Gene Hackman gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: "Ława przysięgłych" to po "Firmie" i "Komorze" trzecia ekranizacja powieści Johna Grishama, w której zagrałeś. Czyżbyś tak bardzo lubił tego autora?

Gene Hackman: Owszem, bardzo lubię książki Grishama, ale to, że wystąpiłem aż w trzech adaptacjach, jest wyłącznie dziełem przypadku. Zazwyczaj sytuacja wygląda tak: przysyłają mi scenariusz, ja go czytam i jeśli mi się podoba, przyjmuję rolę. No i jakoś tak się szczęśliwie złożyło, że zagrałem trzy razy w filmach opartych na prozie Grishama. Nawiasem mówiąc, pisarz zagwarantował sobie wpływ na dobór obsady w ekranizacjach jego powieści. Nigdy nie protestował przeciwko mojemu udziałowi. Myślę więc, że to nie mnie powinnaś zapytać, czy lubię Johna Grishama, ale raczej Grishama, czy lubi mnie (śmiech).

Rankin Fitch, którego grasz w "Ławie przysięgłych", nie jest - mówiąc delikatnie - kryształową postacią. Miałeś kiedykolwiek do czynienia z podobnymi prawnikami, dla których nie liczy się sprawiedliwość?

Na szczęście ostatnio w ogóle nie miałem do czynienia z prawnikami. Ci zaś, z którymi kiedykolwiek miałem w życiu kontakt, stanowią dokładne przeciwieństwo Rankina Fitcha. Są sympatyczni, uczciwi i oddani swojej pracy. Wcielając się w tę postać, nie korzystałem więc z własnych doświadczeń. Fitch to wyłącznie wytwór wyobraźni.

Czy przed realizacją filmu rozmawiałeś z jakimiś konsultantami ławy przysięgłych, aby dowiedzieć się, jak naprawdę wygląda ich praca?

Rzeczywiście tak miało być, ale z różnych względów nie udało mi się spotkać z żadnym z nich. Musiałem więc zaufać swojemu aktorskiemu instynktowi... no i oczywiście scenariuszowi.

"Ława przysięgłych" opowiada o problemie, który budzi w Ameryce coraz więcej kontrowersji. Jakie jest Twoje zdanie na temat Drugiej Poprawki do Konstytucji, zezwalającej na posiadanie broni?

Myślę, że każdy ma prawo posiadać broń. Rzecz w tym, do czego się tej broni używa. Wydaje mi się, że całe przesłanie Drugiej Poprawki zostało zafałszowane. Stworzono ją w innych czasach, w innej sytuacji. Posiadanie broni wydawało się naturalną rzeczą, gdy człowiek wyruszał na polowanie albo spodziewał się w każdej chwili ataku Indian, przepraszam, Rdzennych Amerykanów (śmiech). Teraz jednak nic podobnego nam nie zagraża i można by się zastanowić, na ile Druga Poprawka jest jeszcze aktualna i czy ma w ogóle sens. Ja rozumiem, że żyjemy w kraju, który szczyci się swoją wolnością, ale cały dowcip w tym, by tej wolności nie nadużywać.

A co powiesz o prawie do zemsty?

Nie lubię określenia "zemsta". Wolę mówić o "wymierzaniu sprawiedliwości". Myślę, że każdy z nas poczuł się przez kogoś skrzywdzony i miał ochotę wyrównać rachunki.

Ty również miałeś kiedyś ochotę wyrównać z kimś rachunki?

Nie. Ale dużo o tym myślę (śmiech). Mówiąc szczerze, nikt nie zalazł mi za skórę aż tak bardzo, że chciałbym się na nim zemścić. Raz, w Nowym Meksyku, policjant zatrzymał mnie na autostradzie za przekroczenie prędkości. Jechałem naprawdę szybko, ponad 160 kilometrów na godzinę. Moja wina. Ten facet był jednak tak opryskliwy i nieuprzejmy, że naprawdę mnie zdenerwował. Sprawa trafiła do sądu, gliniarz przedstawił odczyt z radaru. Sędzia zapytał o stan drogi. Na odczycie stało jak byk: "oblodzona". A to było w czerwcu! (śmiech). Policjant coś źle zaznaczył. Nie muszę Ci mówić, że sprawę umorzono. Miałem taką złośliwą satysfakcję, że facetowi należała się nauczka za tę opryskliwość. Nie uważam wcale, że sprawiedliwości stało się zadość, bo naprawdę złamałem wtedy przepisy. Ale widziałem, że dostał za swoje.

