Viggo Mortensen gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Ja to mam dopiero szczęście! Ostatnio robiłam wywiad z Panem i władcą [Russell Crowe bohater filmu "Pan i władca" - YCH], teraz zaś mogę rozmawiać z samym królem Aragornem.

Viggo Mortensen: Możesz siedzieć w mojej obecności. Łaskawie zezwalam (śmiech).

Twoją ogromną pasją jest fotografia. Robiłeś jakieś zdjęcia na planie "Władcy Pierścieni"?

Tak, ale nie poświęcałem temu zajęciu zbyt wiele uwagi. Nie lubię robić fotografii na planie filmowym. Po pierwsze dlatego, że - nawet jeśli masz pozwolenie - uważam to za nieuprzejme wobec innych członków ekipy, którzy w tym momencie akurat ciężko pracują. Po drugie, plan to królestwo reżysera i operatora kamery, to oni mają prawo zadecydować, co warto utrwalić na kliszy. No i po trzecie, fotografie poszczególnych scen stanowiłyby niepotrzebne powtórzenie tego, co potem i tak pojawiłoby się na ekranie. Nie interesowały mnie tego typu zdjęcia. Po co niepotrzebnie powielać te same wizerunki? Zupełnie, jakbyśmy postawili dziesięciu turystów przed jakąś słynną górą: każdy wykona taką samą fotografię. Może lepiej zamiast tego uwiecznić na zdjęciu turystów robiących zdjęcia? Byłoby to na pewno ciekawsze (śmiech). Dlatego też nie biegałem przez cały czas z aparatem, niemniej jednak, ponieważ spędziłem w Nowej Zelandii całkiem sporo czasu, przywiozłem stamtąd o wiele więcej fotografii, niż się spodziewałem. Koncentrowałem się głównie na pejzażach, na uwiecznianiu dzikiej przyrody. Eksperymentowałem z oświetleniem, a czasami po prostu wyciągałem aparat na widok jakiegoś zjawiska, które mnie akurat zaciekawiło.

W "Powrocie Króla" nie brakuje rozbudowanych, monumentalnych scen batalistycznych. Ty, jako Aragorn, znalazłeś się w samym środku Wojny o Pierścień. Jak to wyglądało z Twojej perspektywy?

Pamiętam, że podczas kręcenia bitewnych sekwencji musiałem nosić kolczugę, która bardzo ograniczała mi swobodę ruchów. Moja postać to jednak zaledwie mały trybik w ogromnej wojennej machinie, która powstała na planie "Władcy Pierścieni". To, co widzieliście podczas oblężenia Helmowego Jaru, było zaledwie wstępem do gigantycznej bitwy, jaka rozegra się w "Powrocie Króla". Olifanty, Nazgule, olbrzymie trolle, orkowie - wszystkie te fantastyczne stwory wymyślone przez Tolkiena pojawią się na ekranie. Nie mówiąc oczywiście o tysiącach żołnierzy: konnych i piechocie. Mogę zapewnić, że scena bitwy wbije wszystkich w fotele - chociaż kiedy teraz wspominam czas jej kręcenia, cały czas mam wrażenie, że na ekranie pokazaliśmy zaledwie mały wycinek tej militarnej potęgi, którą zebrał pod swoim dowództwem Peter Jackson. Wszystkie te zastępy wojsk wyglądały naprawdę oszałamiająco.

Bitwa w "Powrocie Króla" toczy się też o większą stawkę, niż oblężenie Helmowego Jaru...

O, tak! Nie sposób o tym zapomnieć. W istocie bój w Helmowym Jarze stanowił niewielką potyczkę o drugorzędnym znaczeniu. Gdybyśmy ją przegrali, to jeszcze nie byłby koniec świata. W "Powrocie Króla" natomiast walka toczy się praktycznie o wszystko. To prawdziwe 'być albo nie być' nie tylko dla naszych bohaterów, ale i dla całego Śródziemia. Dlatego też uważam, że sceny bitewne z "trójki" przewyższają te z "Dwóch Wież" nie tylko pod względem rozmachu, ale także, jeśli chodzi o emocje. Widzowie muszą zrozumieć, że obydwie walczące strony nie mają już w tym momencie odwrotu. Jedna z nich skazana jest na porażkę, ale do ostatniej chwili nie wiadomo, kto wygra.

Czy tytuł "Powrót Króla" oznacza, że w trzeciej części centralną postacią jest Aragorn?

