Colin Farrell gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: W filmie Olivera Stone'a "Aleksander" grasz jednego z największych przywódców w historii. Wydaje się, że ludzi tak wielkiego kalibru już dzisiaj nie ma...

Colin Farrell: Wszystko zależy od tego, co rozumiemy pod pojęciem przywódcy. Kiedyś spotkałem się z Nelsonem Mandelą. Widzieliśmy się bardzo krótko, ale już ta jedna chwila wystarczyła, by zrozumieć, że jest to człowiek, za którym można pójść w ogień. Wydaje mi się, że Mandela doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak działa na ludzi, zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nim ciąży - nie sądzę jednak, by kiedykolwiek zatrzymał się i pomyślał: O, proszę, patrzcie, jakim jestem wielkim przywódcą. Za bardzo troszczy się o swój naród, by pozwolić sobie na próżność. On nie rozkazuje, on daje przykład. Dlatego wszyscy go kochają. Podobnie było z Aleksandrem. Ten człowiek stał na czele setek tysięcy ludzi, był w stanie porwać ich za sobą dzięki ogromnej charyzmie i nadzwyczajnej inteligencji. A także dlatego, że podczas wojny nigdy nie wahał się narazić własnego życia. Walczył w pierwszej linii, razem ze swoimi żołnierzami. Wymagał wiele od innych, ale najwięcej wymagał od siebie.

Rola Aleksandra wymagała od Ciebie zarówno emocjonalnego, jak i fizycznego wysiłku. Które sceny sprawiły Ci największą trudność?

Zdecydowanie te, które wiązały się z emocjami. Musiałem wczuć się w położenie człowieka, który stoi na szczycie świata, odpowiada za los całych narodów, a jednocześnie nie radzi sobie z własnymi uczuciami. Traci osobę, którą kocha, przepełnia go cierpienie, ale nie może sobie pozwolić na słabość. Cały czas bowiem musi kierować ogromną armią, podejmować strategiczne decyzje... no i oczywiście musi świecić przykładem. Podczas kręcenia filmu ta emocjonalna huśtawka niemal doszczętnie mnie wypaliła. O wiele bardziej wolałem sceny batalistyczne. Owszem, nieraz ze zmęczenia padałem na twarz, dorobiłem się też paru siniaków, niemniej jednak czułem się, jakbym wrócił do czasów dzieciństwa i znów bawił się w wojnę... tylko żołnierzyki były trochę większe. Sekwencje z pola walki wspominam naprawdę dobrze.

Wczułeś się w postać Aleksandra na tyle skutecznie, że w większości niebezpiecznych scen zagrałeś osobiście.

Nie doszukuj się tu jakichś podtekstów. Mówiłem, że dla mnie była to przede wszystkim świetna zabawa. Wyobraź sobie: siedzisz na koniu z mieczem w ręku, koń robi wspięcie, a potem wpadasz w dziki galop, a za tobą pędzi czterystu facetów... To jest naprawdę czad! Kto by chciał zrezygnować z czegoś takiego? W głębi duszy ciągle jestem małym chłopcem, dlatego, jeśli pojawia się okazja, żeby coś widowiskowo zdemolować, od razu zgłaszam się na ochotnika. Oczywiście w grę wchodził także czysto artystyczny powód: jak by to wyglądało, gdybyśmy najpierw filmowali z daleka kaskadera, a potem mnie na zbliżeniu, jak siedzę okrakiem na dachu jakiejś pieprzonej ciężarówki? Dziś nikt się na takie tanie sztuczki nie da nabrać; widzowie muszą uwierzyć, że to naprawdę ja siedzę na tym koniu. Innymi słowy, że to naprawdę Aleksander. Złudzenie musi być kompletne.

Po raz pierwszy pracowałeś z Oliverem Stone'em. Jak Wam się układało na planie?

