Russell Crowe gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Byłeś już "Gladiatorem", właścicielem "Pięknego umysłu", teraz zaś zostałeś "Panem i władcą"! Jak myślisz, nadawałbyś się na kapitana statku?

Russell Crowe: Równie dobrze mogłabyś mnie zapytać, czy nadawałbym się na dotkniętego schizofrenią genialnego matematyka (śmiech). Owszem, darzę sympatią postać Jacka Aubreya, którego gram w "Panu i władcy", ale stanowisko kapitana statku to zdecydowanie nie jest szczyt moich marzeń.

Naprawdę wspinałeś się po tych wszystkich masztach, czy też specjaliści od komputerów wmontowali Twoją sylwetkę w tło?

To nie była iluzja, rzeczywiście się wspinałem. Na początku faktycznie wydawało nam się, że nie obejdzie się bez komputerowych sztuczek. Przekonałem jednak Petera Weira, abyśmy poszli na całość. Zgodził się. James D'Arcy (odtwórca roli pierwszego oficera - YCH) miał wprawdzie pewne opory przed wejściem na samą górę, ale w końcu i on dał się namówić. Odbyliśmy szereg prób, aby przed kamerą pewnie się czuć wśród tych wszystkich lin i żagli. I kiedy wreszcie nakręciliśmy tę scenę, James przyznał: Stary, dziękuję ci, to był fantastyczny pomysł!. Widok z wysokości ponad 50 metrów, horyzont rozciągający się na 30 kilometrów... No, to jest niepowtarzalne przeżycie.

Z mało znanego australijskiego aktora zostałeś gwiazdą Hollywood, ale tak naprawdę nic się nie zmieniłeś. Czyżbyś nic sobie nie robił z własnej popularności?

Pochodzę z kraju, w którym takie sprawy traktuje się bardzo przyziemnie. Nie staram się udawać kogoś, kim nie jestem. Regularnie widuję się z rodziną i przyjaciółmi, którzy znają mnie jako normalnego człowieka. Nie chcę, żeby sława uderzyła mi do głowy, wolę raczej twardo stąpać po ziemi. Moja praca sprawia mi przyjemność, nie traktuję jej jako przepustki do sławy.

No, strasznie mi przykro, że się tak męczysz!

Tak? A spróbuj kiedyś zamienić się ze mną! Zobaczysz, jak to jest: dzień w dzień, przez pięć tygodni siedzisz i ględzisz w kółko o tym samym. W porządku, lubię rozmawiać o moich filmach, ale w końcu ile można? Tym bardziej, że w każdym wywiadzie musisz pokazać się od swojej najlepszej strony, nie możesz dać po sobie poznać, że cię to nudzi. Każdy miałby dość. A potem ludzie mają mi za złe, że arogancko traktuję dziennikarzy...

Skoro tak lubisz rozmawiać o filmach, to powiedz mi, w jaki sposób wchodzisz w skórę swoich bohaterów? Wymyślasz im życiorysy? Ćwiczysz przed lustrem?...

To zależy. Za każdym razem ten proces wygląda inaczej. Na przykład, zanim włożyłem mundur Jacka Aubreya w "Panu i władcy", musiałem przeczytać mnóstwo książek na temat czasów, w których toczy się akcja. W epoce wojen napoleońskich raczej nie kręcono filmów i, podejrzewam, dość trudno o kasety wideo z nagraniami z tamtego okresu, prawda? Zostały mi więc głównie książki. Jedną nawet dostałem w prezencie od Jodie Foster. Nazywa się "Żeglowanie dla opornych".

Poważnie?

Bez żartów! Podejrzewam, że miała w tym ukryty interes. Myślała sobie pewnie: Niech się chłopak nauczy żeglować, to może któregoś dnia zabierze mnie na łódkę. On się umorduje przy sterze, a ja sobie poleżę na słoneczku. Będzie fajnie (śmiech).

No to powodzenia.

