Will Smith gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Muszę Ci coś powiedzieć - widziałam wszystkie Twoje filmy, ale w "Ja, robot" wyglądasz najbardziej seksownie, jak do tej pory.

Will Smith: Chodzi Ci o scenę pod prysznicem? Słyszałem, że na premierze "Robota" ktoś w kinie piszczał z zachwytu. To nie byłaś Ty? (śmiech)

Niestety! Nie mogłam piszczeć, bo z uwielbienia odebrało mi mowę. Ale ciekawa jestem, jak podobne reakcje na Twój widok odbiera Twoja żona.

Coś Ci powiem: Jada sama zachęca mnie, abym dużo ćwiczył w siłowni. Lubi, gdy na ekranie pokazuję swoje ciało. Powiedziała mi kiedyś, że każda kobieta marzy o facecie, którego inne baby będą jej zazdrościć (śmiech). Ale po premierze "Ja, robot", kiedy nasłuchała się tych wszystkich pisków, następnego dnia wstała rano i sama poszła do siłowni. A wychodząc, rzuciła: 'Zobaczysz, teraz tobie będą zazdrościć'.

Porozmawiajmy przez moment o filmie. Miałam wrażenie, że scenariusz powstał specjalnie z myślą o Tobie.

Na początku dostałem konspekt autorstwa Jeffa Vintara. Nie ingerowałem w tekst w żaden sposób. Natomiast w momencie, gdy podpisałem już umowę, zaczęły się intensywne prace nad scenariuszem. Akiva (Goldsman - YCH), Alex (Proyas - YCH) i ja spędziliśmy sporo czasu, poprawiając kolejne wersje. Mieliśmy przed sobą niełatwe zadanie, ponieważ "Robot" to tak naprawdę artystyczne kino dla niepoznaki wypuszczone na ekrany jako hollywoodzka superprodukcja. Musieliśmy znaleźć jakiś złoty środek pomiędzy tymi dwiema skrajnościami, zawrzeć w scenariuszu zarówno elementy kameralnego, ludzkiego dramatu, jaki sceny typowe dla przebojowego filmu. Na samym początku Akiva powiedział: 'No dobra. Mamy na tapecie potencjalny hit, który wejdzie na ekrany latem i musi zarobić pieniądze. Mamy bunt robotów, pościgi, eksplozje... W porządku. A teraz zapomnijmy o tym wszystkim. Chcę, żebyśmy stworzyli historię, która będzie się odwoływać do ludzkich uczuć, emocji, lęków... Chcę, żebyśmy zrozumieli naszego bohatera i żeby zrozumieli go także widzowie. Do tego naprawdę nie są nam potrzebne wybuchy i efekty specjalne'.

Co zachęciło Cię do wzięcia udziału w tym akurat projekcie?

Zazwyczaj, gdy dostaję do przeczytania scenariusz, patrzę nań jako na dwie oddzielne historie: mniejszą i większą. Objaśnię Ci to na przykładzie. W filmie "Ja, robot" większa historia polega na tym, że roboty buntują się i próbują opanować świat. Tyle mniej więcej możesz dowiedzieć się ze zwiastunów. Na tym tle rozgrywa się mniejsza historia - opowieść o facecie, który cierpi na powypadkową traumę i próbuje poskładać swoje życie z powrotem do kupy. Tak naprawdę to właśnie te mniejsze historie decydują o wartości danego filmu, tym jednak, co przyciąga widzów do kin, są historie większe. I przyznaję się bez bicia, że podczas lektury scenariuszy patrzę przede wszystkim na ten większy plan i zastanawiam się: czy ja bym się wybrał na taki film? Roboty chcą przejąć władzę nad światem. Tajna organizacja rządowa kontroluje napływ kosmitów na planetę Ziemia i ich kontakty z ludźmi... Większa historia decyduje o tym, czy dany projekt jest skazany na sukces, czy na porażkę. Ale cała sztuka w tym, aby oba plany opowieści tworzyły zwartą, przekonującą całość. Taki właśnie, zwarty i przekonujący wydał mi się scenariusz "Robota"... O, przypomniałem sobie: "Matrix" to idealny przykład mniejszej i większej historii. Większa polega na tym, że żyjemy w świecie wykreowanym przez komputer, a mniejsza - że jakiś facet próbuje ten świat zmienić.

