Tommy Lee Jones gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Czy jako dziecko lubiłeś bawić się w Indian?

Tommy Lee Jones: Oczywiście. Z kolegami bardzo często bawiliśmy się w kowbojów i Indian. Z jednej strony miałem z tego frajdę, z drugiej podchodziłem do tej zabawy bardzo poważnie. Myślę, że to właśnie wtedy narodził się we mnie pomysł, by zostać aktorem. Pociągało mnie to, że mogę udawać kogoś, kim nie jestem i wyobrażać sobie jakieś fantastyczne przygody.

Już jako mały chłopiec postanowiłeś, że zostaniesz aktorem?

Sam nie wiem, kiedy to właściwie się stało. Tak naprawdę to jeszcze nie zdecydowałem się, co będę robić, gdy dorosnę (śmiech). Zawsze jednak lubiłem ubarwiać swoje życie, posługując się wyobraźnią.

Samuel, bohater, którego grasz w filmie Rona Howarda "Zaginione", jest zafascynowany kulturą Indian...

...do tego stopnia, że sam pragnie stać się jednym z nich. Pierwotnie Samuel miał być malarzem, który pojechał w głąb Dzikiego Zachodu, aby sportretować tubylców i miejscową naturę. Trochę jak Paul Gauguin na Tahiti, domyślasz się, o co chodzi? Pojechał... i nigdy nie wrócił. Stał się jednym z miejscowych. Odrzucił możliwość powrotu, nie chciał żyć w społeczności, z której tak naprawdę uciekł. Niestety, ten rys osobowości mojego bohatera został praktycznie usunięty podczas pracy nad filmem. Szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego. Komuś wydawało się chyba, że malarska pasja Samuela to po prostu szczegół nieistotny dla fabuły. Tyle, że jeśli dobrze się przyjrzeć filmowi, to niektóre poczynania bohatera wydają się niejasne. Jeżeli nie wiemy, że ten facet był kiedyś artystą i miał przed sobą jakiś cel, to mamy prawo się zastanawiać, o co mu właściwie chodziło, dlaczego zostawił swoją rodzinę i zniknął bez śladu.

Jak wielu przybyszów, mógł po prostu odczuć fascynację Dzikim Zachodem.

No tak. Do dzisiaj wiele osób wyobraża sobie, że Teksas wygląda tak, jak pokazywał go w westernach John Ford. Zresztą nie chodzi tylko o westerny! Widzowie z Europy bardzo często mają takie wyobrażenie o Ameryce, jakie przekazuje im Hollywood - na przykład, że w Nowym Jorku, gdzie teraz rozmawiamy, ludzie mieszkają w olbrzymich apartamentach na poddaszu, a po ulicach przechadzają się piękne kobiety w długich wieczorowych sukniach. Rozumiesz, o co mi chodzi? Dziki Zachód stał się obiektem powszechnej fascynacji dlatego, że tak został wykreowany w westernach. Mało kto wie, jak to wyglądało naprawdę. Co ciekawe, jeszcze zanim powstało kino, ludzie przekazywali sobie legendy z Teksasu. W połowie XIX wieku wydawano w Ameryce całe mnóstwo tak zwanej groszowej literatury - nazwa pochodzi stąd, że książki sprzedawano naprawdę po niskich cenach, dzięki czemu wydawcy mogli sporo ich sprzedać. W tego typu powieściach opisywano przygody najsłynniejszych bohaterów Dzikiego Zachodu: Billy'ego Kida, Daniela Boone'a, Davy'ego Crocketta. Rozmaite typy spod ciemnej gwiazdy, rozmaici łotrzykowie, często nawet groźni bandyci na kartach tych książek przedstawiani byli jako romantyczni rewolwerowcy. Ludzie z wielkich miast, którzy nie widzieli na oczy nawet kawałka prerii, zaczytywali się ich przygodami. Fascynowało ich to równie mocno, jak nas dzisiaj, powiedzmy, "Gwiezdne wojny". A tak naprawdę publikowane w groszowych książkach historie nie miały wiele wspólnego z prawdą. Ale kogo to obchodziło?... W ten sposób narodziła się legenda Dzikiego Zachodu.

