Thomas Jane gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Słyszałam, że gdy zaproponowano Ci rolę Punishera, najpierw powiedziałeś: 'nie'. Czy to prawda?

Thomas Jane: Przyznaję się - tak, to prawda.

Dlaczego?

Cóż, w tym czasie na temat Punishera wiedziałem tylko tyle, że to jeden z superbohaterów Marvela. A nie miałem najmniejszej ochoty grać faceta, który lata w trykocie i puszcza laserowe promienie z oczu. To po prostu nie w moim stylu. Na szczęście ludzie z wydawnictwa Marvel wytłumaczyli mi, że Frank Castle nie dysponuje żadnymi nadprzyrodzonymi mocami, a swoją olbrzymią siłę i odporność zawdzięcza po prostu fantastycznemu wyszkoleniu. Przeczytałem uważnie scenariusz, obejrzałem niektóre komiksy i doszedłem do wniosku, że historia Pogromcy ma wiele wspólnego z filmami, które przed laty oglądałem na okrągło i dzięki którym zdecydowałem się na zawód aktora. Mówię o takich produkcjach, jak "Zbieg z Alcatraz" z Lee Marvinem, "Życzenie śmierci" z Charlesem Bronsonem czy seria o Brudnym Harrym z Clintem Eastwoodem. Uświadomiłem sobie, że zawsze chciałem nakręcić taki film, jak "Punisher", tylko po prostu nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Do jakiego stopnia jesteś w stanie utożsamić się z Frankiem Castle?

Chodzi Ci o to, czy jestem zdolny do zabijania? Czasami rzeczywiście narasta we mnie żądza mordu: kiedy stoję w kolejce w banku, kiedy jakiś facet na szosie wymusza pierwszeństwo, kiedy dentysta wyrywa mi ząb... Bardziej jednak identyfikuję się z jaśniejszą stroną osobowości Castle'a. To kochający ojciec i mąż, oddany swojej pracy. Walczy w imię zasad, w które wierzy. Jako oficer Służb Specjalnych pragnie chronić swój kraj. Wyznaje system wartości, które są mi bliskie. Pod tym względem potrafię się wczuć w jego położenie.

Kiedy ktoś Cię skrzywdzi, myślisz o zemście, czy nadstawiasz drugi policzek?

Hm, zależy, jaki jest dzień tygodnia (śmiech). Zwykle dość rzadko nachodzi mnie ochota, by pozabijać wszystkich dookoła. Czasami jednak moja mroczna strona bierze górę i wtedy lepiej do mnie nie podchodzić. Jeżeli zaś ktoś chciałby skrzywdzić moją rodzinę, to niech liczy się z tym, że w obronie moich bliskich nie cofnę się przed niczym. To naturalny ludzki odruch: za wszelką cenę chronić tych, których się kocha. W każdym z nas, jak sądzę, drzemią mordercze instynkty, a filmy o zemście - takie, jak "Punisher" - pomagają nam rozładować emocje.

Zanim stanąłeś przed kamerą jako Frank Castle, musiałeś przejść ostry trening.

O, tak! Rzeczywiście, wycisk był straszny. Zanim stałem się Pogromcą, zrobili mi prawdziwy pogrom (śmiech). Przez jakieś pięć miesięcy ćwiczyłem w siłowni dwa razy dziennie. Przepisali mi też bardzo rygorystyczną dietę. Dwóch komandosów z Navy SEALS uczyło mnie obchodzenia się z bronią, walki wręcz, podstaw strategii... Tego wszystkiego, co dla Punishera stanowi chleb powszedni. Musiałem oswoić się z wojskowym drylem, żeby na ekranie wyglądać wiarygodnie. Wiele mnie to kosztowało, ale myślę, że wysiłek się opłacił.

Czy teraz, po zakończeniu realizacji filmu, nadal rzeźbisz sylwetkę?

Absolutnie nie! Nic z tych rzeczy (śmiech). Po zakończeniu zdjęć wróciłem do zwykłego, leniwego trybu życia. Przestałem chodzić do siłowni i zacząłem odżywiać się tak, jak lubię najbardziej, czyli dużo, tłusto i niezdrowo (śmiech). Podnoszenie ciężarów nie sprawia mi przyjemności. Owszem, jeśli mam w ten sposób przygotować się do roli, to co innego. Ale nie licz na to, że sam z siebie będę się katował ze sztangą. Muskularna sylwetka to nie jest szczyt moich marzeń. Chociaż moja żona jest innego zdania. Była trochę rozczarowana, kiedy skończyliśmy kręcić "Punishera". Spytała mnie któregoś dnia: 'Dlaczego już nie ćwiczysz w siłowni?'. Odparłem: 'Bo już mi za to nie płacą'. Stwierdziła: 'To w takim razie sama ci zapłacę' (śmiech).

