Ralph Fiennes gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: "Pająk" Davida Cronenberga to film, obok którego trudno przejść obojętnie. Stworzyłeś w nim wstrząsającą kreację. W jaki sposób przygotowywałeś się do zagrania schizofrenika?

Ralph Fiennes: Zacząłem od serii spotkań z osobami cierpiącymi na schizofrenię. Przekonałem się, że trudno tu mówić o jakimś jednym, wspólnym dla wszystkich typie zachowań; każdy zmaga się z chorobą w inny sposób. Niektórzy są nią dotknięci w szczególnym stopniu - mają nerwowe tiki, dziwnie się poruszają. Innych z kolei trudno utrzymać w miejscu, właściwie tylko dzięki lekarstwom zachowują względny spokój. Rozmawiałem z wieloma osobami na temat ich paranoi, halucynacji, złudzeń. Owocem tych spotkań, który wykorzystałem w filmie, stał się nieustanny monolog wewnętrzny Pająka. Zdarza się, że ludzie, którzy słyszą głosy, próbują im odpowiadać - na tej zasadzie mój bohater, zamknięty we własnym świecie, rozmawiał sam ze sobą, próbując dojść do ładu ze swoim otoczeniem. Wcielić się w osobę psychicznie lub umysłowo chorą to ciężkie zadanie dla aktora, nieustannie więc zadręczałem Davida Cronenberga pytaniami: czy takie zachowanie jest wiarygodne? Czy może w tym momencie przesadziłem? David bardzo szybko wczuł się w położenie Pająka i nieraz zdarzało się, że poprawiał mnie: "Nie, to nie tak, to nie w jego stylu". Wydaje mi się, że spodobał mu się pomysł, aby bohater nieustannie mamrotał do siebie jakieś niezrozumiałe słowa - w książce Patricka McGratha, na podstawie której powstał "Pająk", narracja przez cały czas prowadzona jest w pierwszej osobie. To bardzo długi monolog.

W "Czerwonym smoku" również wcielasz się w osobę psychicznie chorą...

To prawda, w "Smoku..." jednak mam do czynienia z zupełnie innym typem choroby. Owszem, Francis również cierpi na ostrą paranoję, ale z dodatkiem megalomanii. To co innego. Pająk jest, powiedziałbym, dość łagodny. Francis to niebezpieczny, przerażający maniak.

Grając Pająka, sprawiałeś wrażenie, jakby pokrywała Cię warstwa brudu.

Zapewniam Cię, że co wieczór brałem prysznic (śmiech). Ale mówiąc poważnie, takie właśnie wrażenie zamierzałem stworzyć. Pająk z pewnością nie myje się zbyt często, podobnie zresztą, jak wielu schizofreników. Nie mają nawyku utrzymywania ciała w czystości, co innego akurat zaprząta im głowę. Co do mnie, ten niechlujny wygląd zawdzięczam głównie charakteryzacji.

Czy biorąc wieczorny prysznic, zmywałeś z siebie także psychiczny osad? Udawało Ci się zapomnieć o Pająku i być na powrót sobą?

Cóż, nie zabieram swoich ról do domu, więc trudno, żebym kładąc się spać albo oglądając telewizję, nadal zachowywał się jak Pająk. Natomiast z pewnością pamięć o tym facecie zalegała mi gdzieś nieustannie z tyłu głowy - bo przecież następnego dnia znów miałem wejść w jego skórę. Nie ukrywam, bardzo to było męczące. Codziennie na powrót zakładałem te cztery koszule, pociłem się jak mysz - ale uważam, że było warto.

Każdy Twój filmowy projekt jest inny od poprzedniego, czasami aż trudno się w tym połapać. Z kameralnego dramatu kostiumowego przeskakujesz do komercyjnych hollywoodzkich produkcji, potem angażujesz się w trudne przedsięwzięcia w rodzaju "Pająka"... Jakim kluczem kierujesz się, wybierając kolejne role?