Przygotowując się do roli w "Zaginionych", studiowałeś kulturę Indian?

Tak, oczywiście. Historia to moja pasja. Zawsze ciekawiło mnie, jak kiedyś żyli ludzie, w co wierzyli, jakimi narzędziami się posługiwali... Nie miałem więc problemów z przyswojeniem sobie wiedzy na temat Dzikiego Zachodu. Cieszy mnie, że twórcy filmu w miarę wiernie odtworzyli warunki codziennego życia w tamtych czasach. Cenię sobie wiarygodność. Zależało mi też na tym, aby mój bohater, opowiadając o szamańskich praktykach, zachowywał się tak, jakby to była dla niego rzecz naturalna. Musiał mieć to we krwi. Dowiedziałem się przy tej okazji kilku ciekawostek, między innymi jeśli chodzi o grzechotniki, które odgrywają dość istotną rolę w filmie. Apacze na przykład wierzą, że jeśli ukąsi Cię grzechotnik, to jest to wyłącznie Twoja wina. Widocznie postąpiłaś lekkomyślnie i głupio, zbliżając się do niego za bardzo. Poza tym ukąszenie to coś więcej, niż tylko trucizna, która zabija ciało. To także trucizna, która zabija duszę, a to w wyniku Twojego błędu. Innymi słowy: jeśli giniesz od ukąszenia, to na własną prośbę. Widocznie na to zasługujesz. Trzeba to zrozumieć, aby pojąć wierzenia Indian. Bohater, którego gram, nosi amulety przekazane mu przez szamana, odprawia co rano obrzędy - a także wraca do porzuconej rodziny, aby oczyścić swoją duszę.

Czy jesteś w stanie usprawiedliwić postępowanie swojego bohatera, który porzuca swoją rodzinę i znika bez słowa?

Ja niczego nie usprawiedliwiam, ja po prostu gram (śmiech). Jestem w stanie zrozumieć człowieka, który poświęca się, aby spełnić swoje artystyczne zamierzenia i w związku z tym odrzuca krępujące go konwenanse, ograniczenia, jakie narzuca mu społeczeństwo. Ale, jak już powiedziałem, ja tylko gram kogoś takiego. To tylko film, fikcja. Życie moich ekranowych bohaterów a moje własne - to są dwie różne rzeczy. Nigdy nie mieszam jednego z drugim. To by było niepotrzebne i głupie. Moje postacie mają swoje życie, ja mam swoje. I niech tak zostanie.

Czy teraz, kiedy jesteś już uznanym i popularnym aktorem, granie w filmach dostarcza Ci tej samej przyjemności, co na początku kariery? Nie boisz się rutyny?

Nie, nie boję się. Uwielbiam ten zawód, uwielbiam grać i zawsze przy tej okazji uczę się czegoś nowego. Przyznam Ci się, że niesamowicie fascynuje mnie sprzęt filmowy. Jest taka ogromna kamera Panavision, wielka jak volkswagen, i czasami mam ochotę przytulić ją i powiedzieć: Wiesz, skarbie, jesteś moim jedynym przyjacielem, tylko ty naprawdę mnie kochasz (śmiech). A poza tym bardzo lubię pracować z ludźmi. Zauważyłem, że im starszy się robię, tym ciekawsze osoby mam okazję poznać. Cate Blanchett na przykład jest rewelacyjna. Dla mnie to ucieleśnienie ideału aktorki. Inteligentna, oczytana, bystra, zawsze świetnie przygotowana. I do tego jest w stanie myśleć i pracować w naprawdę ciężkich warunkach.

Jak układała Wam się współpraca? Zaprzyjaźniliście się, czy tylko mówiliście sobie nawzajem "dzień dobry" i ruszaliście do pracy?

