Leonardo DiCaprio gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Gratulacje! Twój najnowszy film, "Aviator", został obsypany nagrodami i jest jednym z najpewniejszych kandydatów do Oscara. Część zaszczytów spłynęła także na Ciebie. Otrzymałeś niedawno Złoty Glob dla najlepszego aktora...

Leonardo DiCaprio: Ta nagroda jest dla mnie bardzo ważna, choćby ze względu na fakt, że dzisiaj mało który reżyser porywa się na takie produkcje, jak "Aviator". To film, w którym nie ma superbohaterów, potworów z kosmosu czy wielkich scen batalistycznych. Jest za to niebanalny bohater, fascynująca postać o poplątanym życiorysie. Biografia Howarda Hughesa do dziś interesuje wielu ludzi. Cieszę się, że wreszcie udało nam się przenieść ją na ekran.

Widzę, że Ty również znalazłeś się pod urokiem Hughesa. Powiedz, jak długo przygotowywałeś się do tej roli?

O rety, ciężko mi podać dokładny czas. Jakieś siedem, osiem lat temu przeczytałem książkę opisującą życie tego niezwykłego człowieka. Wcześniej wiedziałem o nim tylko tyle, że ostatnie lata swego życia przesiedział samotnie w hotelowym pokoju w Las Vegas, zarośnięty i z zapuszczonymi paznokciami. Po lekturze wiedziałem, że trzeba, po prostu nakręcić o nim film. Hughes jako jeden z pierwszych odważnie wkroczył w XX wiek: ryzykował życiem, oblatując kolejne modele samolotów, produkował filmy, romansował z gwiazdami Hollywood, a jednocześnie cierpiał na liczne obsesje i zespoły natręctw. Gotowy materiał na scenariusz! Pamiętam, że spotkaliśmy się z Michaelem Mannem, wtedy też pojawił się w zespole John Logan (scenarzysta "Aviatora" - YCH). Zaczęliśmy wstępnie rozmawiać na temat filmu biograficznego o Hughesie. Sprawa zaczęła się trochę przeciągać. Głównie dlatego, że sami na początku nie bardzo wiedzieliśmy, pod jakim kątem ukazać życiorys naszego bohatera. Czy przedstawić go jako szaleńca, czy jako genialnego ekscentryka? Nie ukrywam, że bardziej interesowały mnie młode lata Howarda Hughesa, jego pionierskie wyczyny zarówno za sterami samolotu, jak i w Hollywood. Michael Mann i John Logan przez kilka lat doskonalili scenariusz i gdy wreszcie trafił on w moje ręce, stwierdziłem, że mam przed sobą rewelacyjną opowieść. Bardzo zależało mi na tym, żeby zagrać Hughesa. Wtedy jednak pojawił się pewien problem: Michael Mann skończył właśnie pracę nad "Alim" i na dłuższy czas miał już serdecznie dosyć kina biograficznego. Projekt stanął pod znakiem zapytania. Zaniosłem więc scenariusz Martinowi Scorsese, z którym akurat kręciliśmy "Gangi Nowego Jorku". No i wtedy zaczęła się właściwa faza przygotowań. Przed rozpoczęciem zdjęć przeczytałem chyba wszystko, co napisano na temat Hughesa, oglądałem także zapis jego przesłuchania w Senacie. Rozmawiałem z jego byłą żoną, z ludźmi, z którymi pracował. Odbyłem także wiele spotkań z lekarzami specjalizującymi się w schorzeniach, na jakie cierpiał Howard Hughes. Sam w młodości miewałem podobne obsesje, na szczęście w delikatnej postaci (śmiech), więc przynajmniej z grubsza potrafiłem wczuć się w położenie tego człowieka.

Niemal każdy film z Twoim udziałem staje się wydarzeniem. Czym kierujesz się, wybierając kolejne role?

