Uma Thurman gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: W filmie 'Be Cool' znowu tańczysz z Johnem Travoltą. Jak długo przygotowywaliście się do tej sceny?

Uma Thurman: Szczerze? Jakieś pół godziny (śmiech). Nie dłużej. John wpadł na pomysł, żebyśmy odegrali scenę taneczną w latynoskich rytmach. Czegoś takiego jeszcze nie robił, choć, jak wiesz, dorobek ma w tej dziedzinie naprawdę bogaty. Poza tym chcieliśmy uniknąć oczywistych nawiązań do 'Pulp Fiction'. Jasne, wiem, że cała ta scena jest jednym wielkim nawiązaniem, zależało nam jednak, aby zachowała samodzielny charakter. Tak naprawdę to dwie kompletnie różne sekwencje. W 'Pulp Fiction' obydwie postacie były pod wpływem narkotyków i na parkiecie unikały zbliżenia. Tutaj natomiast widać, że coś je do siebie przyciąga. Pomysł bardzo nam się podobał i w praktyce wyglądało to tak, że posłuchaliśmy z Johnem tej piosenki, a potem wyszliśmy na parkiet i zrobiliśmy swoje.

Twoja postać w 'Be Cool' obraca się w branży muzycznej. Masz jakiś talent w tym kierunku?

Jeśli chodzi o muzyczny talent, to potrafię tańczyć (śmiech). Jestem beznadziejna. Z drugiej strony, jak dotąd w żadnym filmie nikt nie musiał podkładać za mnie głosu, więc może nie jest jeszcze tak źle.

W Hollywood plotkuje się, że John Travolta ma ręce uzdrowiciela. Wierzysz w to?

Wiesz, że coś jest na rzeczy? Wiele razy, kiedy byłam zmęczona na planie, kładł mi dłonie na barkach i od razu czułam się lepiej. Ma w sobie jakąś pozytywną energię. Kochany z niego człowiek. Gdy dostałam rolę w 'Be Cool', ucieszyłam się, że znów mogliśmy zagrać razem. Poza pracą nie widujemy się zbyt często, ale mam do niego ogromną słabość. To kawał przystojnego faceta, a jednocześnie nie wstydzi się swojej wrażliwości. Uwielbiam go. Mógłby pracować jako żywa reklama scjentologii. Wydaje się taki pogodny, spełniony... Nie należę, jak wiesz, do wspólnoty scjentologów, ale czasami, kiedy z nim rozmawiam, aż mnie kusi, żeby spróbować. Skoro na Johna tak dobrze to działa, to mnie chyba nie zaszkodzi?

W 'Kill Bill' grałaś twardą i samodzielną wojowniczkę. W 'Be Cool' zaś wcielasz się w słabą kobietkę, dla której jedynym oparciem jest silny mężczyzna...

Brzmi uroczo, prawda? Ale która kobieta nie chciałaby spotkać takiego faceta, jak Chili Palmer? Jest niesamowity: pewny siebie, twardo stąpa po ziemi, potrafi zapewnić bezpieczeństwo... A do tego ma piekielny sex appeal. Dlatego rola w 'Be Cool' to dla mnie bardziej zabawa, niż praca. Spełnienie fantazji o idealnym mężczyźnie. Nie wspominam już o tym, że o odróżnieniu od mojej poprzedniej produkcji, tym razem nikt mnie nie bił, nikt do mnie nie strzelał i nikt nie zakopywał w grobie (śmiech).

A zatem od Czarnej Mamby bliższa Ci jest Edie z 'Be Cool'?

Nie mam absolutnie nic przeciwko temu, by mężczyzna dal mi oparcie. Zresztą teraz jestem w związku z fantastycznym facetem, który ma dla mnie dużo serca i zawsze jest przy mnie, kiedy go potrzebuję.

Jak uważasz, czy popularność zmieniła coś w Twoim życiu?

Mam wrażenie, że sława trochę mnie rozpieściła. Uwielbiam zaspokajać swoje zachcianki. Lubię kupować drogie rzeczy, weszło mi to w nawyk. Czasem myślę sobie, że któregoś dnia to wszystko się skończy, że pieniądze znikną i że idąc do sklepu, będę musiała ograniczyć się tylko do niezbędnych zakupów. Każda gwiazda prędzej czy później pójdzie w odstawkę. I co wtedy? Nie mam pojęcia i prawdę mówiąc, na razie niezbyt często się nad tym zastanawiam. Nie wyobrażam sobie innej pracy. Płacą mi za to, co lubię. I jeszcze coś: popularność ma to do siebie, że wystarczy byle drobiazg, jakieś słowo lub gest, by dzięki tobie ludzie poczuli się szczęśliwi. Dla normalnego, szarego człowieka to niezwykłe przeżycie móc porozmawiać z gwiazdą choćby tylko przez chwilę. Cieszę się, jeśli w ten sposób mogę poprawić komuś nastrój... Wiesz co, trudno mi się odpowiada na Twoje pytanie, bo siedzę w tym biznesie od tak dawna, że ciężko się zdobyć na spojrzenie z dystansu. Tak naprawdę wcale nie czuję się sławna. To po prostu moja praca.

Skoro więc o tym mowa, nad czym teraz pracujesz?

Skończyłam niedawno zdjęcia do filmu 'Prime'. Mówię o nim 'dramedia', bo zawiera elementy i komedii, i dramatu. Rzecz jest na etapie montażu, więc trudno mi powiedzieć, jaka tonacja będzie przeważać. Gram razem z Meryl Streep, którą uwielbiam od zawsze. Jest też w obsadzie chłopak, na razie mało znany, ale świat jeszcze o nim usłyszy. Nazywa się Bryan (chodzi o Bryana Greenberga - Y.Cz.-H.). Muszę powiedzieć, że o ile marzyłam o tym, żeby wreszcie kiedyś zagrać z Meryl, o tyle, kiedy marzenie stało się faktem, poczułam się potwornie onieśmielona. Nie mogłam uwierzyć, że występuję u boku mistrzyni. Na szczęście wzięłam się szybko w garść i bardzo przyjemnie wspominam tę współpracę.

