Bill Murray gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Muszę Ci się do czegoś przyznać: widziałam chyba wszystkie Twoje filmy, ale na żadnym nie bawiłam się tak dobrze, jak na "Między słowami".

Bill Murray: Cieszę się, że nareszcie któryś Ci się spodobał. Lepiej późno niż wcale (śmiech).

Jesteś aktorem z olbrzymim dorobkiem i doświadczeniem. Jak pracowało Ci się z Sofią Coppola, która jest od Ciebie o wiele młodsza?

Fantastycznie. Ta dziewczyna po prostu wie, czego chce. Cały film, od początku do końca, praktycznie miała w głowie. Kiedy dostałem do przeczytania scenariusz, zdziwiłem się, że jest taki krótki; liczył wszystkiego jakieś 75 stron. To, co nie znalazło się na papierze, Sofia dopowiedziała sobie w wyobraźni. Po czym w trakcie realizacji przekazywała nam swoją wizję. Muszę powiedzieć, że bardzo mi to odpowiadało. Lubię pracować z ludźmi, którzy mają konkretny cel i konsekwentnie do niego dążą. W przypadku Sofii obawiałem się jeszcze o jedno: czy nie przytłoczy jej sława własnego ojca. Wiadomo, jak to jest z dziećmi sławnych ludzi: nigdy nie ma gwarancji, że talent dziedziczy się w genach. Czasami jedyne, co taki delikwent ma do zaoferowania, to nazwisko tatusia czy mamusi. Na szczęście już przy pierwszym spotkaniu Sofia zrobiła na mnie wrażenie bardzo dojrzałej osoby, której zależy na tym, aby wypracować sobie własną markę bez oglądania się na sławę i wpływy ojca. A do tego jeszcze ta dziewczyna podchodzi do wszystkiego w niezwykle kulturalny sposób. Dla mnie dobre maniery, odpowiednie zachowanie, to absolutna podstawa. Nie da się niczego w życiu osiągnąć bez dobrych manier. Musisz umieć obchodzić się z ludźmi. A dzięki temu, że Sofia na planie potrafiła stworzyć sympatyczną atmosferę, każdy miał ochotę pokazać się od najlepszej strony i dać z siebie wszystko. To właściwie nie była praca, to była przyjemność. Dlatego mam dla Sofii wielki szacunek.

Nie przeszkadzała Ci różnica wieku?

Nie, tak naprawdę wiek reżysera nie ma dla mnie wielkiego znaczenia. Przede wszystkim zwracam uwagę na scenariusz. Kiedy dostałem do czytania tekst "Między słowami", pomyślałem sobie: No, wreszcie coś ciekawego. Ktoś chyba ma ochotę zrobić film inny, niż wszystkie. Zaciekawiło mnie, jak wiele emocji mój bohater musi wyrazić bez słów, grając tylko twarzą lub ciałem. To było rzeczywiście wyzwanie. A w tym przypadku jeszcze za kamerą stanęła kobieta... He he, to ciekawy materiał do badań: relacje pomiędzy mężczyzną aktorem a kobietą reżyserem. Tworzy się jakiś taki nieokreślony, a jednocześnie frapujący układ: aktor usiłuje zadowolić panią reżyser, spełnić jej oczekiwania, może nawet też zrobić na niej wrażenie. Między facetami na ogół ta współpraca przebiega o wiele prościej: jeden woła: Akcja!, drugi gra. A jak coś któremuś nie pasuje, to się wezmą za łby. Z kobietami tak się nie da. Tu trzeba grzecznie, subtelnie, bez awantur. Tak jakoś umieją podziałać na człowieka, że sam ma ochotę dać z siebie jak najwięcej. Przyznaję się bez bicia: lubię, kiedy na planie pracuje dużo kobiet. Czasami wręcz upraszam reżyserów, żeby nadprogramowo zatrudnili jakieś asystentki czy statystki. Dzięki ich obecności atmosfera od razu robi się przyjemniejsza. Wszyscy wiedzą, że trzeba zachowywać się delikatniej i unikać brzydkich słów, no bo przecież panie słuchają.

Widzę, że wracasz do tematu dobrych manier!

Ale to prawda: łatwiej o dobre maniery w obecności kobiet. Praca na planie jest bardzo stresująca i czasami komuś mogą puścić nerwy. Ale to nie jest jeszcze powód, żeby się zachowywać po chamsku. Dlatego, gdy kręciliśmy "Między słowami", w ekipie aż roiło się od kobiet. Może dzięki temu jakoś udało nam się przetrwać przy zdrowych zmysłach.

W "Między słowami" grasz zblazowanego gwiazdora filmowego. Czyżbyś próbował być ironiczny wobec samego siebie?

Nie tylko ja, także bohater, którego gram, jest ironiczny wobec samego siebie. To człowiek, który już swoje przeżył i teraz w zasadzie nie liczy już na wiele. W równowadze utrzymuje go właśnie to, że potrafi śmiać się z siebie. Gdyby nie był do tego zdolny, stałby się po prostu żałosny. A tego na pewno nie chcieliśmy.

Film kręciliście w Japonii. Słyszałam, że skarżyłeś się na potworną ciasnotę w hotelach.

