Quentin Tarantino gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Po sześciu latach od premiery 'Jackie Brown' powróciłeś z efektowną produkcją 'Kill Bill', która od razu uplasowała się na pierwszym miejscu amerykańskiego box office'u. Aż trudno uwierzyć, że to dopiero Twój czwarty pełnometrażowy film...

Quentin Tarantino: Rzeczywiście, racja, każdy film pochłania mnóstwo mojego czasu, energii, pomysłów i chwilami mam wrażenie, jakbym nakręcił ich już nie wiem ile. Każdy projekt jest dla mnie osobną przygodą, zupełnie jakbym za każdym razem wchodził na Mount Everest. W przypadku 'Kill Bill' podróż nie dobiegła jeszcze końca, ona ciągle trwa, no bo na ekrany weszła dopiero 'Część I', prawda? A numer dwa ciągle jest w fazie obróbki, a ja - ciągle w trakcie pracy. Chociaż nie, źle powiedziałem. Ja nie traktuję tego jako pracę. Dla mnie to nie jest praca. Kręcenie filmów to forma artystycznej wypowiedzi, dzika frajda, fantastyczna przyjemność. Wejście w inny świat, który mogę dowolnie kształtować. Do realizacji, do kręcenia zdjęć nie podchodzę jak do procesu technicznego, ja się w to wszystko rzucam głową naprzód, raz się zajmuję tym, raz tamtym, w jednym momencie patrzę na obraz, chwilę później pracuję nad dźwiękiem - film postrzegam jako całość, wszystkie te drobne kawałeczki nagle składają się w jedną wielką konstrukcję pod nazwą 'Kill Bill'. Uwielbiam, kiedy coś takiego dzieje się na moich oczach.

W swoich produkcjach nie ukrywasz źródeł inspiracji. Często wykorzystujesz nie tylko motywy, ujęcia, stylistykę, ale czasem wręcz całe sceny. Jak to wygląda: przed napisaniem scenariusza siedzisz z pilotem w ręku i oglądasz jeden film po drugim, szukając natchnienia?

Nie, to nie tak. Opieram się przede wszystkim na własnych wrażeniach, na własnej pamięci. A pamięć mam cholernie dobrą! Jak słoń (śmiech). Pamiętam nawet filmy, które oglądałem razem z mamą, jeszcze jako pięcio-, sześciolatek. Siedzi mi to wszystko w głowie i w razie potrzeby pojawia się przed oczami. Widziałem w życiu tyle tytułów, że czasami sam już nawet nie wiem, czy daną rzecz sam wymyśliłem, czy też podświadomie zaczerpnąłem cudzy pomysł, który podsunęły mi wspomnienia. Nie siedzę przed ekranem, szukając konkretnych scen, które mógłbym skopiować. Chociaż, oczywiście, takie dosłowne cytowanie też mi się zdarza. Najważniejsze jednak wydaje mi się odtworzenie pewnego nastroju charakterystycznego dla tamtych produkcji, np. dla starych filmów kung fu, spaghetti westernów, opowieści o samurajach... Scenariusz 'Kill Bill' pisałem przez półtora roku. Przez ten czas oglądałem co najmniej jeden, a czasami zdarzało się, że i trzy filmy kung fu dziennie. Powtarzam: nie po to, żeby kopiować sceny, ale po to, by poznać elementy tej stylistyki rodem z Hongkongu: te wszystkie zbliżenia, zwolnione tempo, retrospekcje... Pod koniec tak już tym przesiąknąłem, że kiedy zdarzyło mi się obejrzeć jakiś normalny hollywoodzki film, wydał mi się strasznie dziwny, kompletnie inny niż to, do czego się przyzwyczaiłem.

Twoje produkcje słyną z perfekcyjnie dobranej oprawy dźwiękowej. W jaki sposób dopasowujesz muzykę do wydarzeń na ekranie?

