postaci?

Wstyd się przyznać, ale niewielki. Tak naprawdę całą robotę wykonali mistrzowie z Industrial Light and Magic. Przed realizacją filmu wykonali komputerowy model mojej twarzy, dzięki czemu później, tworząc Hulka, mieli na czym się wzorować. Kiedy oglądałem gotowy film, wydawało mi się raz czy dwa, że widzę, jak spoza rysów zielonego stwora prześwieca Bruce Banner, ale to tylko wrażenie. Nie brałem udziału nawet w procesie animacji bohatera, spece z ILM poradzili sobie sami. Z tego, co wiem, sam Ang parę razy zamienił się w Hulka. W każdym razie nie mogę przypisywać sobie zasługi za to, jak ta postać wygląda.

To musiało być jednak dziwne uczucie: zobaczyć potwora i rozpoznać w nim własne oczy, rysy twarzy...

O tak, masz rację. Rzeczywiście poczułem się dziwacznie. Wydawało mi się, że Hulk będzie odrobinę przystojniejszy. Niemniej jednak uważam, że ci faceci od komputerowych efektów specjalnych wykonali naprawdę kawał fantastycznej roboty.

Co mogłoby wyprowadzić Cię z równowagi do tego stopnia, że - jak Bruce Banner w filmie - pod wpływem furii zamieniłbyś się w Hulka?

Czasami niewiele trzeba. Większość ludzi wścieka się z powodu drobiazgów. Pamiętasz "Upadek" z Michaelem Douglasem? Bohater tego filmu traci nerwy, bo akurat tego konkretnego dnia padł ofiarą mnóstwa nieprzyjemnych zdarzeń. Każde z nich, traktowane z osobna, być może nie wywarłoby takiego efektu - kumulacja jednak doprowadza go do szaleństwa. W takim stanie wystarczy najmniejsza błahostka, by eksplodować. Co do mnie, to jako ojciec dwójki dzieci najsilniej czuję w sobie Hulka codziennie w okolicach ósmej rano (śmiech).

W komiksowym świecie Marvela Hulk dosyć często występuje w parze z Wolverine’em. O ile wiem, znasz dobrze Hugh Jackmana...

Rzeczywiście! Jesteśmy kumplami od bardzo, bardzo dawna i dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, że obydwaj zostaliśmy bohaterami Marvela! Spotkaliśmy się podczas premiery "X-Men 2" w Londynie. Poszliśmy do baru i w pewnym momencie stwierdziłem: "Hugh, popatrz tylko: Wolverine to ty, a Bruce Banner to ja". W pierwszej chwili obydwu nas to zaskoczyło - na zasadzie: jak to możliwe? - później jednak uśmialiśmy się zdrowo. Mówiąc szczerze, do tej pory nie mogę uwierzyć w taki fantastyczny zbieg okoliczności.



[Yola Czaderska-Hayek]