To była czysto zawodowa relacja z niewielkim dodatkiem humoru. Jak by to najlepiej wytłumaczyć... Wyobraź sobie dwóch psychiatrów. Obydwaj pracują na Madison Avenue: jeden na północnym końcu, drugi na południowym. Codziennie rano mijają się, idąc do pracy i wymieniają uprzejmości: "Dzień dobry, doktorze Morgenstern. Czuje się pan dobrze, a co u mnie?" (śmiech).

Teraz, o ile wiem, kręcisz komedię, w której występujesz razem z cheerleaderkami ("Cheer Up" w reżyserii Stephena Hereka - YCH). Cheerleaderki to profesja raczej mało znana poza Ameryką.

Jak to? U Was nie ma cheerleaderek? (śmiech) Muszę powiedzieć, że zawsze uwielbiałem te dziewczyny. Kiedyś sporo grałem w piłkę i zawsze podobały mi się te chwile, kiedy cheerleaderki wchodziły na boisko. Patrzeć na nie to czysta przyjemność. Teraz też mi się podobają (śmiech). A co do filmu, to rzeczywiście jest to komedia. Pięć cheerleaderek było świadkami zbrodni, a ja gram policjanta, który musi je ochronić przed zemstą mafii. No i oczywiście musi je też upilnować, a w przypadku pięciu nastoletnich dziewczyn nie jest to łatwe. Będzie śmiesznie, zobaczysz.

Masz także w planach wyreżyserowanie własnego filmu...

Tak, scenariusz napisał Guillermo Arriaga, ten od "Amores perros". Powiem Ci na razie tylko tyle, że będzie to współczesny film drogi. Teraz muszę jedynie zgromadzić pieniądze na jego realizację, skompletować ekipę, zakupić sprzęt... A zanim to zrobię, muszę jeszcze określić budżet. Kiedy zaczniemy chodzić po ludziach i błagać ich, aby dali nam trochę kasy na nakręcenie filmu, musimy wiedzieć, ile tej kasy tak naprawdę nam potrzeba. Cały projekt jednak i tak nie ruszy z miejsca, dopóki nie skończę realizacji "Cheer Up". Dopiero wtedy mogę zacząć poważnie myśleć o swoim filmie.

W Hollywood o wiele trudniej wybić się jako reżyser niż jako aktor. Co cię skłoniło, by akurat na tym etapie kariery stawać za kamerą?

Ja już mam na koncie jeden film, który sam nakręciłem: "The Good Old Boys". Mam nadzieję, że go widziałaś, a jeśli nie, to że Ci się spodoba, kiedy go zobaczysz. A dlaczego reżyseria? Na pewno nie dla pieniędzy, bo w tym fachu nie zarabia się wcale tak dużo. Chodzi mi raczej o poczucie artystycznej wolności: kiedy reżyseruję, to wiem, co chcę przekazać, przenoszę na ekran własną wizję.

Czyżbyś miał dosyć tego, że na planie to zazwyczaj Tobie mówią, co masz robić?

Nie, bez przesady. Reguły gry są jasno określone: zadaniem aktora jest dostosować się do scenariusza, a zadaniem reżysera jest odpowiednio ten scenariusz zinterpretować. To jest moja praca, za to mi płacą i głupotą z mojej strony byłoby się buntować. Może jeszcze miałbym siedzieć w pokoju montażysty i pilnować, żeby za bardzo nie okroił scen z moim udziałem? Nie, to by było głupie (śmiech).

Kusi Cię jednak poczucie absolutnej władzy na planie...

Dla mnie reżyseria do raczej podejście do filmowej materii od trochę innej strony. Uwielbiam zawód aktora, uwielbiam pracować z takimi ludźmi, jak Ron Howard. Ale reżyserowanie też mi się podoba. Raz już to zrobiłem i było fajnie. Na planie "The Good Old Boys" pracowałem jako reżyser, scenarzysta, producent i aktor. Filmy można tworzyć na wiele sposobów. Wszystko zależy tylko od Ciebie. Za to właśnie kocham kino: daje tyle niesamowitych możliwości, tyle perspektyw... No, a przy tym można się całkiem nieźle zabawić.



[Yola Czaderska-Hayek]