Żeby było ciekawiej, od dzieciństwa cierpiałem na chorobę morską. Wystarczyło wejść nawet na najmniejszą łódkę i od razu zaczynały się kłopoty. Przed rozpoczęciem zdjęć postanowiłem więc spędzić jak najwięcej czasu na wodzie, aby oswoić się z pływaniem. W końcu miałem zagrać wilka morskiego, prawda? Trzeba trafu, poznałem jednego faceta - nazywa się Mark Johnson i ma obsesję na punkcie książek Patricka O'Briana (na podstawie których powstał "Pan i władca" - YCH), a oprócz tego jest właścicielem statku o nazwie 'Niespodzianka'. Razem przepłynęliśmy w sumie 270 mil morskich w okolicach Fidżi, a także u wybrzeży Sydney. Wtedy poznałem, co to znaczy potęga oceanu - atrakcje w rodzaju kilkumetrowych przechyłów nie były podczas tego rejsu niczym nadzwyczajnym. Kiedy więc pojawiłem się na planie filmu, okazało się, że z wodą jestem już za pan brat - mało tego, jako jeden z nielicznych członków ekipy nie rzygałem co chwila, kiedy kiwało statkiem. Dzięki temu zyskałem szacunek wśród załogi! W końcu nie byłoby dobrze, gdyby marynarze widzieli swego kapitana przewieszonego przez burtę, nie sądzisz? (śmiech)

Teraz, kiedy jesteś szczęśliwym małżonkiem, jak sobie wyobrażasz dalszą karierę? Jeżeli na przykład będziesz musiał wyjechać gdzieś 'na kraniec świata', aby nakręcić kolejny film, jak zniesiesz rozłąkę z żoną? Nie wspominając o farmie (560 akrów nieopodal Sydney - YCH) i krowach, nad którymi opieka zajmuje Ci sporo czasu...

Poczekaj, wszystko po kolei! Bo jak zacznę mówić jednocześnie o żonie i o krowach, to może mi się coś pokręcić, a Ty potem napiszesz jakieś głupoty (śmiech). Jeśli chodzi o Dani, to oczywiście bardzo ważne jest, abyśmy byli razem tak często, jak tylko się da - zwłaszcza teraz, gdy w styczniu ma przyjść na świat nasze dziecko. Podejrzewam, że przez pierwsze kilka lat nasz synek będzie prowadził trochę cygański tryb życia, oboje bowiem często podróżujemy. Myślę jednak, że nie ma w tym nic złego. Dani (Danielle Spencer - YCH) i ja będziemy przy nim i stworzymy mu własny, rodzinny świat pod każdą szerokością geograficzną. Na pewno sytuacja się zmieni, kiedy mały zacznie chodzić do szkoły. Będzie wtedy potrzebował stabilności, bezpieczeństwa - chciałbym mu to wszystko zapewnić i jestem pewien, że się uda. A przechodząc teraz do krów (śmiech)... Uwaga: skończyłem o żonie, zaczynam o krowach! Żeby mi potem nie było nieporozumień, co do czego (śmiech). Uwielbiam swoją farmę, bardzo lubię opiekować się zwierzętami. To dla mnie ważne miejsce - punkt, do którego mogę wrócić z każdego zakątku świata. Na przykład na planie "Pana i władcy" nie mogłem się doczekać, by wreszcie pojawić się z powrotem w domu i ponudzić przez kilka dni w charakterze zwykłego farmera. Co prawda mojej żonie bardziej podoba się mieszkanie w Sydney, ale mam nadzieję, że kiedyś z tego wyrośnie... Do diabła, miało być o krowach, a ja znowu gadam o żonie (śmiech).

Podejrzewam, że Twoje życie uległo wielu zmianom, odkąd się pobraliście. Czy teraz inaczej patrzysz na instytucję małżeństwa? Czy czujesz się czymkolwiek zdziwiony, zaskoczony?

Najbardziej mnie dziwi, że Dani w ogóle powiedziała: 'Tak' (śmiech)

Mnie też.

No, dziękuję Ci bardzo! (śmiech)

Żartowałam. Ale jak to jest według Ciebie z tym małżeństwem?

Nie mogę powiedzieć, żeby jakoś zmieniły mi się poglądy. Moi rodzice przeżyli ze sobą 42 lata i ich związek stanowił dla mnie zawsze pewien punkt odniesienia, ideał do naśladowania. Myślałem sobie: Jeśli kiedykolwiek miałbym się ożenić, to chciałbym, żeby moje małżeństwo wyglądało tak, jak u nich. Nie spieszyło mi się jednak. Mam 39 lat, upłynęło więc trochę czasu, zanim dojrzałem do myśli o ślubie. Ale kiedy wreszcie do tego doszło, ceremonia stała się jednym z najważniejszych wydarzeń mojego życia. Poza tym tak naprawdę niewiele się u mnie zmieniło - no, z jednym wyjątkiem: mam żonę (śmiech).

A co się stało, że wreszcie zdecydowaliście się pobrać?

