Billy Bob Thornton gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Ciekawe, co w tym roku dostaniesz od Świętego Mikołaja?

Billy Bob Thornton: Nie wiem. Pewnie wielką rózgę (śmiech).

Pamiętasz swoją pierwszą reakcję po przeczytaniu scenariusza filmu 'Zły Mikołaj'?

Ubawiłem się! Z jakiegoś powodu krąży fama, że to kontrowersyjny film. Ludzie plotkują: Tylko nie zabierajcie na to dzieci!. Nikt natomiast nie mówi: Nie zabierajcie dzieci na "Kill Bill''. A przecież obydwa filmy są dla dorosłych (śmiech). Szczerze mówiąc, przy czytaniu scenariusza nie zaprzątałem sobie tym głowy. Nie zastanawiałem się, jak ludzie zareagują na "Złego Mikołaja". Po prostu uśmiałem się serdecznie i natychmiast zadzwoniłem do swojego menedżera, mówiąc: Musimy to nakręcić. W mojej branży bardzo rzadko trafia się na taki scenariusz. To fantastyczna, dzika jazda bez trzymanki. Pokochałem tę historię od razu.

No dobrze, "Zły Mikołaj" to film dla dorosłych, ale na ekranie grasz razem z dziećmi. I używasz w ich towarzystwie słów na k..., na p..., na ch...

Szczerze mówiąc, bardziej obawiałem się, jak na to zareagują ich rodzice. Na szczęście nie doszło do żadnej awantury. Wszyscy, którzy pozwolili dzieciom na udział w tym filmie, wiedzieli, czego należy się spodziewać i nie robili problemu. Dzieciaki też zachowywały się w porządku. Tak naprawdę jedyną osobą, która czuła się skrępowana, byłem ja. Poważnie! Przed każdą sceną przepraszałem dzieci, mówiąc: Pamiętajcie, ja nie jestem Świętym Mikołajem. Jestem tylko aktorem, który udaje Mikołaja. Maluchy odpowiadały: W porządku. W końcu wychowały się na produkcjach typu "South Park". Za moich czasów - jestem o tym przekonany - kilkulatki byłyby o wiele bardziej zszokowane.

"Złego Mikołaja" wyprodukowali bracia Coen. Jak to się stało, że to nie oni ten film wyreżyserowali?

Nie znam szczegółów, jako że zaproponowano mi rolę już na zaawansowanym etapie realizacji, na krótko przed rozpoczęciem zdjęć. Z tego jednak, co wiem, bracia Coen nie mieli zamiaru reżyserować tego projektu. Mieli pomysł na historię, zajęli się produkcją, ale w tym samym czasie byli zajęci kręceniem innego filmu. Na "Złego Mikołaja" nie mieli już czasu.

Masz już na koncie występ w innej 'świątecznej' produkcji, brytyjskiej komedii "To właśnie miłość". Zagrałeś amerykańskiego prezydenta, nałogowego kobieciarza. Czy wzorowałeś się na Billu Clintonie? W końcu znacie się osobiście...

Tak, znamy się, i to od wielu lat. Obydwaj pochodzimy z Arkansas. Przyjaciółka mojej mamy pracowała w jego gubernatorskim biurze. Nawet załatwił mi pracę przy wylewaniu asfaltu na autostradzie. Hm, do dziś nie wiem, czy powinienem być mu za to wdzięczny, czy nie (śmiech). Co jakiś czas dzwoni do mnie i pyta, co słychać. Pamiętam, że parę lat temu, kiedy zaproponowano mi rolę w "Barwach kampanii", zapytałem Clintona, czy nie ma nic przeciwko temu (śmiech). Odpowiedział: Nie, to dobra rola, weź ją.

A co mówił na temat "To właśnie miłość"?

Nie wiem, czy w ogóle widział ten film. Tak naprawdę wcale nie wzorowałem się na Billu Clintonie. Po prostu scenarzyści wymyślili sobie prezydenta bawidamka i pomyśleli, że do tej roli najlepiej pasuję ja (śmiech).

Wróćmy do "Złego Mikołaja". Naprawdę tak nie lubisz Bożego Narodzenia?

