Arnold Schwarzenegger gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Już dwa razy, wcielając się w Terminatora, wygłaszałeś swoją słynną kwestię: 'I'll be back' - 'Jeszcze tu wrócę'. I rzeczywiście, wróciłeś. W "Terminatorze 3" znowu grasz cyborga z przyszłości, tym razem jednak zmuszony jesteś walczyć z kobietą. Jak oceniasz to doświadczenie?

Arnold Schwarzenegger: Do tej pory na ekranie zmagałem się głównie z mężczyznami. Z kobietą walczy się zupełnie inaczej. Oczywiście wiadomo, że T-X to tak naprawdę maszyna, niemniej jednak na planie, podczas kręcenia scen walki, na początku miałem pewne zahamowania. Starałem się markować uderzenia ze względu na Kristannę; nie chciałem zrobić jej krzywdy. W końcu sama powiedziała mi, żebym się o nią tak nie troszczył. Przeszła specjalne przeszkolenie z kaskaderami, którzy nauczyli ją, jak przyjmować ciosy, jak upadać czy zderzać się ze ścianą. Kristanna stwierdziła: Dajesz mi fory. Nie rób tego, idź na całość. Tak więc z każdą kolejną sceną pozwalałem sobie na coraz więcej, aż w końcu walczyłem z nią równie brutalnie co z mężczyzną. I dopiero od tego momentu sceny pojedynków zaczęły porządnie wyglądać.

Twarda dziewczyna!

Naprawdę świetnie przygotowała się do tej roli. Na planie była nieźle poobijana, ponieważ albo ciskałem nią o ścianę, albo rzucałem na podłogę. Kristanna zaś tylko podnosiła się i rzucała w moją stronę: No, dalej, zrób to mocniej.

Spodobało Ci się to?

No jasne! Było trochę niewygodnie (śmiech), ale, jak by ci to powiedzieć...

Dobrze, dobrze, żartowałam tylko.

Wiem, że żartowałaś. Wolę jednak się upewnić, że nikt mnie źle nie zacytuje (śmiech).

Przecież wiesz, że rozmawiamy na luzie.

Jasne. Skoro tak, to ci powiem, że jestem przyzwyczajony do tego rodzaju pojedynków. Bez przerwy walczę w ten sposób z własną żoną (śmiech).

Kwestia 'I'll be back' weszła już do potoczngo języka. Używasz jej czasami w codziennych rozmowach?

Jasne. Muszę ci jednak wyjaśnić, że podczas kręcenia filmu nikt nie zdawał sobie sprawy, że ta fraza zdobędzie tak wielką popularność. Mówiąc szczerze, miałem ochotę ją zmienić, ponieważ moim zdaniem nie brzmiała zbyt dobrze: 'Albibek' czy jakoś tak. Te dwa 'l' w środku wszystko psuły. Proponowałem reżyserowi inną wersję: 'I will be back', ale nie zgodził się. Tłumaczyłem, że Terminator pochodzi z innego świata, jest obcy w Ameryce i dlatego posługuje się wyuczonym angielskim, który z definicji brzmi sztucznie, podręcznikowo. Konstrukcja 'I will' wydawała mi się bardziej na miejscu. James Cameron jednak postawił na swoim... no i okazało się, że cały świat oszalał na punkcie tego jednego zdania. To niesamowite. Podobnie zresztą stało się w przypadku kwestii 'Hasta la vista, baby' - też nie miałem pojęcia, że zrobi ona taką karierę. Tego się nigdy nie wie. Teraz często wykorzystuję swoje filmowe teksty podczas publicznych wystąpień. Kiedy na przykład spotykam się z dziećmi w szkołach i zachęcam je do sportowego trybu życia, zawsze na końcu dodaję: 'I pamiętajcie - jeżeli będziecie dbać o swoje zdrowie, uczyć się dobrze i trzymać z dala od narkotyków, to ja do was wrócę... I'll be back'.

