Dennis Quaid gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Cieszę się, że mam okazję spędzić trochę czasu "W doborowym towarzystwie" Dennisa Quaida. W swoim najnowszym filmie grasz mężczyznę w średnim wieku, który nagle dowiaduje się, że w pracy spisano go na straty. Nie boisz się, że któregoś dnia przestaniesz dostawać role, bo na Twoje miejsce przyjdą nowi, młodsi aktorzy?

Dennis Quaid: Sporo się mówi o panującym w Hollywood kulcie młodości. Myślę, że w mojej branży kobiety o wiele ciężej znoszą wiekową dyskryminację. Mężczyznom udaje się o wiele dłużej utrzymać się na powierzchni. Tak już jest. Oczywiście pewnego typu role są już dla mnie nieosiągalne, bo co tu dużo mówić, latka jednak lecą. Ale ta sytuacja ma także dobrą stronę: do ról, które grywam, raczej ciężko zaangażować 25-letnich aktorów. Nie muszę więc zamartwiać się nocami, że wygryzie mnie jakiś młodzik.

"W doborowym towarzystwie", mimo komediowego tonu, porusza bardzo ważny temat: czy można skreślić człowieka tylko dlatego, że skończył 50 lat?

...i zastąpić go kimś młodszym, komu zapłaci się dwa razy mniej? (śmiech) Podczas pracy na planie wiele razy zastanawiałem się, co bym zrobił, gdybym znalazł się w sytuacji mojego filmowego bohatera. Dan Foreman przez całe życie wierzył w swoją pracę, poświęcił dla niej naprawdę sporo, a pewnego dnia po prostu został wyrzucony na śmietnik. Wydaje mi się, że wielu widzów, nie tylko w średnim wieku, styka się na co dzień z podobnymi sytuacjami. Być może dlatego film "W doborowym towarzystwie" został tak ciepło przyjęty.

Jest także inny powód: hollywoodzki film krytykujący wielkie korporacje to dość nietypowe zjawisko.

Spotkałem się też i z takim osądem - że "W doborowym towarzystwie" to konfrontacja bezdusznych korporacji i biznesu z ludzką twarzą. Popatrz, jak dzisiaj załatwia się interesy: telekonferencje, e-maile, komputery, telefony komórkowe... Wszystkie te nowoczesne gadżety oddalają ludzi od siebie. W zapomnienie odchodzą tacy faceci, jak Dan, którzy wolą wsiąść w samolot, przelecieć na drugi koniec Stanów i spotkać się z kimś osobiście, twarzą w twarz. Dla nich liczy się kontakt z żywym człowiekiem. Korporacje tymczasem sprowadzają wszystko do szeregu cyferek - włącznie z ludźmi, których można dowolnie przestawiać z miejsca na miejsce, a w razie konieczności zastąpić kimś innym. Jak już wspominałem: wielkie firmy wolą zatrudniać młodszych pracowników, bo wtedy mogą im płacić mniej, a poza tym nie muszą przejmować się ich nadchodzącą emeryturą. To właśnie pokazuje nasz film: że w korporacji ludzkie życie traci wartość w zestawieniu z rachunkami.

Zdarzyło Ci się kiedykolwiek stracić pracę?

Dawno temu, kiedy jako dzieciak pracowałem w restauracji. Ale i tak nie miałem zamiaru zagrzewać tam miejsca. Podjąłem wtedy właśnie decyzję, że zostanę aktorem i planowałem już przeprowadzkę do Los Angeles. Dlatego strata pracy niczego w moim życiu nie zmieniła.

W odróżnieniu od Dana, którego grasz, Twoja kariera wydaje się dopiero teraz nabierać prawdziwego rozpędu...

Też odnoszę takie wrażenie. Ostatnie cztery lata były naprawdę fantastyczne. Po długim, długim przestoju czuję, że nabrałem wiatru w żagle. Dzięki sukcesom takich produkcji, jak "Daleko od nieba" moja sytuacja znacznie się poprawiła. Dostaję coraz ciekawsze role, kręcę coraz ciekawsze filmy... Oby tak dalej!

Dan Foreman to typowy pracuś: codziennie wstaje rano, dojeżdża do biura metrem, siedzi przy biurku od dziewiątej do piątej... Mam wrażenie, że tego rodzaju tryb życia to dla Ciebie rzecz nieco egzotyczna.