Powiedz coś więcej o samym filmie.

W telegraficznym skrócie: to opowieść o dziewczynie po trzydziestce, która przeżywa życiowy kryzys. Jest rozwiedziona, nieszczęśliwa, nie ma dzieci i chodzi do terapeutki - którą gra Meryl Streep. I wtedy bohaterka spotyka fantastycznego faceta. Zaczyna się romans. No i potem w gabinecie terapeutki bohaterka zaczyna opowiadać, jaki to fantastyczny gość, jaki jest świetny w łóżku i tak dalej. Ale nie wie o tym, że terapeutka jest jego matką (śmiech). I wtedy się dopiero zaczyna.

A co z 'Producentami'? Przygotowujesz przecież nową wersję słynnego musicalu Mela Brooksa...

Praca nad 'Producentami' trwa cały czas. I powiem Ci szczerze: jest to najfajniejsza rzecz, w jakiej brałam dotąd udział. Nie wyobrażałam sobie, że zagram w musicalu, chociaż podświadomie zawsze o tym marzyłam. To niesamowite: wyjść na scenę i nagle poczuć się jak Ginger Rogers. Taniec nie sprawia mi trudności, ale w kilku scenach choreografia stanowi spore wyzwanie. Dlatego codziennie ćwiczę - śpiew także, chociaż, jak mówiłam, z tym może być różnie. Realizacją 'Producentów' zajmuje się cały tłum ludzi, i w odróżnieniu od swoich ekranowych odpowiedników są bardzo skupieni i świetnie zorganizowani. Coś niesamowitego - dopracowują wszystko do najmniejszego szczegółu.

Jednym słowem: masz dług u Nicole Kidman?

O, tak! (w grudniu 2004 Nicole Kidman odeszła z obsady 'Producentów'; jej miejsce zajęła Uma Thurman - Y. Cz.-H.). Poza tym zdjęcia kręcone są w Nowym Jorku, więc mam blisko do pracy (Uma mieszka w Nowym Jorku od 1985 roku - Y. Cz.-H.).

A co z Twoim akcentem? Ulla, czyli postać, którą grasz w remake'u 'Producentów', w filmie Mela Brooksa miała koszmarny szwedzki akcent...

Oj, z tym może być kłopot! Jeszcze nie osiągnęłam odpowiedniego efektu. Zwłaszcza, że nie chodzi o realistyczny szwedzki akcent, tylko o coś kompletnie absurdalnego. Jakiś bełkot w rodzaju: gute dag dig coś tam, coś tam. To chyba nawet nie jest po szwedzku, ale język można sobie połamać. Na szczęście mam jeszcze dużo czasu. Odbywam mnóstwo sesji z instruktorem wymowy. Poradzimy sobie.

Wspomniałaś o tym, że prędzej czy później każda gwiazda pójdzie w odstawkę. Naprawdę nie masz żadnego planu B na taką ewentualność?

Kiedyś mało nie popadłam w paranoję, zamartwiając się bez przerwy, co to będzie, kiedy wreszcie powiedzą mi: 'pani już dziękujemy'. I właśnie dlatego dzisiaj nie mam żadnego planu B. Nie potrzebuję go. Mój plan A sprawdza się doskonale, a polega on na tym, aby cieszyć się tym, co przynosi życie. Nie chcę psuć sobie nastroju jakimiś negatywnymi odczuciami, jakimiś bezsensownymi obawami. Poślą mnie na zieloną trawkę? Trudno, znajdę sobie wtedy jakieś inne zajęcie. Nie będę lamentować i za wszelką cenę trzymać się minionej sławy. Zamknę za sobą drzwi i odetchnę z ulgą (śmiech).

Jak Ty to robisz, że wyglądasz tak dziewczęco i naturalnie?

Mam dobre makijażystki (śmiech). O jejku, nie wiem, co powiedzieć. Nie znam żadnych sekretnych przepisów na temat urody. Dbam o siebie tak, jak każda kobieta. Być może teraz powinnam poświęcić temu trochę więcej uwagi, bo za chwilę kończę 35 lat (Uma Thurman ma urodziny 29 kwietnia - Y.Cz.-H.), więc sama rozumiesz, najwyższy czas... (śmiech) Lubię dobrze zjeść, zwłaszcza potrawy z różnych stron świata, i ostatnio przyłapałam sie na tym, że zaczynam wyglądać jak Miss Piggy. Aha, i niedawno wreszcie rzuciłam palenie (śmiech). Walczyłam z tym nałogiem przez pół życia. Tyle razy sobie powtarzałam, że papierosy naprawdę szkodzą na cerę, że papierosy są złe... i nic. Aż wreszcie raz się sprężyłam i udało mi się. Co poza tym? Może jeszcze kwestia szczęścia. Moja mama była piękną kobietą, a ojciec przystojnym mężczyzną. Urodę odziedziczyłam po nich. No i powtórzę, tym razem poważnie: mam dobre makijażystki, które wiedzą, co wyeksponować, a co ukryć.

Chciałabyś, aby Twoje dzieci również wybrały aktorstwo?

Wiem, przez co sama przeszłam, więc trudno mi powiedzieć. Każdy rodzic boi się o swoje dzieci i chciałby im oszczędzić zmartwień. A zawód aktora, jak mało który, obfituje w troski i rozczarowania. Cóż, jeżeli okaże się, że mają talent i predyspozycje w tym kierunku... