Halle Berry gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: W filmie "Gothika" dałaś z siebie naprawdę wiele. Podejrzewam, że ta rola musiała być dla Ciebie wyczerpująca zarówno fizycznie, jak i umysłowo. Zastanawiam się, jak w ogóle byłaś w stanie zasnąć po każdym dniu na planie.

Halle Berry: Na szczęście nie wyglądało to aż tak źle. Mam już pewne doświadczenie jako aktorka, dzięki czemu byłam w stanie oddzielić fikcyjne, udawane emocje od prawdziwych. Nawet jeżeli podczas kręcenia filmu okazywało się, że jakaś scena lub kwestia porusza we mnie czułą strunę, udawało mi się zapanować nad psychiką. Dzięki mojej pracy, dzięki sztuce, którą od lat uprawiam, potrafię osiągnąć swoiste katharsis, stan oczyszczenia. Jeżeli zbierają się we mnie jakieś negatywne uczucia, po prostu wyrzucam je z siebie. A co do zasypiania... Uwierz mi, to była dla mnie najprzyjemniejsza chwila każdego dnia. Kiedy na planie musisz dać z siebie naprawdę wszystko, jesteś potem tak zmęczona, że po prostu padasz na łóżko i zasypiasz jak kamień. Sen przywracał mnie do równowagi po całej tej emocjonalnej huśtawce przed kamerą. Z całą pewnością nie cierpiałam na bezsenność.

Mathieu Kassovitz powiedział, że zdecydował się na wyreżyserowanie "Gothiki" wyłącznie dlatego, że Ty miałaś zagrać główną rolę. Jak Ci się z nim pracowało?

Naprawdę tak powiedział? Boże, ten facet jest fantastyczny. Uwielbiam go.

Spokojnie, nie stoi Ci za plecami. Możesz mówić szczerze (śmiech).

Mówię szczerze. Gdy dowiedziałam się, że to właśnie Mathieu będzie reżyserem, bardzo się ucieszyłam. Pomyślałam sobie, że on, artysta wywodzący się z europejskiej kultury, stworzy coś więcej niż typową hollywoodzką opowieść grozy. Zauważyłaś, że filmowy horror to w zasadzie nasza, amerykańska specjalność? Dzięki nietypowym pomysłom Mathieu "Gothika" jest mroczniejsza, bardziej przewrotna, niż standardowa produkcja, która ma cię przestraszyć w kinie. A tak na marginesie, cenię również Mathieu jako aktora. Widziałam go w "Amelii" i niesamowicie mi się podobał. Dzięki temu, że umie pracować po obu stronach kamery, rozumiał większość problemów, jakim ja musiałam stawić czoła podczas realizacji filmu.

Jednym z tematów "Gothiki" jest balansowanie na trudnej do uchwycenia granicy między normalnością a szaleństwem...

Daj spokój, ja robię to codziennie (śmiech).

Naprawdę?

Mówiąc bez żartów, często właśnie tak się czuję. Nie chodzi mi o stan jakiegoś odurzenia, w jaki można wprawić się pod wpływem alkoholu czy narkotyków. Pracując w tym biznesie, wcielając się w nie istniejące postacie w nie istniejących światach, prędzej czy później człowiek zadaje sobie pytanie, co w jego życiu jest prawdziwe, a co nie. Co jest tak naprawdę ważne, a co nie. Akurat z moją postacią z "Gothiki" byłam w stanie jeszcze dodatkowo się zidentyfikować. Trzy lata temu przeżyłam wypadek samochodowy, z którego nie pamiętałam absolutnie nic. Ktoś oskarżył mnie, że to zderzenie zaistniało z mojej winy, a ja nie byłam w stanie się bronić. Nie wiedziałam, co tak naprawdę się stało. Musiałam po prostu przyjąć na siebie odpowiedzialność za wszystko. Dlatego dobrze wiem, co musiała czuć moja bohaterka, gdy ją również oskarżono o coś, o czym nie miała pojęcia.

Jak przygotowywałaś się do roli w "Gothice"? Odwiedzałaś szpitale psychiatryczne? Rozmawiałaś z lekarzami?