Przede wszystkim ufam swojemu instynktowi i patrzę, co mi zsyła los. Ta różnorodność, o której wspomniałaś, spowodowana jest potrzebą pewnego płodozmianu. Na przykład przed "Pająkiem" zagrałem w dwóch szekspirowskich przedstawieniach teatralnych - w obu główne role! Byłem już tym kompletnie wyczerpany i bardzo chciałem zrobić coś odmiennego. Rozmowy z Davidem Cronenbergiem rozpoczęły się już w 2000 roku, ale przez długi czas ten projekt jakoś nie mógł dojść do skutku. Najpierw ze względu na trudny temat ciężko było zdobyć pieniądze na realizację. Potem aktorzy rozpoczęli strajk, a ponieważ ja też należę do SAG (Screen Actors Guild, aktorski związek zawodowy - YCH), nie mogłem się wyłamać. To, że "Pająka" mieliśmy kręcić na terenie Wielkiej Brytanii, a nie w Stanach, nie miało znaczenia. Byłbym nie w porządku wobec kolegów. Przez pół roku trwały negocjacje, a ja w tym czasie nie robiłem kompletnie nic. Wreszcie jakoś się udało.

Czemu zdecydowałeś się odejść od ambitnego nurtu na rzecz "Czerwonego smoka" i "Pokojówki na Manhattanie"?

Bo miałem na to ochotę! Właśnie dlatego, że przez długi czas zajmowałem się wyłącznie trudnymi projektami, chciałem dla odmiany nakręcić coś lżejszego. Jeśli chodzi o "Czerwonego smoka", to przyznaję, że miałem z początku pewne wątpliwości. Niespecjalnie nęciła mnie rola w kolejnym filmie o Hannibalu Lecterze, ale scenariusz Teda Tally’ego ogromnie mi się spodobał. Pomyślałem sobie także: przyjemnie byłoby popracować z takimi ludźmi, jak Edward Norton czy Philip Seymour Hoffman. Niestety, nie zagrałem ani jednej wspólnej sceny z Tonym Hopkinsem, co bardzo mnie rozczarowało.

A "Pokojówka..."?

W "Pokojówce na Manhattanie" zagrałem z tych samych powodów, co w "Czerwonym smoku". Ujęła mnie ta sympatyczna, lekka historia. To opowieść w stylu "Kopciuszka", trochę przypomina "Pracującą dziewczynę". Poza tym od dawna podziwiałem pracę Wayne’a Wanga i byłem ciekaw, jak sobie poradzi z tak komercyjnym gatunkiem, jak romantyczna komedia. Nikt mnie nie zmuszał do zagrania w tym filmie, zgodziłem się, bo chciałem spróbować czegoś innego, nietypowego dla mnie.

Jesteś bardzo skryty, zamknięty w sobie. Twoje nazwisko rzadko pojawia się w nagłówkach brukowców, tymczasem o Jennifer Lopez piszą dosłownie wszyscy. Nie obawiałeś się, że z powodu "Pokojówki..." paparazzi zaczną śledzić każdy Twój krok?

Nie, nie spędzało mi to snu z powiek. Jennifer to świetna aktorka i bardzo przyjemnie mi się pracowało, choć rzeczywiście nieustanna obecność fotografów była dla mnie nowym doświadczeniem. Kilka scen kręciliśmy na ulicach Manhattanu, przy Park Avenue i w Central Parku. Nie można przegnać stamtąd paparazzich, ponieważ są to miejsca publiczne, każdy może tam przyjść. Na szczęście menedżer Jennifer Lopez wypracował odpowiednią strategię: niech porobią nam tyle zdjęć, ile chcą, a potem niech napiszą o nas coś miłego. To nie zawsze się sprawdzało (śmiech). Jennifer bardzo źle reaguje, gdy w prasie pojawi się jej brzydka fotografia, dlatego zawsze stara się wyglądać oszałamiająco. Pamiętam, że podczas jej urodzin wyprawiliśmy przed Metropolitan Museum wielką fetę, na którą zaprosiliśmy także dziennikarzy. Każdy dostał po kawałku wielkiego tortu. No i oczywiście w "The Post" (chodzi o podobny do naszego "Super Expressu" "New York Post", a nie o "Washington Post" - YCH) ukazało się moje zdjęcie, jak opycham się tortem.

Wróćmy do "Pająka". Czy David Cronenberg jest równie dziwnym, skomplikowanym człowiekiem, co jego filmy?

Wprost przeciwnie! Wszyscy spodziewają się jakiegoś ekscentrycznego dziwaka, David tymczasem jest normalnym, stąpającym twardo po ziemi człowiekiem. Interesują go mroczne aspekty ludzkiej natury; jego filmy przypominają skomplikowane naukowe dochodzenie. Na planie z Davida emanuje spokój. Nigdy nie podnosi głosu, zawsze wie, jaki efekt chce osiągnąć. Imponuje mi jego wiedza na temat techniki operatorskiej. Czasami za pomocą bardzo niewielu słów potrafi wytłumaczyć aktorowi, czego konkretnie od niego wymaga. Umie także słuchać. Gdy rozmawialiśmy na temat zachowań Pająka, mnie samemu ciężko było wytłumaczyć, jak sobie wyobrażam tę postać. David jednak, odpowiadając na moje nieskładnie wyrażane wątpliwości, zawsze umiał trafić w sedno. To bardzo poważny, skoncentrowany na swojej pracy artysta, badacz ludzkiej psychiki. Choć muszę przyznać, że "Pająk" mocno różni się od jego poprzednich filmów. Jest o wiele mniej drastyczny, bardziej za to... jakby to powiedzieć?... łagodniejszy.