Można nabawić się tam klaustrofobii! Wyobraź sobie, że w hotelu, w którym mieszkaliśmy, recepcja mieści się na pięćdziesiątym piętrze! Poważnie: wjeżdżasz pięćdziesiąt pięter w górę, żeby odebrać klucz do pokoju. Rozumiesz, co można poczuć, patrząc w dół? Nie dość, że człowiek ma jeszcze w pamięci 11 września, to na dodatek wiadomo, że w Japonii niemal bez przerwy zdarzają się trzęsienia ziemi. Fajnie, prawda? W hotelu bez przerwy oddychasz klimatyzowanym powietrzem, siedzisz w ciasnych pomieszczeniach, a szlafroki są co najmniej o trzy numery za małe. Czułem się jak zamknięty w szufladzie. To naprawdę obcy kraj, obce środowisko. I wiesz co? Ogromnie mi się to spodobało. Poważnie! Mam nadzieję, że po obejrzeniu "Między słowami" ludzie nabiorą ochoty na wycieczkę do Japonii. Po pierwszym szoku znakomicie się bawiłem. A dzięki tej hotelowej klaustrofobii byłem w stanie lepiej wczuć się w położenie mojego bohatera. Wiesz: sam wśród obcych, bez możliwości porozumienia. W hotelu jeszcze pół biedy, zawsze można było liczyć na to, że pojawi się ktoś, kto zna angielski. Ale na ulicy - zapomnij! To nieprawda, że w Japonii wszyscy mówią po naszemu. Nikt nie mówi. Najwyżej parę osób.

A słynne japońskie łaźnie odwiedziłeś?

Hej, to było niedyskretne pytanie (śmiech)! Ale dobra, niech będzie. Jeżeli kiedyś będziesz w Japonii - najlepiej nie za swoje pieniądze, bo to może być droga impreza -polecam Ci jedno miejsce. Nazywa się 'Gorokadan' czy jakoś tak, chyba nie pomyliłem nazwy. Podobno chadzali tam nawet japońscy cesarze. To najbardziej luksusowa łaźnia, w jakiej kiedykolwiek byłem. A przy tym najlepsze lekarstwo na otępienie spowodowane przekroczeniem stref czasowych. Trzeba tam iść od razu po wyjściu z samolotu. Zanurzasz się w gorącej wodzie, niebo gwiaździste nad tobą, do tego jeszcze słodko uśmiechnięte gejsze podają ci sake... A już nie mówię ani słowa o posiłkach! Wyobrażasz sobie specjalny obiad z trzynastu dań? Posiedzenie przy stole trwało trzy i pół godziny. Coś fantastycznego. Czasami nawet nie miałem pojęcia, co jem - w życiu takich potraw nie widziałem. Ale zapłaciłem za to jak za zboże. Dopiero po powrocie do domu zdałem sobie sprawę, ile ta przyjemność naprawdę kosztowała. Kiedy jesteś tam, w Japonii, i płacisz kartą kredytową, nie zdajesz sobie sprawy, ile pieniędzy z ciebie zdzierają. Kto się tak naprawdę orientuje w kursie jena wobec dolara? Potem robisz wielkie oczy, kiedy przychodzi wyciąg z banku. Ale co tam! Warto było zaszaleć.

Twój filmowy bohater, Bob Harris, jedzie do Japonii nakręcić telewizyjną reklamówkę. Nie jest tajemnicą, że wielu gwiazdorów Hollywood dorabia sobie na boku w ten sposób...

Jeżeli chcesz mnie zapytać, czy ja również, to od razu odpowiadam, że nie. Ale skoro już przy tym jesteśmy: dziesięć lat temu mój przyjaciel, zawodowy golfista, zaprosił mnie na turniej rozgrywany w Fukuoce. Wiesz, gdzie jest Fukuoka? To na południe od Tokio; wszyscy śmieją się tam z tokijczyków, że tak ciężko pracują. No, nieważne. Przyjechałem na ten turniej, no i na polu golfowym prawie co krok porozstawiane były bannery i stojaki reklamujące piwo Asahi. W jakimś momencie jeden ze stojaków się przewrócił. Podszedłem, żeby go podnieść... i nagle zorientowałem się, że znam tego faceta, który na zdjęciu trzyma butelkę piwa. Nie uwierzysz: patrzę, a to Harrison Ford! Miał taki śmieszny wyraz twarzy, jakby kazali mu się uśmiechnąć, a on w tym momencie pomyślał: Mam nadzieję, że nikt z moich znajomych tego nie zobaczy. Widziałem też w innym miejscu fotkę Kevina Costnera reklamującego jakąś kawę. Też zrobił taką idiotyczną minę, jakby chciał powiedzieć: Nie piję tej kawy i nawet nie wiem, jak smakuje, a tę reklamę robię tylko dla pieniędzy. Żenada, co? Dlatego, kiedy w filmie "Między słowami" mój bohater kręci reklamówkę, mam taki sam głupi wyraz twarzy, jak Ford i Costner. Wiedziałem, na kim się wzorować (śmiech)! I dzięki temu ta scena wypadła z jednej strony tak śmiesznie, z drugiej - tak realistycznie.

Chcesz powiedzieć, że nigdy nie wystąpiłbyś w japońskiej reklamie?

He he, gdybym dostał taką propozycję, kto wie? Ale nie dostałem. Nigdy. Cała nadzieja w tym, że film dobrze się sprzeda w Japonii. Może wówczas ktoś zadzwoni? A wtedy... Zobaczymy!



[Yola Czaderska-Hayek]