Nie sądzę. Gdyby "trójka" miała opowiadać wyłącznie o mnie, potrzebny byłby jeszcze czwarty film, w którym należałoby domknąć resztę wątków. "Powrót Króla" stanowi logiczne zwieńczenie całości. O właśnie, chciałbym powiedzieć jedno: ja nie traktuję "Władcy Pierścieni" Petera Jacksona jako trzech oddzielnych filmów. Dla mnie to jedna, bardzo długa historia. Owszem, Aragorn od samego początku sprawia wrażenie postaci o wiele bardziej doświadczonej od innych i przechodzi jedną z najciekawszych ewolucji: od tajemniczego włóczęgi zwanego Obieżyświatem do walecznego władcy Gondoru. Cały czas jednak - nawet jako monarcha! - pamięta o tym, jak wiele łączy go z innymi. Nawet z przedstawicielami odrębnych ras: z elfami, krasnoludami, hobbitami... Jest zdolny do współczucia, do poświęcenia - na początku uważa tę cechę za swoją słabość, potem jednak przekonuje się, że wynika z niej ogromna siła. Podczas całej przygody niemal wszyscy bohaterowie poświęcają się niemal do ostatecznych granic: Frodo, Sam, Gandalf... Przypomnij sobie scenę w podziemiach Morii: czarodziej oddał swoje życie - a przynajmniej tak to wyglądało - aby reszta Drużyny mogła uciec przed Balrogiem. Dlatego też Aragorn, gdy los stawia go na czele armii, nie waha się nawet ryzykować życiem. Wie, że biorąc udział w walce, może umrzeć. Nie waha się jednak iść na pewną śmierć - i to nie dla siebie, ale dla Froda, który dzięki tej walce i odciągnięciu sił przeciwnika będzie miał większą szanse na wypełnienie swej misji.

Chwilami mam wrażenie, że mimo swojej królewskiej potęgi Aragorn uważa się za postać mniejszego formatu niż biedny, przerażony niziołek Frodo.

Do pewnego stopnia tak. Mógłbym się z tym zgodzić. Widzisz, najbardziej w całym "Władcy Pierścieni" podoba mi się przesłanie: nawet najmniejsza istota, postać pozornie bez znaczenia, kryje w sobie wielką moc. Aragorn dostrzega siłę drzemiącą w niziołku, zdaje sobie również sprawę z trudów misji, jaka stała się udziałem Froda. Dlatego właśnie będzie z niego dobry władca: rozumie bowiem zarówno wielkich, jak i maluczkich tego świata. Jest w książce Tolkiena taki moment, gdy właściciel gospody 'Pod Rozbrykanym Kucykiem' narzeka: co monarcha Gondoru, który siedzi sobie na tronie w pałacu, może wiedzieć o sprawach Bree i innych dalekich zakątków Śródziemia. Długo nie może się nadziwić, gdy Sam oznajmia mu: 'Król mówi, że u ciebie piwo zawsze było dobre'.

Masz w sobie zdolności przywódcze? Nadawałbyś się na króla?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Na pewno bliskie mi są wartości opiewane we "Władcy Pierścieni": poświęcenie i miłość. I nie chodzi mi tylko o puste słowa. Słowa nie znaczą nic, ważne jest to, w jaki sposób wcielasz je w czyn. Moglibyśmy na przykład długo tu sobie siedzieć i gawędzić o wolności, sprawiedliwości i tym podobnych sprawach. I, dajmy na to, przyszedłby ktoś z obsługi i zapytał: 'Może napiją się państwo kawy?'. Po czym ja zareagowałbym w ten sposób: 'Spadaj, nie widzisz, że rozmawiamy?' - to cały ten mój wcześniejszy wywód nie byłby wart funta kłaków. Oczywiście, mogłoby się tak zdarzyć, że byłbym zmęczony i zareagowałbym nerwowo - ale wtedy przynajmniej postarałbym się jakoś zatrzeć złe wrażenie. Ponieważ to negatywne odczucie, jakie przekazałbym tej drugiej osobie, zadziałałoby jak efekt domina: ten ktoś mógłby również wyładować się na kimś następnym i tak dalej. Na tym właśnie polega wspólnota: tu nie ma rzeczy pozbawionych znaczenia. Liczy się każdy detal, każda osoba. O tym między innymi opowiada "Władca Pierścieni" i za to tę książkę uwielbiam.

Wszyscy aktorzy, z którymi rozmawiałam, twierdzili zgodnie, że praca na planie "Władcy..." była z jednej strony wielką przyjemnością, z drugiej zaś - prawdziwą szkołą przetrwania...