Chcąc, nie chcąc, chyba jednak wrócisz do podnoszenia ciężarów. W planach masz już drugą część "Punishera". Kiedy początek zdjęć?

Na razie mówi się o listopadzie, ale myślę, że bardziej realistyczny termin to początek przyszłego roku.

Podobno na planie nawet przy wyłączonych kamerach wczuwałeś się w rolę Pogromcy. Ciężko było z Toba wytrzymać?

To nie była dla mnie łatwa rola. Grałem człowieka potwornie skrzywdzonego i owładniętego żądzą zemsty. To nie jest coś, co można z siebie łatwo strząsnąć. Zdaję sobie sprawę, że w oczach innych aktorów mogłem sprawiać wrażenie ponurego, zgorzkniałego samotnika, ale taki właśnie jest Punisher. Chciałem podtrzymywać w sobie ten nastrój, aby w każdym momencie móc stanąć przed kamerą jako Frank Castle. Na szczęście reżyser, Jonathan Hensleigh, dbał o to, aby atmosfera na planie nie była przesycona smutkiem i depresją. Inaczej bowiem chyba wszyscy byśmy się pozabijali.

Wracałeś do domu jako Thomas Jane czy jako Punisher?

Starałem się zostawić Punishera za progiem, ale rano, gdy otwierałem oczy, Pogromca stał już przy moim łóżku (śmiech).

Jak Ci się pracowało z dwoma weteranami: Royem Scheiderem i Johnem Travoltą?

Generalnie staram się pracować z artystami, którzy są lepsi ode mnie. Wychodzę bowiem z założenia, że mogę się czegoś od nich nauczyć. Roy bez przerwy opowiadał fantastyczne anegdoty z dawnych czasów. Podpytywałem o zwłaszcza o ciekawostki z planu "Całego tego zgiełku", bo to jeden z moich ulubionych filmów. Pewnie nikt nie zwrócił na to uwagi, ale w scenie rodzinnego spotkania w Puerto Rico mam na sobie te same buty, które Roy nosił w "Szczękach" (śmiech). To taki mój rodzaj hołdu dla niego. A jeśli chodzi o Johna Travoltę, to zdradzę Ci, że ten facet bawi się swoją pracą jak dziecko. Świetnie się z nim współpracuje, tym bardziej, że nie zachowuje się jak gwiazda. Przeciwnie: zdradził mi całkiem sporo aktorskich trików. Po premierze filmu zaś zadzwonił do mnie i przez pół godziny gadaliśmy o tym, jak to wszystko razem wyszło na ekranie.

Większość niebezpiecznych scen zrealizowałeś sam, bez udziału kaskadera. Zdaje się, że walka z Rosjaninem, którego gra Kevin Nash, dała Ci się mocno we znaki.

Gdybyś zapytała o to Kevina, pewnie powiedziałby Ci, że tylko lekko mnie musnął parę razy. No cóż, nie jest tajemnicą, że podczas walki przed kamerą przypadkowo dźgnąłem go nożem w ramię - zamiast rekwizytu miałem w ręku prawdziwy, ostry nóż. Kiedy zdałem sobie sprawę, co się stało, padłem na kolana i wrzasnąłem: 'Kevin, nie zabijaj mnie, ja nie chciałem!'. Na szczęście Nash to prawdziwy zawodowiec, w ciągu swojej zapaśniczej kariery nie takie rzeczy już przechodził. Podczas zawodów wrestlingu bili go, kopali, kłuli... Dlatego, gdy dostał ode mnie nożem, spłynęło to po nim jak woda po kaczce. Ja za to czułem się podle. To okropne - dźgnąć kolegę z planu! (śmiech)

Potem za to Kevin przebił Tobą ścianę.

Tak, w jednej ze scen Rosjanin ciska Punisherem o ścianę tak mocno, że Pogromca przelatuje na drugą stronę. Tu nie było żadnych komputerowych sztuczek, Kevin rzeczywiście rzucił mną w powietrze, a ja rozwaliłem ścianę. Można powiedzieć, że był to rewanż za ten numer z nożem... Oczywiście żartuję. Kevin Nash to prawdziwy dżentelmen i tak naprawdę bez jego pomocy nie wiem, jak poradziłbym sobie w scenie walki z Rosjaninem.

Zdarzyło Ci się kiedyś zadrzeć z przeciwnikiem silniejszym od Ciebie?

Za każdym razem, kiedy kłócę się z żoną (śmiech). To twarda sztuka, uwierz mi. Lepiej z nią nie zadzierać.

Zaraz, coś mi się tu nie zgadza. Mówisz o żonie, a z Twojej oficjalnej biografii, dołączonej do promocyjnych materiałów filmu, wynika, że jesteś kawalerem!

Rzeczywiście. Tak naprawdę jesteśmy z Patricią (Arquette - YCH) zaręczeni. Traktujemy jednak nasz związek bardzo poważnie. Mamy razem dziecko - to prawie tak, jakbyśmy przysięgali sobie wierność przed ołtarzem. Nie pobraliśmy się jeszcze, ale jeśli o mnie chodzi, nawet bez ślubu uważam Patricię za swoją żonę. Mam nadzieję, że ona też uważa się za moją żonę (śmiech). Muszę Ci powiedzieć, że ma na mnie ogromny wpływ. Dzięki niej stałem się lepszym człowiekiem. Czego można chcieć więcej?

Jak nazywa się Wasza córeczka?

Na jej akcie urodzenia jest napisane: Harlow Olivia Calliope Jane. A jak będzie chciała, może sobie jeszcze dopisać: Arquette. Będzie jedną z klanu.

Chwileczkę, przecież Jane to nie jest Twoje prawdziwe nazwisko.

Naprawdę nazywam się Thomas Elliott. Tak się jednak składa, że kiedy człowiek chce wstąpić do Związku Aktorów Filmowych (Screen Actors Guild - YCH), zawsze zapisał się wcześniej ktoś, kto nosi identyczne nazwisko. W moim przypadku okazało się, że jest już jeden Tom Elliott, kaskader. Musiałem więc dla potrzeb kariery zmienić tożsamość. Jane to panieńskie nazwisko mojej matki.

Wróćmy do Twojego związku z Patricią. Jak się poznaliście?

Na weselu jej najlepszej przyjaciółki. Trudno o lepszy czas i miejsce, prawda? Potem kilka razy próbowałem się umówić z nią na randkę. Powiedziała 'nie' (śmiech), ale nie odpuściłem. Postanowiłem ją zmęczyć. Wiedziałem, że takiej dziewczynie nie mogę pozwolić uciec (śmiech).

W kwestii formalnej: zamierzacie się pobrać?

Oczywiście. Tak naprawdę nie wzięliśmy dotąd ślubu tylko i wyłącznie z braku czasu. Jedną z przykrych stron zawodu aktora jest to, że bardzo trudno jest znaleźć odpowiedni termin, aby wszystkich zaprosić i samemu spokojnie wszystko urządzić. A możesz być pewna, że z okazji ślubu wyprawimy gigantyczną imprezę! Gwarantuję Ci, że prędzej czy później staniemy przed ołtarzem. To już postanowione.

Mam nadzieję, że mnie zaprosisz. A skoro wspomniałeś już o ujemnych stronach zawodu aktora, może porozmawiamy na ten temat...

Czasami widuję w telewizji moich kolegów po fachu, jak w jakichś nocnych talk-showach narzekają na swój ciężki los. I mam wtedy ochotę powiedzieć jednemu z drugim: 'Stary, zamknij się! Mało ci pieniędzy, które zarabiasz? To jest twoja praca. Wybierając ten fach, musisz liczyć się z tym, że będą cię rozpoznawać na ulicy, będą cię fotografować, nękać o autograf. To wszystko wliczone jest w cenę biletu. Narzekanie nic nie zmieni'. Co do mnie, przyznaję, że bardzo lubię swoją pracę. Uwielbiam kręcić filmy, cieszę się, jeśli podobają się ludziom. Kim byłby aktor bez widzów? To właśnie dla nich powstają dziesiątki produkcji w Hollywood. Zdaję sobie sprawę, że ten zawód ma swoje minusy, ale decydując się na taką, a nie inną drogę życiową, byłem świadom wszystkich konsekwencji mojego wyboru. I jak dotąd na nic się nie uskarżam.



[Yola Czaderska-Hayek]