Detektyw, którego grasz, do tego stopnia nie cierpi robotów, że można go posądzić o rasizm.

To celowy zabieg. Alexowi podobał się ten pomysł: czarnoskóry bohater, który nienawidzi innej mniejszościowej grupy. W jednej ze scen mówią o mnie nawet: 'robofob'. Dobre, co? (śmiech) Dela Spoonera nie obchodzi to, jakie roboty naprawdę są. Ten facet nic o nich nie wie, a mimo to ich nie znosi i czuje się w stu procentach usprawiedliwiony. Rasizm to oczywiście istotny wątek filmu, staraliśmy się jednak, aby zanadto nie tłuc widzów po głowach społeczną problematyką. Poza tym jeszcze Spooner instynktownie wyczuwa, że trzy prawa robotyki, sformułowane przez Asimova, są niemożliwe do zrealizowania w praktyce. Zaprzeczają sobie nawzajem, coś jest z nimi nie w porządku. Mój bohater domyśla się, że w istocie stanowią one jedno wielkie kłamstwo - i to jest dodatkowy powód, dla którego roboty napawają go odrazą.

Wspomniałeś o Isaacu Asimovie. Czy przed nakręceniem filmu "Ja, robot" znałeś jego książki?

Jestem wielkim fanem fantastyki, ale z prozą Asimova nie miałem wcześniej kontaktu. Kiedy dostałem scenariusz "Robota", przeczytałem cały cykl o Fundacji. Ten facet był geniuszem. W latach 40., 50. ubiegłego wieku umiał wybiec myślą tak daleko w przyszłość! Jestem naprawdę pod wrażeniem.

W "Robocie", podobnie jak w "Facetach w czerni" czy "Wrogu publicznym", grasz faceta o ciętym języku. Sam wymyślasz te filmowe teksty?

Uwielbiam komedie, uwielbiam rozbawiać ludzi, ale w tym przypadku musiałem uważać, aby nie przesadzić. Del Spooner nie jest typem wesołka. To zgorzkniały, małomówny typ. W "Robocie" zabawne są nie tyle dialogi, co sytuacje, w jakich znajduje się Spooner - a zwłaszcza jego reakcje. "Facetów w czerni" kręciło mi się zdecydowanie łatwiej. To jest ten typ komizmu, w jakim czuję się najlepiej.

Co spowodowało, że jako współproducent "Ja, robot" wybrałeś na reżysera akurat Alexa Proyasa?

Uwielbiam Alexa Proyasa! Uwielbiam "Kruka" i"Mroczne miasto". Ilu znasz reżyserów, którzy potrafią nakręcić intrygujący, dramatyczny film science fiction? Kiedy zdałem sobie sprawę, jak fantastyczne wizje wykreował na ekranie, dysponując naprawdę niewielkim zasobem gotówki, wyobraziłem sobie, do czego mógłby być zdolny, gdyby powierzyć mu naprawdę porządny hollywoodzki budżet. Efekt przeszedł wszelkie moje oczekiwania.

A jak Wam się razem pracowało?

Alex powiedział mi: 'Nie chcę mieć na ekranie hollywoodzkiej gwiazdy, Willa Smitha. Chcę mieć Dela Spoonera'. Od razu przypomniałem sobie, jak podczas kręcenia "Alego" Michael Mann uczył mnie, że tak naprawdę wszyscy w Hollywood - aktorzy, reżyserzy, producenci - jesteśmy psychologami. Tworzymy postacie, które muszą zachowywać się wiarygodnie i dlatego nieodzowną częścią naszego rzemiosła jest nauka ludzkich zachowań. Teraz za każdym razem, kiedy realizuję jakiś film, najpierw pokazuję scenariusz znajomym psychologom i mówię: 'Wytłumaczcie mi, dlaczego ta postać zachowuje się tak, a nie inaczej. Czy tego typu działanie jest zgodne z jej charakterem, czy też jest to kompletna bzdura'. Uwierz mi, to działa.

Scenę pod prysznicem też Ci objaśnili?