To moje ulubione zajęcie. Wymyślić fabułę i napisać scenariusz to jedno, ale tak naprawdę dopiero dzięki muzyce film zaczyna nabierać realnych kształtów. Mówiąc szczerze, nad ścieżką dźwiękową zaczynam się zastanawiać, jeszcze zanim napiszę choćby jedno słowo. To pierwsza rzecz, jaką się zajmuję. Mam u siebie taki pokoik z płytami, wygląda bardziej jak magazyn sklepu muzycznego, tyle tego towaru tam jest. Zbierałem płyty od dzieciństwa, i z czasem tego towaru mi jeszcze przybyło. Mnóstwo krążków zalega tam w wielkich koszach, a ja przekopuję się przez to wszystko, próbując odnaleźć właściwy rytm, właściwą tonację. Najtrudniej jest wybrać kawałek, który ma lecieć podczas początkowych napisów. To on nadaje filmowi nastrój i tempo. Kiedy już się na coś zdecyduję, to już później wiem, jak cała reszta ma wyglądać. W 'Kill Bill' słychać całą mieszankę różnych brzmień, każde z innej bajki. Podczas sekwencji anime gra muzyka ze spaghetti westernu. W scenie żywcem wziętej z samurajskiego filmu - tej z padającym śniegiem - słychać flamenco. I tak dalej, i tak dalej. To i tak jest nic w porównaniu z tym, co robili faceci z Hongkongu - oni kradli żywcem całe soundtracki! Na przykład Lalo Schifrin mógłby dostać zawału, z niego rżnęli bezlitośnie. Ale co z tego? Nawet gdyby zadzwonił do swojego prawnika, żeby pozwać kogoś do sądu, musiałby pojechać do Hongkongu, wytoczyć sprawę w Hongkongu i siedzieć tam na tyłku przez cały proces. Nie kalkulowałoby się. Dlatego zazwyczaj twórcom filmów kung fu wiele rzeczy uchodziło na sucho. Nawet jeśli do scen walki podkradali soundtracki z takich produkcji, jak 'Północ, północny zachód', 'Shaft' czy 'Dobry, zły i brzydki'. Tak swoją drogą, wydaje mi się, że w tym plagiatowaniu był jednak pewien element kreacji, artystycznego wyzwania. Czasami trudniej opracować choreografię pojedynku, żeby pasowała do gotowej muzyki, niż dopisać oprawę do nakręconej już walki.

Czy masz jakichś ulubionych reżyserów, na których chętnie się wzorujesz?

Hm, zabawne. Kiedy tak się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że artystą, który wywarł na mnie największy wpływ i do dziś stanowi mój niedościgniony ideał - choć rzadko się do tego przyznaję - jest Sergio Leone. Staram się bez przerwy poszerzać swoje możliwości, rozwijać się, szukać czegoś nowego - z nadzieją, że może kiedyś uda mi się mu dorównać. I tak nie sądzę, żeby udało mi się nakręcić coś tak doskonałego, jak 'Dobry, zły i brzydki' - ale przynajmniej próbuję. Dlatego właśnie nie spieszę z kręceniem nowych filmów. Sama zauważyłaś, że między 'Jackie Brown' a 'Kill Bill' minęło aż sześć lat! Ja nie pracuję na akord, chcę, żeby moje opowieści były dopracowane do perfekcji - nawet jeśli będzie pociągało to za sobą konieczność podzielenia jednego filmu na dwie części. Co do innych reżyserów, to na pewno wśród nich znajdzie się Chang Cheh, który dla kina z Hongkongu jest tym, kim John Ford był dla westernu. Uwielbiam Howarda Hawksa, Briana De Palmę. Zawsze lubiłem Martina Scorsese. A spośród nieco młodszych artystów: Davida Finchera, Sofię Coppola - no dobra, jej tatusia też cenię - Roberta Rodrigueza, Paula Thomasa Andersona, Luca Bessona. Ale gwiazdą pierwszej wielkości jest wśród nich Japończyk, którego robota zawsze zapiera mi dech w piersiach. Takashi Miike - facet kręci tyle filmów, że nie sposób, aby wszystkie były równie dobre, zdarzają mu się jednak przebłyski absolutnego geniuszu. Uwielbiam tego gościa, naprawdę!

< Woody Allen twierdzi: Nigdy nie oglądam swoich filmów, ponieważ to, co widzę na ekranie, rzadko ma cokolwiek wspólnego z wizją, która tkwiła w mojej głowie. Czy Ty również uważasz, że gotowy 'Kill Bill' nie dorównuje pierwotnemu pomysłowi zawartemu w scenariuszu?

A skąd! Jest o wiele lepszy!... Wielu reżyserów ma ten problem, o którym napomknęłaś. Roman Polański o tym wspomina, John Boorman o tym wspomina, Woody Allen też... Kiedyś John Landis powiedział, że jest szczęśliwy, gdy udaje mu się zawrzeć 60 procent swoich pomysłów na ekranie, a 80 procent to już absolutny szczyt marzeń. A mnie się wydaje, że człowiek nie powinien kręcić filmów we własnej głowie. Gdyby przenieść te superprodukcje z wyobraźni do rzeczywistości, okazałyby się zbyt hermetyczne, przeznaczone tak naprawdę tylko dla jednej osoby. A to prosta droga w pułapkę. Dlatego właśnie przyjąłem zasadę: kiedy piszę scenariusz, jest to dla mnie rzecz święta; kiedy zaś kręcę film, chrzanię scenariusz. Jasne, zależy mi na tym, aby gotowy efekt był jak najbliższy mojej pierwotnej wizji, ale po drodze dzieje się tyle różnych rzeczy... Na przykład aktorzy wzbogacają dialogi własnym głosem, intonacją. To jest coś, czego ja nie jestem sobie w stanie wyobrazić, pisząc tekst. To trzeba zobaczyć, usłyszeć, i wtedy dopiero się wie, czy dana rzecz ma sens, czy może lepiej z niej zrezygnować. Poza tym ważny jest nastrój danej chwili. Jakaś kwestia, którą napisałem rok temu, we własnej sypialni w słoneczny dzień, może zabrzmieć idiotycznie, gdy siedzimy na planie i akurat pada. Najważniejsza jest dla mnie ta bieżąca chwila, uchwycenie tego niepowtarzalnego klimatu. Może dlatego w moich filmach dialogi brzmią tak naturalnie - bo są zgodne z nastrojem, jaki wówczas panował na planie.