Podziwiam takich ludzi, jak Dan. To prawdziwi bohaterowie naszej cywilizacji. Dzień w dzień tłoczą się w przepełnionym metrze czy w pociągu, i swoją mrówczą pracą popychają świat do przodu. Dan poza tym lubi swoją robotę, naprawdę wkłada w nią serce. Mnie akurat tego typu zajęcie odpowiadałoby raczej średnio (śmiech), ale gdyby nie tacy Danowie, wszystko stanęłoby w miejscu. Trzeba naprawdę olbrzymiej wytrzymałości, aby robić to samo przez 20, 30 lat. Dodatkową motywacją Dana jest chęć zapewnienia godziwego bytu rodzinie - i pod tym względem doskonale go rozumiem.

Jeżeli tryb życia i zajęcie Dana były Ci obce, to jak przygotowywałeś się do tej roli? Chodziłeś po biurach i podpatrywałeś pracowników?

Bez przesady! Większość opisanych w scenariuszu scen miała na tyle uniwersalny charakter, że mimo powierzchownych różnic mogłem je bez trudu odnieść do mojej osoby. Zastanawiałem się, jak ja bym zachował się, mając wrażenie, że ziemia rozstępuje mi się pod nogami. Co bym zrobił, by nawiązać kontakt z własnym dzieckiem. Jak poradziłbym sobie ze zranioną dumą i obawami o przyszłość. Oczywiście, pewne typy zachowań zaczerpnąłem od ludzi ze swego otoczenia. Nawet nie wiedzą o tym, że ich skopiowałem! (śmiech)

W bardzo naturalny sposób przyjęliście ze Scarlett Johansson relację: rodzic-dziecko.

Zacznijmy od tego, że poza ekranem, na co dzień też udzielam się w roli ojca. Wychowuję przecież dwunastoletniego syna. Mam więc pewne doświadczenie, jeśli idzie o kontakty z dzieciakami. Mogę to doświadczenie wykorzystać w swojej pracy. Wiem doskonale, że Jack, mój syn, już wkrótce rozpocznie samodzielne życie i wyfrunie z gniazdka. Trochę boję się tego momentu, bo wiem, że bardzo mi będzie brakować mojego chłopaczka. Ciągle myślę o nim jak o małym dziecku i nic na to nie poradzę. Dla mnie zawsze będzie moim malutkim synkiem. W podobny sposób Dan myśli o swojej filmowej córce, którą gra Scarlett. To jego mała dziewczynka. Trudno mu pojąć, że coś się mogło zmienić.

Jak Ci się wydaje: czy w odniesieniu do swoich synów mężczyźni bywają równie nadopiekuńczy?

Nie, z synami jest zupełnie inaczej. Tatusiowie raczej zachęcają ich, żeby oglądali się za dziewczynami. Z kolei ojcowie córek najchętniej chowaliby je pod kloszem, bo dobrze wiedzą, o czym myślą faceci (śmiech). Ten koszmar nie ma końca (śmiech).

Mówiąc o swoim synu, wspomniałeś, że już wkrótce rozpocznie on własne życie. Nie dochodzi między Wami do konfliktu pokoleń?

Na szczęście nie. Powiem więcej: mój syn jest tak rozbrajająco otwarty - o wiele bardziej, niż ja, kiedy byłem w jego wieku - i nie ma przede mną żadnych tajemnic. Mam nadzieję, że nie zatraci tej cechy, kiedy będzie wchodził w dorosłość. Jest ze mną szczery do tego stopnia, że czasami muszę go powstrzymywać: "Daj spokój, nie mów mi wszystkiego, zachowaj coś dla siebie" (śmiech).

Niedawno ponownie się ożeniłeś. Jakie to uczucie? Masz wrażenie, że rozpocząłeś nowy etap w życiu?

To fantastyczne: skończyłem 50 lat i wreszcie znalazłem bratnią duszę. Kimberley to rewelacyjna kobieta. To ona popycha mnie do przodu, dzięki niej chce mi się żyć. Mamy wiele wspólnego, jako że obydwoje pochodzimy z Teksasu i w wielu sprawach rozumiemy się bez słów. Kupiliśmy kawałek ziemi w Austin, zamierzamy tam się osiedlić. Poza tym Kimberley nie przeszkadza mój tryb życia, chętnie podróżuje po świecie wraz ze mną.

Kim jest z zawodu?

Jest spoza mojej branży, handluje nieruchomościami. Powiem Ci szczerze, że bardzo mnie to cieszy, że Kimberley nie ma nic wspólnego ze światem filmu. Dzięki temu potrafię spojrzeć na swoje życie, na swoją pracę z zupełnie innej perspektywy. Mocniej stąpam po ziemi. Kimberley stworzyła mi prawdziwy dom.