<To opowieść utrzymana w bardzo angielskim stylu. Zastanawiałeś się, czy dałoby się ją przenieść na grunt amerykański?

Z pewnością byłoby to możliwe, aczkolwiek nigdy taki pomysł nie przyszedł mi do głowy. "Pająk" to historia rozgrywająca się w londyńskich realiach, wtopiona w tło East Endu - i, masz rację, utrzymana jest w bardzo angielskim stylu. Te wszystkie wnętrza, postacie... Mają w sobie dozę smutku, melancholii, jakiej doświadczyć można tylko w Anglii.

Jak Davidowi Cronenbergowi udało się odnaleźć w londyńskim otoczeniu? Reżyser z Ameryki nie czuł się obco?

Bardzo szybko się zaadaptował. Wiele czasu spędził na rozmowach z Patrickiem McGrathem, autorem książki o Pająku. Patrick pokazał mu miejsca, po których spacerował, wymyślając swoją historię. Wskazywał mu źródła inspiracji, pomagał odczuć ten specyficzny londyński nastrój. David okazał się bardzo pojętnym uczniem. Ponadto - co ważne - otoczył się odpowiednimi ludźmi, znającymi się na rzeczy. Na przykład Andrew Sanders, który projektował scenografię, jest Anglikiem i dlatego wiedział, co należy pokazać na ekranie. Dla reżysera cudzoziemca bardzo ważnym zadaniem jest dobrać sobie właściwą ekipę, która czuje atmosferę konkretnego miejsca. Coś takiego udało się na przykład Angowi Lee, kiedy kręcił "Burzę lodową" czy też "Rozważną i romantyczną".

Równie często, co na ekranie, pojawiasz się na scenie. Bliższy jest Ci teatr czy kino?

Uwielbiam filmy, aczkolwiek proces ich realizacji potrafi przyprawić mnie nieraz o ciężkie frustracje. Poszczególne sceny kręci się w bardzo dziwnej kolejności, nie mającej nic wspólnego ani z chronologią, ani z rozwojem postaci. Często zdarza się, że na samym początku mam do zagrania jakąś bardzo trudną sekwencję albo wręcz finał filmu, kiedy jeszcze nie zdążyłem oswoić się z bohaterem, w którego się wcielam! Nie cierpię też sytuacji, w których wiem, że dałem z siebie wszystko, po czym okazuje się, że daną scenę trzeba powtórzyć, bo reżyserowi nie podoba się kompozycja kadru. Praca na planie wymaga olbrzymiej cierpliwości, a także odporności psychicznej. Kilka razy poniosły mnie nerwy i wcale nie poczułem się przez to lepiej (śmiech). W teatrze jest zupełnie inaczej: po prostu wychodzisz na scenę i grasz. Zdarza się oczywiście, że danego wieczoru nie jestem w najlepszej formie, że moja kreacja pozostawia wiele do życzenia. Myślę sobie wtedy: jaka szkoda, że nie można moich wpadek wyciąć w montażu, chciałbym nakręcić parę scen na nowo. Niestety, co się stało, już się nie odstanie. Teatr to hazard: publiczność kupuje bilety, ale za każdym razem spektakl wygląda inaczej, coś wychodzi lepiej, coś gorzej. Podczas prób aktorowi udaje się nawiązać o wiele bliższy kontakt z reżyserem, niż na planie, ale z kolei w filmie można pozwolić sobie na zbliżenia, pokazujące całą gamę uczuć malujących się na ludzkiej twarzy. W teatrze to niemożliwe.

Masz liczne rodzeństwo, skończyłeś czterdzieści lat... Nie uważasz, że to już najwyższa pora na założenie rodziny?

Czasami opiekuję się moimi bratankami i siostrzeńcami, to mi wystarczy. Nie zamierzam zakładać rodziny. Moje filmy, moje role - to są moje dzieci. Żadnych innych mi nie trzeba.



[Yola Czaderska-Hayek]