Po pierwsze, na pewno pomogła mi ta historia z wypadkiem. Po drugie, moja mama przez 35 lat była pielęgniarką w zakładzie zamkniętym. Nasłuchałam się w domu różnych opowieści, można wręcz powiedzieć, że nasiąkłam atmosferą charakterystyczną dla szpitali. Po trzecie, zawsze fascynowała mnie psychologia. Przeczytałam mnóstwo książek z tej dziedziny. Dlatego, gdy zaproponowano mi tę rolę, wydała mi się jakby stworzona dla mnie.

Czegoś tu nie rozumiem. Jesteś piękna, sławna, bogata i mogłabyś mieć każdego mężczyznę u swoich stóp...

Masz kogoś konkretnego na myśli? (śmiech)

Czy ja wiem? Sama przyznasz, że Twoje związki są raczej krótkotrwałe...

Moje związki są do kitu (śmiech). Jasne, nie można mieć wszystkiego. Cieszę się z wielu rzeczy, jakie udało mi się osiągnąć w życiu, wciąż jednak nie znalazłam mężczyzny, z którym mogłabym spędzić resztę życia. Najwidoczniej nie jestem w tej dziedzinie zbyt dobra. Ale ciągle szukam.

Na pewno gdzieś tam czeka na Ciebie książę z bajki. <

Ale gdzie? (śmiech) Jakoś go tu nie widzę.

Może nie próbuj znaleźć go na siłę.

Na pewno nie będę gonić za jakimś wyśnionym ideałem. Ideałów nie ma. Chyba potrzeba mi trochę czasu, aby tak naprawdę zrozumieć i... polubić samą siebie. Powtarzam sobie, że mam prawo do własnego zdania, do pewnych oczekiwań wobec mężczyzny. Pracuję nad sobą, tylko że chyba wciąż mi brak wystarczającej wiary w siebie. Jasne, wiem, nie tylko ja mam tego rodzaju problemy, dlatego łatwiej mi się dogadać z osobami, którym też się nie udaje (śmiech). Sama nie wiem, czy na przykład jeszcze wyjdę za mąż. Zobaczymy...

Może po prostu jesteś zbyt zapracowana?

Nie, nie, to nie tak. Znam ludzi, którzy pracują jeszcze więcej ode mnie i jakoś ich małżeństwa na tym nie ucierpiały. To po prostu kwestia znalezienia tej właściwej osoby, z którą chce się być razem - i ona też tego pragnie. Łatwo powiedzieć, że ktoś nie ma czasu czy jest przepracowany, ale tak naprawdę to nie jest wytłumaczenie. Jeżeli związek się rozpada, to zazwyczaj z zupełnie innego powodu.

Myślisz, że w Twoim przypadku jakiś wpływ mogło mieć wychowanie bez ojca?

Rzeczywiście, to może być jedna z głównych przyczyn, dla których nie udaje mi się z mężczyznami. Moja wspaniała mama próbowała wychować mnie tak, abym nie odczuwała tego braku, niemniej jednak wydaje mi się, że brak wyrazistej męskiej postaci w moim dzieciństwie wpłynął w jakiś sposób na moje nastawienie do mężczyzn. Gdzieś mi się to odłożyło w podświadomości. Moja mama przeżyła wiele nieudanych związków i do pewnego stopnia ja idę w jej ślady. Na szczęście mam tego świadomość i nie tracę nadziei, że być może kiedyś uda mi się zmienić moje życie.

Rozmawiałam kiedyś z Omarem Sharifem. Skarżył mi się, że samotność coraz bardziej mu doskwiera. Jak Ty sobie z tym radzisz?

Myślę, że pod tym względem zdecydowanie różnię się od Omara Sharifa. Mnie akurat samotność nie przeszkadza. Więcej nawet: lubię być sama. Kiedy na planie krząta się koło mnie armia ludzi, jedni poprawiają mi ubranie, inni nakładają makijaż, modelują włosy, ktoś mówi mi, co mam robić, przechodząc z punktu A do punktu B - nie marzę o niczym innym, niż o tym, żeby wreszcie trochę pobyć we własnym towarzystwie. Posiedzieć w domu, wziąć gorącą kąpiel, poczytać książkę albo gazetę, pooglądać CNN... Pożyć własnym życiem, krótko mówiąc.