Z Oliverem Stone'em mógłbym pracować absolutnie w ciemno. Nie musiałbym nawet czytać scenariusza, wystarczyłoby tylko jego słowo, a od razu bym się zgodził. To niesamowity reżyser i niezwykły człowiek. Zrobił w Hollywood wielką karierę, zarobił sporo pieniędzy, dostał mnóstwo nagród, a jednocześnie nie zatracił ogromnej wrażliwości. Gdy ogląda wiadomości ze świata, gdy widzi, ile okrucieństwa ludzie wyrządzają sobie nawzajem, odczuwa niemal fizyczne cierpienie. I właśnie z tego cierpienia biorą się jego filmy. Oliver zajął się kinem dlatego, że chce coś przekazać, chce podzielić się dręczącym go niepokojem. Tak było również przy "Aleksandrze": w zamierzeniu Stone'a to miała być przypowieść, moralitet o naturze władzy. A także o tym, jak wydarzenia z czasów starożytnych wciąż rzutują na naszą dzisiejszą rzeczywistość. Podobnie jak bohater filmu, Oliver Stone wymagał wiele od innych, ale najwięcej wymagał od siebie. Dlatego na planie w naturalny sposób objął rolę przywódcy. Zarówno ekipa, jak i aktorzy poszliby za nim w ogień. Każdy z nas musiał dać z siebie wszystko, począwszy od rekwizytorów, a skończywszy na Vangelisie, który skomponował ścieżkę dźwiękową.

Nie czułeś się przytłoczony ogromnym rozmachem całego projektu?

Jasne, że tak! Miałem wrażenie, że ten cały film mnie przerasta. Za 150 milionów dolarów nie robi się jakiegoś pieprzonego kameralnego teatrzyku, ale gigantyczne superwidowisko. Nie wierzyłem, że ktoś byłby w stanie ogarnąć całość, a jednak Oliver Stone okazał się idealnym człowiekiem do tego zadania. Nic dziwnego, w końcu nosił "Aleksandra" w głowie przez kilkanaście lat. Od pierwszego dnia produkcji zajmował się absolutnie wszystkim: scenariuszem, scenografią, doborem obsady, konsultacją historyczną... Ja natomiast momentami czułem w głowie absolutną pustkę. Trudno mi wręcz było uwierzyć, że mam zagrać Aleksandra w filmie "Aleksander"! Zastanawiałem się czasem, czy Oliver, patrząc na mnie, nie myśli: co tu robi ten facet z farbowanymi włosami? Bez przerwy okazywało się, że jeżdżę konno nie tak, jak trzeba, że krzyczę do żołnierzy nie tak, jak trzeba, że jestem nie dość miłosierny lub nie dość okrutny, jak na władcę przystało... Nie było mowy o ulgowej taryfie, o tym, żeby coś sobie odpuścić albo bez uzgodnienia z innymi zrobić sobie przerwę na siku. Jak mówiłem, w tej ogromnej produkcyjnej machinie musieliśmy dać z siebie absolutnie wszystko.

Z dziejów Aleksandra wynika między innymi wniosek, iż człowiek przez całe życie próbuje uciec przed własną matką. Co sądzisz na ten temat?

No cóż, nie byłem w Dublinie już od pięciu lat, więc nie wiem, co z tego wynika (śmiech). Dublin to moja Macedonia. Kiedy miałem siedemnaście lat, rzuciłem wszystko wyjechałem do Australii. Częściowo dlatego, że strasznie mi się nudziło w moim rodzinnym mieście, ale trochę też, tak mi się wydaje, chciałem uciec spod matczynej opieki. Rodzicielska miłość bywa nieraz prawdziwym obciążeniem. Każda matka spodziewa się, że syn lub córka spełni jej oczekiwania, że zdobędzie dobrą pracę i wyjdzie na ludzi. Nie każdy jest w stanie wyzwolić się od takich opiekuńczych skrzydełek. Jedynym wyjściem okazuje się ucieczka, zerwanie kontaktów. Dopiero wtedy człowiek jest w stanie odnaleźć własną drogę i zacząć naprawdę samodzielnie żyć. Wówczas może powrócić do relacji z matką, ale już na innych, zdrowszych zasadach. Myślę, że na Aleksandrze ten ciężar odpowiedzialności ciążył już od najmłodszych lat. Ten człowiek był po prostu skazany na wielkość. Całe jego dzieciństwo służyło temu, by wykierować go na wspaniałego wodza, począwszy od nauk Arystotelesa po ćwiczenia wojskowe. Matczyna miłość przytłaczała go jednak do tego stopnia, że opuścił rodzinne strony. Patrząc na jego podróże, można odnieść wrażenie, że podbił pół świata tylko po to, by nie musieć wracać do domu.