No jasne, wiedziałem, że tylko o to Ci chodzi! (śmiech) Powiedz od razu, że chcesz zrobić cały wywiad wyłącznie na ten temat i będziemy to mieli z głowy (śmiech). Dobra, oficjalna wersja jest taka: Del Spooner jest paranoikiem, wszędzie dopatruje się zagrożenia i dlatego nie zamyka drzwi od łazienki. Nie chce, żeby ktoś go przyłapał w najmniej spodziewanym momencie, gdy akurat jest bezbronny. I na przykład ma zamknięte oczy, bo myje głowę. Dlatego bez przerwy nasłuchuje, czy ktoś się nie skrada. Przy otwartej kurtynie. To jest nagość usprawiedliwiona wymogami scenariusza (śmiech). A przy okazji, było to jedno z najdroższych ujęć w całym filmie. Specjaliści od grafiki komputerowej musieli cyfrowo wymazać mój, ten, no. sprzęt (śmiech). Tak się napracowali, że naprawdę musiało ich to sporo kosztować. Pikselek po pikselku (śmiech).

Może byśmy jednak zmienili temat? Porozmawiajmy przez chwilę o Twojej uroczej żonie.

O rany! O niej to ja mogę gadać godzinami.

Oboje jesteście sławni, oboje bez przerwy pracujecie. Nie ma między Wami zawodowej rywalizacji?

Rzeczywiście tak to może wyglądać. Przez ostatnie dwa lata kręciliśmy równolegle film za filmem: ja "Bad Boys II", Jada - dwa "Matriksy". Potem "Ja, robot" i "Zakładnik". Cóż, nasza rodzina rzeczywiście pracuje (śmiech). Ale na szczęście jakoś sobie radzimy. Nasze życie nie składa się wyłącznie z roboty na planie. Mamy trójkę dzieci - trzy, pięć i jedenaście lat - i Jada, gdy skończyła wreszcie karmić piersią, ma dla siebie więcej czasu. Myślę więc, że teraz posiedzę trochę w domu z dzieciakami, żeby mogła z powrotem rozkręcić się, poczuć pewnie w swoim zawodzie.

Chcielibyście mieć w domu robota?

Takiego jak w filmie? Żeby wykonywał za nas całą pracę? Eee, poczekam, aż wymyślą lepszy model, bardziej rozwinięty pod względem anatomii (śmiech). Tylko że to musiałyby być dwa różne modele. Jeden dla mnie, drugi dla mojej żony (śmiech).

Podejrzewam, że z Jadą musicie znać się już, przepraszam za wyrażenie, jak łyse konie.

Nie do końca. Bez przerwy się czymś nawzajem zaskakujemy. Nasze życiowe doświadczenia zmieniają nas trochę. Dzisiaj jestem innym człowiekiem, niż byłem wczoraj. Podobnie Jada. I tak jest codziennie. Nie mówię o jakichś wielkich sprawach, ale o drobiazgach: każde z nas coś czyta, dokądś jeździ, spotyka się z ludźmi. To są te drobne elementy, które wpływają na naszą osobowość. Dlatego nie mogę powiedzieć, że tak doskonale nawzajem się poznaliśmy. Zawsze może zdarzyć się coś, co sprawi, że zareagujemy w sposób kompletnie dla siebie niespodziewany.

Czy po tylu sukcesach nie marzysz o tym, aby choć przez moment odpocząć?

Nie, nie wiedziałbym nawet, jak to się robi. Widzisz, ja nie traktuję swojej pracy jako czegoś uciążliwego. Dla mnie to raczej frajda: robię to, co lubię. A kiedy mam wolny czas, mogę dla rozrywki na przykład napisać scenariusz albo nagrać płytę. Uwielbiam wszelkie kreatywne zajęcia. Kilka miesięcy temu z dziećmi nagraliśmy dla Jady piosenkę na Dzień Matki. Ot tak, po prostu. Wszedłem do studia z synem i córką i w efekcie powstała płyta z naszym nagraniem. Fajna sprawa, co? Zrobiliśmy to naprawdę dla przyjemności. I to jest właśnie to.

Akcja filmu "Ja, robot" toczy się w roku 2035. Jak myślisz, jak będziesz wyglądać za trzydzieści lat?

Będę miał sześćdziesiąt sześć lat. I nadal będę zabójczo seksowny. Bardzo, bardzo seksowny! (śmiech) To Ci mogę obiecać.



[Yola Czaderska-Hayek]