T-800, cyborg, którego grasz w 'Terminatorze 3', uchodzi już za stary model, a mimo to okazuje się nadal skuteczny w konfrontacji z nowymi maszynami. Czy odnosisz te słowa do własnej pozycji wśród gwiazd kina akcji?

Przede wszystkim muszę wyjaśnić jedną sprawę: nigdy nie mieszam swoich filmów z prawdziwym życiem. To, co widzisz na ekranie, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jeśli chodzi o gwiazdy kina akcji, to cieszę się, że każdego roku pojawia się mnóstwo nowych nazwisk. W Hollywood wystarczy miejsca dla wszystkich. Osiągnąłem pewną pozycję i nie odnoszę wrażenia, żeby ktokolwiek chciał mi ją wydrzeć. Pewnego rodzaju rywalizacja pojawia się, owszem, ale w innej dziedzinie. Wytwórnia, producenci, a także moja osoba - wszyscy czujemy ogromną presję w związku z 'Terminatorem 3', ponieważ w grę wchodzą ogromne pieniądze, które zainwestowano w ten film i które oczywiście muszą się zwrócić. Moim zadaniem jest zrobić wszystko, by tak się stało, by rzecz stała się rynkowym hitem. Pod tym względem rzeczywiście muszę konkurować z innymi.

Choć pierwszy "Terminator" Jamesa Camerona liczy sobie już prawie 20 lat, to wciąż należy do najchętniej oglądanych filmów na świecie. Jak wyjaśniłbyś ten fenomen?

Wydaje mi się, że widzom podoba się przede wszystkim sama historia: starcie ludzi z maszynami. Poza tym każdy od czasu do czasu czuje się znudzony swoim życiem i potrzebuje jakiejś odmiany, jakiejś akcji. Taką możliwość oferuje pojawienie się Terminatora. Dzieciaki na przykład lubią tego robota, ponieważ wyobrażają sobie: 'Ale byłoby fajnie, jakbym zabrał takiego Termisia do szkoły i pokazał chłopakom, jak przebija pięścią ściany'. Co ciekawe, z badań rynku wynika, że "Terminator" podoba się także kobietom - a to już jest prawdziwa rzadkość wśród filmów akcji! Tak naprawdę druga i trzecia część powstały głównie dlatego, że widzowie domagali się dalszego ciągu. Nie chodziło tylko o to, aby zarobić kasę na chwytliwym tytule. Szefowie wytwórni wyszli raczej z założenia: 'Mamy pomysł na kontynuację, więc po prostu zróbmy film'.

Jesteś bardzo zapracowanym człowiekiem, ale znajdujesz chyba czas na przyjemności? Czym się zajmujesz w wolnych chwilach?

Zbieram samochody. Zbieram zegary. Zbieram motocykle. A poza tym? Uwielbiam robić prezenty żonie.

Ile terenowych wozów HUMVEE masz w tej chwili?

Pięć.

W takim razie - wybacz, że zapytam - co Cię jeszcze dopinguje, żeby kręcić kolejne filmy? Osiągnąłeś już chyba wszystko...

Przede wszystkim trudno zrezygnować z czegoś, dzięki czemu przez tyle lat odnosiło się sukcesy. A poza tym moja praca nie sprowadza się tylko do kręcenia filmów. Prowadzę różne interesy, udzielam się w wielu akcjach charytatywnych, spotykam się z politykami... Widzisz, Ameryce zawdzięczam naprawdę dużo - i nie mam tu na myśli tylko drogi zawodowej. To właśnie dzięki temu, że zamieszkałem w Stanach, udało mi się poznać najcudowniejszą kobietę na świecie, która została moją żoną. Teraz więc chciałbym jakoś spłacić swój dług wobec kraju, który dał mi tyle szczęścia. Nadal zarabiam pieniądze, a jednocześnie staram się, aby moja sława posłużyła jakimś pożytecznym celom. Próbuję znaleźć równowagę między jednym a drugim.

Słyszałam, że przed realizacją "Terminatora 3" narzuciłeś sobie prawdziwie wojskowy rygor. Siłownia, dieta, odnowa biologiczna...