Aleksander zdobył sławę i przeszedł do historii, choć żył bardzo krótko, zaledwie 32 lata. A co dla Ciebie jest ważniejsze: żyć długo, ale przeciętnie czy odejść wcześnie, ale w blasku chwały?

Aleksander i ja różnimy się pod wieloma względami (śmiech). On, w odróżnieniu ode mnie, nie miał syna i choć bardzo kochał swoich ludzi, swoją matkę, Hefajstiona, to tak naprawdę nie miał dla kogo żyć. Nie umiał usiedzieć w miejscu, coś bez przerwy pchało go do przodu, ku nowym granicom i nowym podbojom. Nigdy nie zaznał spokoju, nie wydaje mi się nawet, by był do tego zdolny. Jeśli zaś chodzi o mnie, to faktycznie, zdarzały mi się w życiu różne niezbyt chwalebne historie. Wielu uważa, że jestem na najlepszej drodze do samozniszczenia i nie doczekam starości. Ja jednak twierdzę, że będzie inaczej. Gdy na świecie pojawił się mój syn, zrozumiałem, że teraz istnieję nie dla siebie, ale właśnie dla niego. Chcę być przy nim jak najdłużej, chcę obserwować, jak rośnie, poznaje świat, uczy się. To jest dla mnie najważniejsze.

Nie zawsze jednak możesz być przy swoim synu. Praca na planie skazuje Cię na rozłąkę.

To prawda. Powiem Ci, że strasznie ciężko znoszę ten czas. Wydaje mi się, że w tym wieku dziecko jeszcze nie zdaje sobie sprawy z mojej nieobecności. Ja jednak nigdy w życiu nie tęskniłem za nikim tak mocno, jak za nim. Cóż poradzić: podpisałem kontrakty, mam pewne zobowiązania... Taka praca. Kiedy więc tylko mam wolny czas, spędzam go z małym. Siedzę przy nim, śpię z nim... Po prostu dwaj serdeczni kumple. Nawet teraz, kiedy rozmawiam z Tobą, mój synek śpi niedaleko, w pokoju hotelowym. Mam nadzieję, że kiedy podrośnie, będzie mógł podróżować ze mną po świecie. Na pewno nie dopuszczę do sytuacji, w której mały będzie zadawał pytania: Kim jest mój tatuś i dlaczego nie ma go w domu?. Zrobię wszystko, by tak się nie stało.

Niedawno Pierce Brosnan powiedział, że jego zdaniem byłbyś najlepszy jako następny odtwórca roli Jamesa Bonda. Co Ty na to?

Kiedy się o tym dowiedziałem, poszedłem do najbliższego sklepu odzieżowego i kupiłem smoking (śmiech). Później udałem się do kasyna i zamówiłem drinka. Martini, wstrząśnięte, nie mieszane. Gapiłem się w lustro, powtarzając kilka razy: Bond, James Bond (śmiech). A potem doszedłem do wniosku, że Tajna Służba Jej Królewskiej Mości chyba jednak nie chciałaby mnie zatrudnić (śmiech). Mówiąc poważnie, nie mam bladego pojęcia, o co tu chodzi. Nikt nigdy nie proponował mi tej roli. Słyszałem, że gdzieś tam Pierce wymienił moje nazwisko, ale podejrzewam, że mówił coś bez sensu (śmiech). Pewnie chciał mnie wrobić, wiedząc, że teraz każdy dziennikarz będzie pytał mnie o Bonda. Muszę to z nim wyjaśnić, kiedy się zobaczymy.

A gdyby rzeczywiście zaproponowano Ci rolę Bonda, zgodziłbyś się go zagrać?

Nie. Bond to dla mnie rzecz święta. Wychowałem się na tych filmach i dla mnie ciągle pełne są one niesamowitej magii. Gdybym zobaczył, jak to wygląda od kuchni, magia zniknęłaby bezpowrotnie. Dlatego masz moje słowo: owszem, kupię bilet na każdy następny film z agentem 007, choćby i za ostatnie pieniądze, ale sam nigdy w życiu go nie zagram.



[Yola Czaderska-Hayek]