W jednym z niedawno udzielonych wywiadów Uma Thurman twierdzi, że tak naprawdę Twoją pierwszą miłością jest aktorstwo. I że najchętniej rzuciłbyś reżyserowanie, gdybyś tylko mógł regularnie występować w filmach.

No nie, Uma się oczywiście ze mnie nabija. To nie tak. Oczywiście, jako dzieciak marzyłem o graniu w filmach, ale wynikało to głównie z faktu, że nie miałem pojęcia, iż istnieją także inne zawody, takie jak reżyser. Na podobnej zasadzie ktoś zafascynowany futbolem mógłby marzyć o karierze piłkarza, a nie na przykład trenera. Mogę powiedzieć, że bezdyskusyjnie moją pierwszą miłością są filmy i że dla aktorstwa na pewno nie zrezygnowałbym z wyreżyserowania 'Kill Bill'. Może rzeczywiście jakieś niespełnione ambicje odzywają się we mnie, kiedy daję aktorom wskazówki. Ja w ogóle jestem takim reżyserem, dla którego najważniejsi są aktorzy. Jeśli chodzi o techniczne kwestie typu: jakiego obiektywu czy typu oświetlenia użyć, to rozmawiasz z kompletnym amatorem. Mnie to po prostu nie obchodzi, najważniejsze, żeby scena wyszła dobrze. Od maszyn są specjaliści, ja kieruję ludźmi.

W Twoich filmach kobiety coraz silniej dochodzą do głosu. We 'Wściekłych psach' praktycznie nie było ich wcale, w 'Kill Bill' zaś Uma Thurman dosłownie kładzie wszystkich na łopatki.

W azjatyckich produkcjach kung fu, do których nawiązuje 'Kill Bill', nie jest niczym niezwykłym, że kobieta gra główną rolę i że wygrywa wszystkie pojedynki. W latach 70. na przykład wielką gwiazdą była Angela Mau. Oczywiście Uma Thurman nie wygląda na gwiazdę filmów akcji. To posągowa piękność i nie w każdej roli da się ją obsadzić. Wyobrażasz ją sobie na przykład jako fizyka jądrowego? Od razu na kilometr zajeżdżałoby Hollywoodem. Który fizyk jądrowy wygląda jak Uma Thurman? Natomiast jeśli kręcisz taki odrealniony film, jak 'Kill Bill', jesteś w o wiele lepszej sytuacji. Umieszczasz główną gwiazdę w centrum uwagi i budujesz wokół niej cały świat. Ona ma być ikoną, ma błyszczeć, zniewalać, rzucać na kolana. Cała reszta musi być jej absolutnie podporządkowana. Następne zadanie to wymyślić przeciwników godnych naszej bohaterki. Postanowiłem, że Uma walczyć będzie głównie z kobietami. Zarówno Vivica A. Fox, jak i Lucy Liu różnią się od niej typem urody i kolorem skóry. To także zupełnie odmienny sex appeal. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku Daryl Hannah. To najgroźniejsza przeciwniczka Umy - i jednocześnie najbardziej do niej podobna. Obydwie są blondynkami o jasnej karnacji, wyglądają jak skandynawskie boginie. Kiedy wyobrażałem sobie scenę ich pojedynku, przypomniały mi się dawne japońskie filmy z potworami - wiesz, 'Godzilla kontra Gigan' i tym podobne. Szczerze mówiąc, całkiem poważnie zastanawiałem się nad nakręceniem tej sceny w konwencji rodem z wytwórni Toho: Uma i Daryl rozdeptują buzynki z dykty, a obok nich, niczym uprzykrzone muchy, latają śmigłowce. Wydaje mi się, że widzowie by to kupili (śmiech).

Mam wrażenie, że stałeś się nie tylko koneserem filmów, ale i damskiej urody...

Jakbyś zgadła! (śmiech). Muszę Ci powiedzieć, że sama wyglądasz jak gwiazda filmowa. Nie chciałabyś może u mnie zagrać?.



[Yola Czaderska-Hayek]