Przeciwnie! Mam do Świąt zupełnie inne nastawienie, niż mój filmowy bohater. Uwielbiam Boże Narodzenie i zawsze robię się wtedy obrzydliwie sentymentalny. Mam dwóch synów - jeden ma jedenaście lat, drugi dziesięć - i uwielbiam na nich patrzeć, kiedy czekają na Świętego Mikołaja. Sam w ich wieku wierzyłem, że to Mikołaj przynosi prezenty. Przestałem, mając dopiero jakieś dwanaście lat (śmiech). Dowiedziałem się od kolegów w szkole, że nie ma żadnego Mikołaja. A kiedy spytałem o to mamę, powiedziała mi, że Mikołaj w pewnym sensie istnieje w każdym z nas. Na pewno jednak nie jest to facet w czerwonej kapocie, który w ciągu jednej nocy objeżdża cały świat z workiem prezentów. Swoją drogą, w tej koncepcji zawsze coś mi nie grało (śmiech). Pomyślmy: dochodzi 8.30, ja jestem w Arkansas, a Święty Mikołaj wyjeżdża właśnie z Laponii. Po drodze wpada do Szwecji, tam musi odwiedzić każdy dom w każdym mieście. Potem to samo w Niemczech, potem to samo w Finlandii... Jakim cudem miałby zdążyć do Arkansas przed północą? Nie byłem w stanie tego pojąć (śmiech).

Jak byś zareagował, gdyby Twoi dwaj synowie obejrzeli "Złego Mikołaja" i pod wpływem filmu zaczęliby przeklinać?

Już przeklinają, i to od dawna (śmiech).

Padają pod Twoim adresem zarzuty, że plugawisz szlachetny wizerunek patrona wszystkich dzieci...

Cały czas muszę to ludziom tłumaczyć. Ja w tym filmie nie gram Świętego Mikołaja. Gram złodzieja, który tylko jest za Mikołaja przebrany. W jego naturze leży to, że pije i przeklina, ale - powtarzam - to nie jest święty, którego znają wszystkie dzieci. Co innego, gdybym naprawdę zagrał nachlanego Mikołaja! Wyobraź sobie taką scenę: wchodzę w środku nocy przez komin, wyciągam worek z prezentami, i nagle widzę, że na środku pokoju stoi mała dziewczynka i mnie podgląda. Wtedy ja na to: Wypierdalaj z powrotem do łóżka, durnowata gówniaro! (śmiech) Sama przyznasz, że byłoby się o co obrażać... Mówiąc między nami, wolę film, który wyszydza Święta, ale zachowuje emocjonalną szczerość, niż cukierkowe produkcje za 125 milionów dolarów z jakimiś futrzastymi zwierzątkami, których maskotki możesz później kupić w najbliższym McDonaldzie.

No właśnie, po premierze spodziewałam się, że na rynku pojawią się zabawki ze Złym Mikołajem.

Najlepiej gadający model, prawda? (śmiech) Ale nic z tego. Chodzi mi właśnie o to, że Boże Narodzenie skomercjalizowało się już w straszliwym stopniu. Jeżeli Święty Mikołaj to rzeczywiście świętość, to tak go właśnie traktujmy. A nie zaganiajmy ludzi do supermarketów, żeby za ostatnie pieniądze kupowali jakieś gówno (śmiech).

Jak widzę, zależy Ci na tym, żeby filmy, w których występujesz, niosły ze sobą jakieś przesłanie. Naprawdę uważasz, że kinowe produkcje mają taką moc oddziaływania?