Oj, tak! Po czymś takim nic już człowiekowi nie straszne. Jakiś czas temu kręciłem zdjęcia do filmu "Hidalgo". Wyobraź sobie taką scenę: jesteśmy z całą ekipą na Saharze tuż przy granicy z Algierią, wieje wiatr, piasek wciska się wszędzie - i nagle słyszę, że wszyscy wokół mnie narzekają: 'O rany, tu się nie da pracować, mam dosyć tego piekła'. Roześmiałem się w głos: 'Ludzie, gdzie tu macie piekło? W porównaniu z "Władcą Pierścieni" to jest wypoczynek'. Myślę, że wszyscy na tym skorzystaliśmy, zwłaszcza moi młodsi koledzy, którzy dopiero zaczęli prawdziwą karierę w filmowym świecie. To była dla nich rzeczywiście niezła szkoła, nie wiem, czy gdziekolwiek indziej byliby w stanie nabrać tyle doświadczenia w tak krótkim czasie.

"Władca Pierścieni" nie powstałby, gdyby nie ogromny wysiłek i poświęcenie Petera Jacksona. Powiedz, jak pracowało Ci się z nim? Jakie wrażenie na Tobie wywarł?

To wielki wizjoner i świetny organizator w jednej osobie. Zapanować nad całym tym ogromnym cyrkiem, nad armią statystów, magików od oświetlenia, dekoracji i efektów specjalnych, pilnować scenariusza, rozmawiać z aktorami... Uwierz mi, trzeba być nie byle kim! Słyszałem opinię: 'Żaden inny reżyser by sobie z tym nie poradził'. I coś w tym jest. A przy tym wszystkim, przy tylu emocjach, jakie Peter włożył w to przedsięwzięcie, zawsze zachowywał się wobec nas - i to nie tylko wobec aktorów, ale w ogóle wobec wszystkich ludzi z ekipy - bardzo przyzwoicie. Nigdy nie widziałem, żeby poniosły go nerwy. Nigdy nie widziałem, żeby się na kimś wyładował. Nic z tych rzeczy. Sposób pracy Petera przypominał raczej dyskretne, spokojne kierowanie całością. Pamiętasz to, co mówiłem Ci wcześniej o wspólnocie? Tak właśnie działał Jackson: żaden element nie był w jego oczach pozbawiony znaczenia, do wszystkiego podchodził z jednakową uwagą i zaangażowaniem. Na planie nie istniał podział na wielkie gwiazdy i siłę roboczą; każdy z nas był po prostu członkiem wielkiej zbiorowości. Żałuję, że nie zawsze miałem okazję pracować razem z Peterem Jacksonem - często kręciliśmy zdjęcia jednocześnie w kilku różnych plenerach i nasze drogi się rozmijały. Czasami Peter jedynie przeglądał nakręcone już taśmy i dopiero wtedy sugerował, co mu się podoba, a co nie. Podkreślam: sugerował. Nigdy nie zachowywał się jak dyktator. W pracy nad "Władcą Pierścieni" nie chodziło o spełnienie jakiegoś reżyserskiego kaprysu, ale o przeniesienie na ekran wizji wyczarowanej przez Tolkiena. Tą wizją Peterowi udało się nas zarazić i dlatego ufał, że wszyscy zagramy swoje role najlepiej, jak tylko potrafimy. W rozmowach z nami nie mówił tego wprost, zawsze jednak dawał do zrozumienia: 'Nie jesteś tu bez przyczyny. Zaprosiłem cię tu, byś zagrał Aragorna. Wierzę, że jesteś idealnym odtwórca tej roli i ufam, że mnie nie zawiedziesz'. Powtórzę: nigdy nie powiedział tego tak bezpośrednio. Zawsze jednak można było z jego zachowania odczuć to nastawienie.

"Powrót Króla" wszedł na ekrany kin w USA, wyprawa definitywnie już dobiegła końca. Nie żal Ci trochę, że to już ostatnia część trylogii?

Każda wyprawa prędzej czy później musi dobiec końca. Dla nas przygoda z "Władcą Pierścieni" trwała bardzo długo: najpierw na planie, potem podczas promocji każdego z trzech filmów. Rzeczywiście, trochę szkoda, że za rok nie spotkamy się już podczas premiery kolejnej części - ale przynajmniej mogę powiedzieć tyle: choć opowieść już skończona, nasza Drużyna Pierścienia, jaką utworzyliśmy podczas kręcenia "Władcy...", wciąż trwa. I z tego się bardzo cieszę.



[Yola Czaderska-Hayek]