Sofia Coppola gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Akcja Twojego filmu "Między słowami" toczy się w Japonii. Czyżby ten kraj tak bardzo Cię fascynował?

Sofia Coppola: Kilka lat temu, jako dwudziestoparolatka, spędziłam trochę czasu w Tokio. Wtedy właśnie zamarzyłam sobie, aby kiedyś nakręcić film, w którym mogłabym pokazać wszystko, co mnie urzekło w tym magnetycznym mieście. Potem wpadł mi do głowy pomysł, by opowiedzieć historię dwojga zagubionych bohaterów. Sama byłam wówczas trochę zagubiona, świeżo po college'u i nie bardzo wiedziałam, co właściwie zrobić ze swoim życiem. Wymyśliłam sobie, żeby głównym motywem całej akcji był nieustanny brak porozumienia pomiędzy postaciami, dodatkowo zaakcentowany przez obce otoczenie. Dodatkowo zaś chciałam przedstawić romantyczną opowieść, w której bohaterowie mimo dzielących ich różnic mają szansę odnaleźć się nawzajem. Wszystko jednak zaczęło się od Tokio - od początku wiedziałam, że to właśnie tam musi rozgrywać się cała historia.

Nie obawiasz się, że trochę ośmieszyłaś Japończyków, pokazując ich kraj z amerykańskiego punktu widzenia?

Nie, nie sądzę. Bardzo podziwiam Japończyków, mam w Tokio wielu znajomych i przyjaciół, których opinia wiele dla mnie znaczy. Traktuję film 'Między słowami' raczej jako swego rodzaju walentynkowy prezent dla Tokio. Rzeczywiście, niektórzy tokijczycy dość zabawnie wyglądają na ekranie, ale równie śmiesznie prezentują się także Amerykanie. Nikt nie ma powodu czuć się obrażony.

Twój film, opowieść o ludziach podróżujących we dwoje po obcym mieście, przypomniał mi dawne produkcje w rodzaju "Rzymskich wakacji"...

"Rzymskie wakacje" w Tokio... Ciekawe porównanie! Skoro o Italii mowa, muszę powiedzieć, że uwielbiam dawne włoskie kino. Na etapie pisania scenariusza oglądałam "Przygodę" Antonioniego, podczas montażu zaś - "Noc". Te filmy zawsze wywierają na mnie ogromne wrażenie. Lubię w nich to, że ich główna siła napędowa to nie akcja, ale postacie. Uwielbiam wychwytywać w tych opowieściach rozmaite subtelności, domyślać się dalszego ciągu na podstawie otwartego zakończenia... Fellini, Antonioni - to z ich dokonań czerpię inspirację. Podczas mojego pobytu w Tokio panująca w tym mieście niesamowita atmosfera skojarzyła mi się z magią włoskiego kina. Dlatego nakręciłam film w pewnym stopniu nawiązujący do tamtej szkoły.

Twój ojciec (Francis Ford Coppola - YCH) i Twój mąż (Spike Jonze, twórca "Adaptacji" - YCH) to sławni reżyserzy. Czy podczas pracy pytasz ich o radę?

Na pewno pytam o radę ojca, ponieważ to on nauczył mnie wszystkiego, jeżeli chodzi o kręcenie filmów. Co do męża... Na pewno nie nazwałabym go swoim nauczycielem i raczej nie proszę go o sugestie, ponieważ każde z nas podchodzi do reżyserskiego fachu w zupełnie innym stylu. Owszem, możemy na równej stopie pogadać o naszej pracy, ale żadne z nas nie będzie mówiło drugiemu, jak ma kręcić filmy. Cieszę się, że mam takiego mistrza i przewodnika, jak mój ojciec. Pokazałam mu wstępną wersję 'Między słowami'. Miał kilka uwag, do niektórych się zastosowałam. Mogę jednak z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to od początku do końca mój projekt. Zrobiłam ten film w taki sposób, w jaki miałam ochotę.

A jeżeli na przykład nie zgadzasz się z jakimiś sugestiami ojca? Zdarzają Wam się kłótnie?

No cóż, jestem raczej uparta. Jeśli chcę w filmie przekazać coś osobistego, opowiedzieć coś, co jest dla mnie ważne, to owszem, chętnie wysłucham, co kto ma do powiedzenia na ten temat, ale w końcu i tak postawię na swoim. Inaczej ta robota nie miałaby sensu.

Określasz swego ojca jako świetnego nauczyciela. W filmowym świecie jest on także znany jako człowiek, który nie boi się ryzyka. Czy odziedziczyłaś po nim tę cechę?