Na samym początku kariery cieszyłem się, że w ogóle mogę grać przed kamerą. Nigdy nie wybierałem ról lekkomyślnie, wydaje mi się jednak, że teraz nabrałem pewnej dojrzałości, wyrafinowania, jeśli chodzi o kino. Z całą pewnością nie interesują mnie taśmowe, schematyczne produkcje, które zapomina się w pięć minut po obejrzeniu. Pracując z Martinem Scorsese, oglądając stare filmy, człowiek nabiera szacunku do klasyki i zaczyna zadawać sobie pytanie: co sprawia, że właśnie te tytuły stanowią o świetności kina? Dlaczego po niemal stu latach od ich nakręcenia wciąż ogląda się je z przyjemnością? Takie właśnie filmy interesują mnie najbardziej. Jeżeli mam wyjść na plan i poświęcić swój czas i umiejętności na zrealizowanie jakiegoś projektu, to chcę, aby był to film, który zapadnie ludziom w pamięć. Aby po latach mogli do niego wracać i czerpać z tego przyjemność. A odpowiadając konkretnie na Twoje pytanie - jeśli mam przyjąć rolę, produkcja musi spełniać trzy warunki: po pierwsze, dobry scenariusz; po drugie, dobry reżyser; po trzecie, dobrzy aktorzy, z którymi można grać.

Wspomniałeś coś na temat dojrzałości. Właśnie, obserwując Twoją karierę, zauważyłam, że w kolejnych filmach wyraźnie wydoroślałeś. Czego Twoim zdaniem trzeba, aby chłopiec mógł stać się mężczyzną?

Bo ja wiem... Męskości? (śmiech) Niedawno skończyłem trzydzieści lat i wszyscy mnie pytają, czy wreszcie już czuję, że dorosłem (śmiech). Siłą rzeczy człowiek dorasta w przyspieszonym tempie, jeśli na przykład musi na ekranie pokazać dwadzieścia lat z czyjegoś życia. W przypadku Howarda Hughesa przemiana jest o wiele radykalniejsza, jako że na początku jest to czarujący bawidamek i odważny lotnik, kończy zaś jako ludzki wrak, osamotniony i skłócony z całym światem. Teraz sobie wyobraź, przez co musiałem przejść, jednego dnia grając Hughesa z lat 40., z dorobionym zarostem i paznokciami, a następnego dnia wcielając się w Hughesa z lat 20. z młodzieńczą, gładko ogoloną twarzą. Przechodziłem taką huśtawkę przez pół roku.

Realizacja 'Aviatora" wymagała od Ciebie zatem sporo emocjonalnego wysiłku... Nie miałeś żadnych oporów?

Nie. Po pierwsze wiedziałem, że Martin Scorsese idealnie mnie poprowadzi. Martin ceni wielowymiarowe, niebanalne postacie. Szczególnie zaś uwielbia wydobywać na wierzch to, co kryje się w ich wnętrzu: rozmaite fobie, lęki, obsesje. Poza tym lubi pracować z aktorami, który oddają się swojej pracy autentycznie i ze szczerego serca. W moim przypadku zaś, jak już mówiłem, pasja szczególnie dała o sobie dać. Naprawdę chciałem zagrać Howarda Hughesa i Martin to widział. Zależało mi na tym do tego stopnia, że bez wahania byłem gotów spełniać wszystkie, nawet najdrobniejsze polecenia reżysera (śmiech).

Rozumiem, że studiując życiorys Hughesa, poznałeś też wiele tajników awiacji. Czy odkryłeś w sobie żyłkę pilota?

Nie. Kiedy z Martinem Scorsese przygotowywaliśmy się do zdjęć, rzuciłem pytanie: 'Jak widzę, znasz się na lotnictwie?'. On zaś stwierdził; 'Nie mam o tym pojęcia' (śmiech). I dodał: 'Ale kiedy kręciłem "Wściekłego byka", nie miałem też pojęcia o boksie'. Najważniejsza w tym filmie jest postać głównego bohatera. Nie trzeba umieć latać. A tak na marginesie, to podczas kręcenia zdjęć ani razu nie wzbiłem się w powietrze (śmiech). Poważnie! Nie pozwolili mi prowadzić takich fajnych starych samolotów. Bóg jeden wie czemu (śmiech). Naprawdę nie miałbym nic przeciwko temu, ale producenci woleli nie ryzykować. W sumie nie dziwię im się, latanie takimi maszynami wiąże się z poważnym niebezpieczeństwem. Howard Hughes autentycznie narażał na szwank swoje życie i zdrowie. Czterokrotnie rozbił samolot, a trzy razy otarł się o śmierć. Niesamowita rzecz. To był autentyczny pionier, który przecierał szlaki swoim następcom. Między innymi dlatego mnie fascynuje. Od początków ubiegłego wieku medycyna poczyniła znaczne postępy. Niewykluczone, że gdyby Hughes żył w dzisiejszych czasach, zostałby wyleczony. To prawda, pozostaje jednak pytanie, czy gdyby nie jego obsesje, osiągnąłby to wszystko. Howard Hughes maniakalnie dążył do perfekcji w każdej dziedzinie. Zbudował największy samolot, wyprodukował najdroższy film i został pierwszym miliarderem w Ameryce. Po prostu musiał być najlepszy. Jest bardzo prawdopodobne, że gdyby lekarze pomogli mu pozbyć się zespołu natręctw, osunąłby się w przeciętność.