Pogadajmy jeszcze o "Ławie przysięgłych". Z Dustinem Hoffmanem znacie się tyle czasu, a dopiero teraz udało Wam się nakręcić wspólny film!

To było fantastyczne, spotkać się wreszcie przed kamerą. Teraz nie widujemy się z Dustym tak często, jak kiedyś, ale za każdym razem, gdy się spotkamy, obydwaj mamy uczucie, jakbyśmy rozstali się zaledwie chwilę temu. Jeśli chodzi o "Ławę przysięgłych", specjalnie dla nas dwóch powstała scena w łazience. Tak naprawdę nakręciliśmy ją jakieś półtora miesiąca po zakończeniu zdjęć. Producenci zaprosili nas do Nowego Orleanu. Przyjechaliśmy, zrobiliśmy swoje... Zajęło nam to jeden dzień.

Dustin Hoffman wygadał się, że potem poszliście się napić. A Ty podobno już nie pijesz!

Powiedzmy raczej, że już się nie upijam (śmiech). No, bez przesady, zdarza mi się czasem coś tam wypić. A wtedy bardziej dał się nam we znaki cały długi dzień pracy, jaki mieliśmy za sobą. Zaczęliśmy zdjęcia o 6 rano, a skończyliśmy o ósmej wieczorem. Poszliśmy na mecz koszykówki, ktoś wytrzasnął parę drinków, a że smakowały nieźle, to wzięliśmy jeszcze kilka (śmiech). Było nieźle.

Pamiętasz, co było potem?

Nic nie pamiętam (śmiech). Kolega później pokazał mi zdjęcie z meczu, na którym Dusty i ja śmiejemy się jak wariaci. Musieliśmy więc dobrze się bawić (śmiech).

Mecze koszykówki to Twój jedyny sposób na odprężenie?

Nie. Oprócz tego maluję, coś tam napiszę, a przede wszystkim staram się nie przeszkadzać żonie (śmiech).

Twoja żona jest pianistką. Prosisz ją czasem, by coś Ci zagrała?

Lubię, gdy gra w domu Bacha. Albo - czy ja wiem? - Beethovena. Sama zresztą też komponuje. Niesamowicie to wygląda, gdy zaczyna improwizować.

Rozumiem, że Ty wtedy tańczysz, jak ona Ci zagra?

Ja tańczę? Taaak, jasne (śmiech). Bujną masz wyobraźnię.

Możesz się śmiać, ale z tego, co wiem, to żona dobiera Ci ubrania.

O tak. Zna się na modzie bez porównania lepiej ode mnie. Żeby było śmieszniej, to za każdym razem, kiedy mam zacząć kręcić jakiś film, ludzie z produkcji mailują do mojej żony z pytaniem, w co mają mnie ubrać. Betsy zawsze odpowiada: "Gene najlepiej wygląda w garniturach od Armaniego" (śmiech). No i co Ty na to? W paru filmach rzeczywiście zagrałem w garniturach od Armaniego!

Jak Wam się żyje na rancho w Nowym Meksyku?

Mieszkamy we dwoje. Betsy spędza mnóstwo czasu przy komputerze. Prowadzi kilka firm za pośrednictwem Internetu. Ma też w mieście mały sklepik. Ja zaś w ciągu dnia - jak już Ci mówiłem - albo coś piszę, albo maluję. Dwa czy trzy razy w tygodniu wybieramy się do miasta na lunch. Żona idzie na zakupy, a ja wybieram się do Borders (ogólnokrajowa sieć księgarń podobna do polskiego EMPIK-u - YCH) popatrzeć, co tam nowego w książkach. Gdy spotykamy się na lunchu, Betsy przynosi cały stos wydrukowanych e-maili z całego dnia. Taka praca. Sami też bardzo często piszemy do siebie maile.

Sprzedajesz swoje obrazy?

Nie, robię to tylko dla siebie, dla przyjemności. Nie chcę bawić się w interesy tego rodzaju. Poza tym wcale nie uważam, żeby moje obrazy były aż tak dobre.

Zapytam, nawiązując trochę do "Ławy przysięgłych": trzymasz w domu broń?

Nie. Nie trzymam. Czasami - wiesz, w końcu mieszkamy w górach - czasami słyszę w nocy różne odgłosy i wtedy myślę sobie: szkoda, że nie mam strzelby. Ale to tylko zwierzęta. Głównie kojoty. Mojej żonie udało się parę razy nawet zobaczyć niedźwiedzia.

Jak oceniasz swoją karierę z perspektywy czasu?

Większość aktorów, którzy tkwią w tym biznesie równie długo, co ja, odpowie Ci to samo: nie istnieje nic takiego, jak jednostajny przebieg kariery. Życie aktora to pasmo wzlotów i upadków. Dowcip w tym, aby po upadku umieć się podnieść i doczekać następnego wzlotu. Dusty miał podobne doświadczenia, co ja. Raz był na wozie, raz pod wozem. Musisz umieć poradzić sobie z porażką. To jeszcze nie jest koniec świata, można to przeżyć. Nie wolno wpadać w panikę, jak to się niektórym zdarza: "O matko, nie udało się, do niczego się już nie nadaję, może dadzą mi pracę w jakimś telewizyjnym serialu". To błąd. Nie ma nic złego w serialach, ale jeżeli chcesz być aktorem filmowym, to konsekwentnie graj w filmach. Jeśli chodzi o mnie, to mogę powiedzieć, że miałem sporo szczęścia: udało mi się przetrwać chude lata, a do tego zarobiłem trochę pieniędzy.

Które ze swoich filmów uważasz za najlepsze?

Ze wszystkich, jakie nakręciłem?

Tak. Które wspominasz z największą przyjemnością?

Nie wiem, czy przyjemność to akurat najlepsze kryterium. Doświadczenie uczy, że im przyjemniej na planie, tym gorzej na ekranie (śmiech). Na ogół staram się oddzielać zabawę od pracy. Mam bardzo miłe wspomnienia z wielu produkcji, nie są one jednak w żaden sposób związane z treścią ani kształtem samych filmów. Mogę natomiast mówić o satysfakcji ze swojej pracy, o tym, że w dany projekt włożyłem naprawdę sporo serca i wysiłek się opłacił. Co ciekawe, tak było właśnie w przypadku "Ławy przysięgłych". Cieszę się, że nie musiałem przed kamerą biegać, skakać ani do nikogo strzelać. Siłą tego filmu jest po prostu solidne aktorstwo. A jeśli chodzi o inne tytuły, dobrze wspominam współpracę z Alem Pacino na planie "Stracha na wróble". No i "Rozmowa", o tym nie można zapomnieć. Bardzo podobał mi się też western "Bez przebaczenia".

Kiedy siedzisz na tym swoim odludziu, nie tęsknisz czasami za wielkim miastem? Za cywilizacją?

Wprost przeciwnie. Bardzo się cieszę, że nie mieszkam w Hollywood. Daj spokój, wykończyłbym się. Wyobraź sobie na przykład taką scenę: idę ulicą i nagle spotykam jakiegoś swojego kolegę aktora. Mówimy sobie nawzajem: "Dzień dobry", "Co tam u ciebie", a w głębi duszy obydwaj frustrujemy się: "Cholera jasna, dlaczego on dostał tę rolę, przecież to ja powinienem ją mieć" i tak dalej. To strasznie wyniszcza człowieka, takie kopanie dołków, taki brak szczerości. Ja mam święty spokój. Siedzę sobie na rancho i nic mnie nie obchodzi (śmiech). Bardzo mi taki stan rzeczy odpowiada. Przynajmniej się nie męczę.



[Yola Czaderska-Hayek]