Nie zawsze. Wszystko zależy od tego, na ile subtelnie owo przesłanie zostanie w nich zawarte. Jeżeli zdecydujesz się na toporne moralizatorstwo, to na ogół nie odniesiesz żadnego efektu. Wyobraź sobie na przykład, że chcesz nakręcić wysokobudżetowy film antyrasistowski. Od razu możesz być pewna, że nie obejrzą go ci widzowie, którzy powinni. Obejrzą go antyrasiści, którzy i tak zgadzają się z Twoim przesłaniem, rasiści zaś nie pójdą w ogóle do kina, bo po co? Tymczasem jeśli wybierzesz produkcję mniejszego kalibru i sprytnie zamaskujesz temat, rezultat może Cię zaskoczyć. Tak się stało na przykład z filmem "Monster's Ball: Czekając na wyrok". Po premierze dostałem list od białej małżeńskiej pary. Ich syn zamierzał ożenić się z czarną dziewczyną. Wyparli się go, nie mieli nawet zamiaru przyjechać na ślub. I wtedy właśnie przez przypadek obejrzeli "Monster's Ball". Sądzili z początku, że to po prostu zwyczajna historia o strażniku więziennym, nie domyślali się podtekstu. Po filmie nie tylko dali synowi błogosławieństwo, ale także przyjechali na ślub i pokryli koszty całej uroczystości. W liście opisali tę historię, dodając, że dzięki naszej produkcji na wiele spraw patrzą teraz inaczej. Wydaje mi się więc, że moc oddziaływania, jaką ma kino, dotyczy raczej niskobudżetowych, mniej reklamowanych tytułów. Nie są one w stanie poruszyć mas, ale są w stanie poruszyć jednostki. A jeśli film wpłynie jakoś na życie 300, 400 osób, to i tak lepsze niż nic. Najważniejsze jest jedno: jeżeli zamierzasz przekazać widzom jakąś opowieść, nie nastawiaj się na to, że zmienisz świat. Myśl o tym, że chcesz zabawić ludzi, opowiedzieć im coś ciekawego. Reszta przyjdzie sama.

Sam jednak występujesz w komercyjnych hollywoodzkich filmach.

Jeśli się dobrze przyjrzysz mojemu dorobkowi, to zauważysz, że zagrałem najwyżej w trzech komercyjnych produkcjach: w "Armageddonie", "Włamaniu na śniadanie" i "Alamo". To moje jedyne filmy, które jawnie kręcono z założeniem, że zostaną wielkimi przebojami. Mnie rynkowa popularność nie obchodzi, nie buduję na niej swojej kariery. Jestem aktorem i jedyne, co mnie interesuje, to granie. Jeśli dostaję rolę, to wykonuję swoją pracę najlepiej jak potrafię - niezależnie od tego, czy występuję w wielkim, wysokobudżetowym hollywoodzkim gigancie, czy gram epizod w malutkiej, robionej za grosze produkcji.

Mówiliśmy trochę o Świętach, a co z Sylwestrem? Jak się bawisz w ostatni dzień roku?

Mam jeden, sprawdzony sposób: 31 grudnia zostaję w domu i robię pranie.

Słucham?

Poważnie. Zaczynam około ósmej wieczorem. Zanim nadejdzie północ, całkiem sporo ciuchów zdąży się już wysuszyć (śmiech).

A na końcu, z wybiciem północy, możesz sobie pozwolić na kieliszek szampana?

Powiedzmy, na siedem czy osiem kieliszków szampana (śmiech).

Rozumiem, że dzięki sylwestrowemu praniu w Nowy Rok możesz wejść oczyszczony.

Zdecydowanie tak. Zmywam z siebie stary brud (śmiech). Najsmutniejsze jest jednak to, że następnego dnia znów zakładam to samo ubranie i znowu je brudzę (śmiech).

Podejmujesz jakieś noworoczne postanowienia? Że na przykład przestaniesz palić?

O nie, tego nawet nie próbuję (śmiech). Zazwyczaj w Nowy Rok myślę sobie, że od teraz zacznę spędzać więcej czasu z ludźmi, którzy są mi bliscy. Bardzo często, kiedy jestem zapracowany, nie udaje mi się odwiedzać znajomych, przyjaciół, członków rodziny... Kontakty siłą rzeczy stają się bardziej powierzchowne, zdawkowe. W Nowy Rok, kiedy wreszcie mogę trochę odpocząć, myślę sobie: 'Teraz będę miał dla nich więcej czasu'. Ale i tak rzadko mi się udaje. Szkoda.



[Yola Czaderska-Hayek]