< Nie przeszkadza Ci, że mimo wszystkich filmów, które nakręciłeś, nadal mówi się o Tobie: Leonardo DiCaprio, gwiazdor "Titanica"?

"Titanic" był niesamowitym osiągnięciem. Zarobił tyle pieniędzy i zdobył popularność w tylu krajach, że naprawdę trudno porównać tę produkcję z jakąkolwiek inną. Do dziś jestem pod wrażeniem tego, w ilu kręgach kulturowych ta opowieść wycisnęła ludziom łzy z oczu. Odbyłem wiele podróży po świecie i rzeczywiście, nawet w najdalszych zakątkach, nawet w południowoamerykańskiej dżungli, ktoś mnie rozpoznawał i mówił: 'O rany, to ten DiCaprio z "Titanica"!'. (śmiech) To niesamowite. Dlatego nie przeszkadza mi wcale, że ludzie powiązali mnie na zawsze z tym filmem. "Titanic" to część mojego życia, nie mógłbym się go wyprzeć. Dał mi gigantyczną popularność, a co za tym idzie, także okazję do publicznego wygłaszania swoich poglądów na różne sprawy. Biorę udział w kampanii na rzecz ochrony środowiska, działam też w programie pomocy dzieciom chorym na raka... Większa jest szansa, że ludzie zwrócą uwagę na te ważne zjawiska, jeśli w związku z nimi pojawi się nazwisko jakiegoś sławnego aktora. Dlatego też i pod tym względem "Titanic" przyniósł sporo pożytku. No, a tak przy okazji nadal uważam, że to całkiem niezły film. Jeśli chcesz przekazać ludziom coś ważnego, możesz także wybierać takie produkcje, które poruszają istotne tematy... Nie do końca tak. Owszem, treść i wymowa to dla filmu bardzo ważne sprawy. To jednak nie wszystko. Z całą pewnością nie zdecyduję się zagrać w knocie tylko dlatego, że jego wymowa jest głęboko słuszna. Mówiłem Ci o trzech czynnikach: scenariusz, reżyser, aktorzy. To stawiam na pierwszym miejscu. Jeżeli będę odczuwał potrzebę przekazania światu czegoś istotnego, zawsze mogę zwołać konferencję prasową albo zedrzeć z siebie ubranie w miejscu publicznym, wołając: 'Ochrońmy wieloryby' (śmiech).

Jesteś bez wątpienia jednym z najsławniejszych - i najlepiej zarabiających - młodych aktorów współczesnego kina. Jakie znaczenie mają dla Ciebie pieniądze?

Są dla mnie bardzo ważne, głównie dlatego, że dzięki nim mogę sobie pozwolić na artystyczną swobodę w doborze ról. Nie muszę grać w przeciętnych, komercyjnych filmach tylko po to, żeby zarobić na życie. Z całą pewnością jednak pieniądze nie są dla mnie celem samym w sobie. Prowadzę normalne, spokojne życie. Nie mam prywatnego odrzutowca, nie kupuję luksusowych posiadłości i wciąż jeżdżę tylko jednym samochodem, Toyotą Prius (śmiech). Zamierzam w ciągu mojej kariery uzbierać pokaźną sumę i przeznaczyć ją na jakiś charytatywny cel - może na przykład na ochronę środowiska? Zobaczymy. W każdym razie, umówmy się za jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat; kiedy się wtedy spotkamy, będę mógł powiedzieć Ci na ten temat coś konkretniejszego.



[Yola Czaderska-Hayek]