To prawda! Ćwiczyłem nawet na planie, w przerwach pomiędzy ujęciami. Widzisz, gdy kręciłem pierwszą część, miałem 35 lat; teraz mam 55. A przecież we wszystkich trzech filmach mój bohater powinien wyglądać identycznie! Dlatego też ustawiłem sobie program na siłowni tak ostro, jakbym przygotowywał się do zawodów. Bo dla mnie to były w pewnym sensie zawody: musiałem odzyskać sylwetkę i formę sprzed dwudziestu lat. Oczywiście, pojawiły się pewne problemy, ale muszę powiedzieć, że jestem zadowolony z efektu. Jeżeli przez całe życie człowiek zajmował się kulturystyką, to z pewnością poszłoby mu łatwiej, niż komuś, kto będąc w moim wieku, dopiero teraz zacząłby ćwiczyć. Co do diety, to całkowicie zrezygnowałem ze słodyczy. Żadnych deserów, żadnych ciastek, żadnych lodów. Usunąłem z domu wszystkie łakocie. Nie chciałem mieć ich pod ręką, bo... hm, znam siebie na tyle, żeby wiedzieć, iż nie oparłbym się pokusie, żeby na przykład zjeść loda (śmiech). Aż tak silnej woli nie mam. Dlatego właśnie wolałem się nie narażać na takie niebezpieczeństwo. Moje dzieci nie były zadowolone z tego, że nie wolno im było jeść w domu słodyczy. Ale w sumie wyszło im to na dobre, bo też trochę straciły na wadze (śmiech). Muszę powiedzieć, że zwłaszcza moim córkom się to spodobało. Wiesz, jakie są dziewczynki: zawsze chcą być szczupłe.

Czy to prawda, że nikt nie jest w stanie wygrać z Tobą w szachy? Na planie podobno ustawiały się do Ciebie kolejki i żaden z przeciwników nie dał Ci rady.

Hm, zapis z rozgrywek świadczy o czymś zupełnie innym. Tak naprawdę przegrałem wiele spotkań. Ale zacznijmy od tego, że w szachy gram już od ósmego czy dziewiątego roku życia. Nauczył mnie tego ojciec. Zmagaliśmy się na szachownicy przez wiele lat. Ta umiejętność przydała mi się, gdy zacząłem kręcić filmy. Podczas długich przerw między ujęciami, zwłaszcza nocą, gdy czas się niesamowicie dłuży, jedyny sposób, żeby nie zasnąć, to siłownia albo właśnie szachy. Czytanie odpada - od razu zamykają mi się oczy. Moja żona potrafi siedzieć nad książką do późna, ja nie. Dlatego właśnie gram. Potrafię toczyć rozgrywki do trzeciej, czwartej rano - po czym, kiedy trzeba wracać na plan, jestem przytomny i zrelaksowany. Szachy pobudzają mój umysł, dlatego właśnie je uwielbiam.

Wiem, że jesteś zapalonym malarzem. W życiu nie podejrzewałabym Cię o tego rodzaju pasje.

Maluję obrazy od czasów szkolnych. W Austrii, gdy chodziłem do podstawówki, wszyscy musieli coś rysować na lekcjach plastyki. Kiedy przyszło na świat moje pierwsze dziecko, z radości postanowiłem narysować mu urodzinową kartkę, zamiast kupować gotową. Zajęło mi to jakieś cztery, pięć godzin. Potem narysowałem kartkę z okazji urodzin drugiego dziecka. Potem na Boże Narodzenie. Potem na rocznicę ślubu... Dużo tych obrazków wisi na ścianach u nas w domu. Moja żona obwiesiła nimi prawie całą łazienkę - czyli pomieszczenie, w którym spędza najwięcej czasu (śmiech).

Bardzo dziękuję Ci za rozmowę.

Też ci dziękuję. Aha, i jeszcze jedno... I'll be back.



[Yola Czaderska-Hayek]