Oboje doszliśmy do wniosku, że nadeszła odpowiednia chwila. Znamy się od 1989 roku - czyli czternaście lat -i przez ten czas wiele razy rozmawialiśmy na temat małżeństwa. Zawsze jednak wyczuwałem w niej pewien opór, nie tyle na myśl o związku ze mną, co raczej na myśl o jego sformalizowaniu. W ciągu ostatnich kilku lat wyczułem, że Dani nie stoi już tak twardo na swoim stanowisku, że zaczyna trochę mięknąć. Myśli o ślubie, o macierzyństwie nie budziły już w niej takiego sprzeciwu. Musiał po prostu nadejść ten właściwy moment, żebyśmy oboje stanęli przed ołtarzem.

O ile wiem, zbudowałeś na swojej farmie kaplicę, w której się pobraliście...

Tak. To znaczy, pierwotnie to nie miała być kaplica. W tym miejscu miał stanąć spichlerz, ale okazało się, że spichlerz nie jest nam do niczego potrzebny, przerobiłem go więc na kaplicę. Mój brat wziął w niej ślub... Z czego się śmiejesz?

Z pomysłu, żeby przerobić spichlerz na kaplicę.

A dlaczego nie? Wystarczyło tylko zmienić kilka detali, dorobić parę okien... Jak powiedziałem, najpierw ślub wziął mój brat, a potem przyszła moja kolej. Problem tkwił w tym, że Dani koniecznie chciała, byśmy pobrali się w Europie, najlepiej we Włoszech. Postanowiłem więc sprowadzić kawałek Europy na naszą farmę. Rozbudowałem kaplicę, aż zaczęła wyglądać jak żywcem wyjęta z Paryża czy z Rzymu. Wewnątrz umieściłem symbole należące do wielu religii: chrześcijaństwa, buddyzmu, hinduizmu, islamu, judaizmu... Dla mnie to nie jest świątynia jednego obrządku, jednej doktryny, ale miejsce, w którym każdy może odnaleźć spokój w modlitwie, niezależnie od tego, jaką wiarę wyznaje.

Mówiłeś o swoich przygotowaniach do roli w "Panu i władcy". A jak szykujesz się do roli ojca?

Nie mogę się doczekać chwili, kiedy ten młody człowiek już przyjdzie na świat. Zdaję sobie sprawę, że wiele rzeczy się zmieni, ale nie podchodzę do tego z jakimiś obawami. Widzę głównie dobre strony ojcostwa. Nie mam nic przeciwko temu, żeby wstawać o trzeciej rano, bo akurat dziecko płacze albo żona czegoś potrzebuje. Myślę, że stoję przed takim samym wyzwaniem, jak miliony innych tatusiów. Dani i ja będziemy musieli dopasować nasze życie do potrzeb naszego synka - i w porządku, ja się na to zgadzam.

A propos: mam pytanie...

'A propos'? To Tobie wolno użyć takiego wyrażenia w wywiadzie?

Dobra, sam tego chciałeś. Czy w związku z perspektywą rychłego powiększenia rodziny odczuwasz imperatyw, by definitywnie poniechać eksperiencji katalizujących uaktywnianie endogennego interferonu?

Eee... Czego?

Mówiąc po ludzku: przestaniesz chlać?

Wiesz co, chyba muszę się napić! (śmiech) Mówiąc szczerze, to już trzeci miesiąc, odkąd nie tknąłem alkoholu. Odkąd wróciłem z trasy ze swoim zespołem (30 Odd Foot of Grunts - YCH), nie piję. Oprócz oczywistego powodu jest jeszcze jedna przyczyna: przygotowania do roli w filmie "Cinderella Man", w którym gram boksera. Zdjęcia zaczynają się w marcu, muszę wtedy wyglądać jak rasowy zawodnik. Dużo ćwiczę i gdybym zaczął zaglądać do kieliszka, od razu cały wysiłek poszedłby na nic.

Kiedy nie pracujesz, również dbasz o kondycję?

Tu Cię zaskoczę: trenuję tylko wtedy, gdy wymaga tego konkretna rola, jak np. w "Cinderella Man" czy "Panu i władcy". Poza tym po prostu mi się nie chce. Jestem zbyt leniwy, żeby regularnie chodzić do siłowni. Potworne, prawda?

Kiedy przyjdzie na świat Twoje dziecko, zamierzasz asystować przy porodzie?

Jasne!

Zabierzesz kamerę?

Nie, Dani nie chce, żeby filmować poród. A ja będę mógł patrzeć tylko tam, gdzie mi pozwoli. Czyli głównie w oczy (śmiech). Kurczę, chciałbym teraz móc potrzymać w ramionach mojego synka. Cieszę się, że to już niedługo.



[Yola Czaderska-Hayek]