Myślę, że tak. Mogę o sobie powiedzieć, że jestem ryzykantką - ale w takim kreatywnym sensie. Bez ryzyka nie ma sukcesu. Jeśli chcesz osiągnąć konkretny artystyczny efekt, nie możesz obawiać się, że ci nie wyjdzie. Trudno, nawet jeśli rzeczywiście ci się nie uda, zawsze wyciągniesz z tego doświadczenia jakąś naukę, wyjdziesz z tego bogatsza, mądrzejsza. Warto czasem iść pod prąd i zrobić coś, czego nikt się nie spodziewa. Ja zazwyczaj tak robię.

Podziwiam Cię, że w tak młodym wieku byłaś w stanie pokazać tak przekonująco przyjaźń młodej kobiety i starszego mężczyzny...

Oczywiście napisanie scenariusza przyszłoby mi o wiele łatwiej, gdyby oboje mieli tyle samo lat, co ja. Myślę jednak, że przyjaźń ze starszą osobą jest pod wieloma względami podobna do relacji z ludźmi w tym samym wieku. Sama cenię sobie takie znajomości. Podoba mi się w nich to, że można czerpać naukę z cudzych doświadczeń. Ci, którzy dłużej od nas chodzą po tym świecie, mogą przekazywać młodszym od siebie wiele pożytecznych rad. Starsi przyjaciele pełnią taką specyficzną funkcję życiowych przewodników. A przy tym stać ich na pewną subtelność, która sprawia, że związek między dojrzałym mężczyzną a młodą dziewczyną ma w sobie z jednej strony coś romantycznego, z drugiej zaś nie oznacza, że automatycznie oboje muszą wylądować w łóżku. Jest w tym jakiś nieodparty urok, fascynacja - rzeczywiście jak w "Rzymskich wakacjach".

Bill Murray opowiadał, że gdy dostał scenariusz "Między słowami", zdziwił się, widząc, jaki jest krótki. Podobno miałaś już w głowie gotowy film...

To prawda, bardzo często już na etapie pisania wyobrażam sobie konkretne sceny, wiem, jak będą wyglądać na ekranie. Dlatego moje scenariusze mogą się czasami wydawać mocno ogólnikowe. Traktuję je jako swego rodzaju notatki. Opisuję na przykład jakąś scenę zaledwie jednym zdaniem - widzę ją oczami wyobraźni, więc dłuższy opis mi niepotrzebny. Nie martwię się tym, że aktorzy mogą czegoś nie zrozumieć. Jestem od tego, żeby wszystko im wytłumaczyć, przekazać moją wizję. Później, na planie, wszyscy razem staramy się ową wizję zrealizować. Z mojego doświadczenia mogę też powiedzieć, że aktorzy lubią takie krótkie scenariusze, bez rozwlekłych didaskaliów i opisów przyrody. Lakoniczne opisy pozwalają im na wiele inwencji w odegraniu sceny - a przy tym stanowią dla nich pewne wyzwanie. Po lekturze tekstu "Między słowami" Scarlett Johansson przyznała się: Miałam takie uczucie, jakbym po raz drugi czytała "Zabić drozda''. To wielki komplement.

Słyszałam, że mieliście pewne kłopoty z filmowaniem scen w tokijskim hotelu. Czyżby nie udało się Wam uzyskać odpowiednich zezwoleń?

To było niełatwe zadanie: nakręcić niskobudżetowy film w Tokio. Aktorzy i ekipa pracowali niemal za symboliczną opłatę, większość funduszy poszła na opłacenie kosztów pobytu za granicą. A jeśli chodzi o sceny w hotelu... Dyrekcja zastrzegła sobie bardzo wyraźnie, że wolno nam kręcić ujęcia tylko w określonych miejscach i w określonych porach. Nie chcieli burzyć spokoju swoich gości - tak to określili. Dlatego rozstawialiśmy się z całym sprzętem dopiero w okolicach pierwszej w nocy. Robiliśmy kilka ujęć w barze, potem, kiedy wstawało już słońce, biegliśmy z całym ekwipunkiem do jednego z korytarzy i tam kręciliśmy dalej... To było wyczerpujące! Z kolei władze tokijskiego metra w ogóle nie dały nam pozwolenia na filmowanie czegokolwiek. Kręciliśmy więc wszystko niemal z ukrytej kamery. Totalna partyzantka. Sama nie wiem, jakim cudem to wszystko nam się udało.

Wszyscy dzisiaj kręcą wybuchowe kino akcji. Ty zdecydowałaś się na wyciszoną, kameralną opowieść. Nie masz wrażenia, że rozmijasz się z oczekiwaniami widzów?

Nakręciłam taki film, jaki sama miałam ochotę obejrzeć. A że akurat byłam w nastroju na ciepłą, romantyczną historię... No cóż, tak wyszło. Nie sądzę, żebym miała kiedykolwiek ochotę nakręcić kino akcji. Wolę raczej takie spokojne produkcje. Pozwalają uwierzyć, że świat nie jest taki zły, a ludzie - mimo wszystkich kłopotów z komunikacją - potrafią się porozumieć.



[Yola Czaderska-Hayek]