Porozmawiajmy przez chwilę o filmie, który obecnie realizujesz. "Catwoman", zwłaszcza po Twoim udziale w dwóch częściach "X-Men" budzi zrozumiałe zaciekawienie nie tylko wśród miłośników komiksu...

Żebyś wiedziała! Wszyscy mnie pytają: no dobra, grasz Catwoman, a gdzie jest Batman? Mówię: nie ma Batmana. Jak to: nie ma, dziwią się. Może chociaż w jednej scenie zajeżdża swoim Batmobilem? Nie, i kropka. No to jak, jesteś w Gotham City czy nie?... i tak bez końca. Powtarzam więc: nie, w filmie "Catwoman" nie ma Batmana. To zupełnie inna historia. Jestem dumna, że to właśnie mnie wybrano do tej roli. Kobieta Kot to przecież ikoniczna postać: silna, niezależna, seksowna, a jednocześnie nie pozbawiona wrażliwości. To, że twórcy filmu zdecydowali się na kolorową aktorką, jest dla mnie niezwykle ważne. Kiedy dostałam tę rolę, poczułam się, jakby udało mi się znowu zdobyć Oscara czy Złoty Glob.

Czyżby kolor skóry był dla Ciebie aż tak ważną sprawą?

Często z jego powodu spotykały mnie różne przykrości. Tak naprawdę w Ameryce rasizm wciąż żyje i ma się dobrze. Dzięki roli Catwoman mogę pokazać na ekranie, jaka potęga kryje się w ciemnoskórej kobiecie. Kiedy mam na sobie kostium, świat należy do mnie. Pozbywam się wszystkich kompleksów i zahamowań. To się oczywiście nie dzieje naprawdę, bo w rzeczywistości nie chodzę po ulicy przebrana za Catwoman. Ale pomarzyć i pofantazjować zawsze jest miło.

Musisz jednak dużo ćwiczyć, żeby wcielić się w Kobietę Kota.

Daj spokój, ten zdrowy tryb życia o mało mnie nie wykończył! Zakazali mi jeść tłustych potraw, wolno mi było przyjmować tylko dania wysokoproteinowe i energetyzujące drinki, po których człowiek dostaje niesamowitego czadu (śmiech). Teraz omal nie wariuję ze szczęścia na widok smażonego kurczaka czy steku. W ciągu dnia zjadałam pięć niewielkich posiłków; nigdy po ósmej wieczorem, to było zabronione! Do tego jeszcze doszły ćwiczenia: ciężarki, przysiady, hantle, obciążniki, 'zające' na nogach... Mój instruktor załamywał ręce, ponieważ z natury mam dość szczupłą budowę i z trudem udaje mi się osiągnąć przyrost mięśni. Rzeczywiście, nie było łatwo.

Podobno na planie zaprzyjaźniłaś się z Sharon Stone...

Bardzo ją polubiłam. Miała ostatnio długą przerwę. "Catwoman" to dla niej szansa na powrót w wielkim stylu. Ma w sobie mnóstwo energii i dlatego podczas pracy daje z siebie wszystko.

Może połączyły Was podobne doświadczenia? Ona też jakiś czas temu rozstała się z mężem...

Wiesz, jakie są kobiety. Zwłaszcza te, które kiedyś porzucili mężczyźni. Dużo rozmawiałyśmy o naszych przeżyciach. Myślę, że te wzajemne zwierzenia bardzo nam pomogły.

Popularność ma swoją mroczną stronę. Gazety rozpisują się o wszystkim, co Ci się w życiu przytrafia. Nie możesz liczyć na zbyt wiele intymności. Jak radzisz sobie z tym problemem?

Uodporniłam się z biegiem czasu, choć chwilami rzeczywiście było ciężko. Wychodzę z założenia, że miejsce śmieci jest w koszu i tam też odkładam wszystkie wyssane z palca doniesienia na swój temat. Nabrałam do takich publikacji dystansu, przestałam się przejmować. Doszłam do wniosku, że od tego, co inni myślą o mnie, o wiele bardziej liczy się dla mnie to, to myślę ja sama.



[Yola Czaderska-Hayek]