Sami zajęliście się organizacją Waszego ślubu...

Urządziliśmy całą imprezę w Montanie. Wszystko udało nam się do tego stopnia, że z dumą patrzyliśmy na czyste niebo, wiedząc, że nie śledzą nas paparazzi w helikopterach. Tak naprawdę nawet nasi goście nie mieli pojęcia, że przyjeżdżają na ślub. Wydawało mi się, że to po prostu zwykły wypad w góry, żeby pojeździć na nartach. Dopiero na miejscu dowiedzieli się prawdy.

Media dopiekły Ci do tego stopnia, że wziąłeś ślub z dala od cywilizacji?

To nie tak. Fotografowie nigdy jakoś nie polowali na mnie z aparatami, choć znam osoby, które nieustannie padają ofiarą takich łowów. Wydaje mi się, że wielu aktorów - świadomie bądź nie - szuka okazji, żeby zaistnieć w mediach. Na tym, między innymi, polega kreowanie wizerunku, zdobywanie popularności. Innymi słowy, flirtowanie z mediami to nieodzowna część tego zawodu. Ja nie narzekam. Mam swoje życie, swoją rodzinę. To dla mnie najważniejsze.

Wróćmy jeszcze na moment do filmu: w kilku scenach grasz w tenisa i w koszykówkę. Jak radzisz sobie ze sportem?

Co tydzień chodzimy z synem na lekcje tenisa. Na korcie regularnie dostaje ode mnie łomot, ale weź poprawkę, że ma dopiero 12 lat. Coraz lepiej sobie radzi i już niedługo będę musiał się ostro starać, żeby go pokonać. Jeśli natomiast chodzi o koszykówkę, to od razu mówię, że w tej dyscyplinie jestem beznadziejny. Knocę najprostsze zagrania.

W tym przypadku jednak musiałeś wyjść przed kamerę i zagrać...

To akurat najmniejszy problem. Byłem dziwnie spokojny, że chłopcy od zdjęć coś wymyślą, żeby nie było widać moich błędów. W końcu wyrażenie "magia kina" nie wzięło się z niczego...

A co z golfem? Przecież to Twoja wielka pasja!

No właśnie! Podczas realizacji "W doborowym towarzystwie" nakręciliśmy scenę na polu golfowym i... wyleciała w montażu! Nie mogłem w to uwierzyć. Uważam się za całkiem niezłego golfistę i kiedy nadarzyła się okazja, żeby zabłysnąć, okazało się, że scena niepotrzebnie wydłuża film i trzeba ją usunąć.

Widzę, że lubisz popisywać się na ekranie licznymi umiejętnościami. W "Locie Feniksa" grałeś pilota, a sam przecież jesteś zapalonym lotnikiem.

To prawda. W kabinie pilota - prawdziwej czy filmowej - czuję się jak w domu. Pobyt w Afryce stanowił doskonałą okazję, żeby polatać trochę nad pustynnym krajobrazem. Nie masz pojęcia, jak wyglądają tamtejsze lotniska! To właściwie nawet nie lotniska, ale po prostu pasy żwiru. Czasami, żeby wylądować, trzeba było włączyć syrenę, żeby przepędzić żyrafy (śmiech). Wychowałem się w Teksasie, jestem więc przyzwyczajony do widoku rozległych równin, powiem Ci jednak, że nic nie da się porównać z pustynią w Namibii! Wbrew temu, co powszechnie sądzi się na ten temat, afrykańska pustynia nie stanowi nieruchomego terenu. Piasek niemal bez przerwy się przemieszcza, fałdy zmieniają kształt. Spędziłem sporo czasu, obserwując kształtowanie się wydm. To było jak długi, nie kończący się sen.

Skoro o śnie mowa, to chcę Cię na koniec spytać o tak zwany "amerykański sen". Komedia "W doborowym towarzystwie" pokazuje, jak łatwo marzenie może zmienić się w koszmar.

Robienie interesów, kariera, bogacenie się to nieodłączne składniki "amerykańskiego snu". Ale jak już wspomniałem, korporacje zmieniły szlachetną rywalizację w nieustanny wyścig szczurów. Mimo to wydaje mi się, że "amerykański sen" nie stracił na wartości. Nadal istnieją ludzie, dla których ważna jest uczciwość, etyka, moralne zasady. Nasz film opowiada właśnie o zwyczajnych ludziach i zwyczajnych sytuacjach, które z pozoru nie są godne uwagi, kiedy jednak bliżej im się przyjrzeć, tworzą wielką, uniwersalną i bardzo mądrą historię.



[Yola Czaderska-Hayek]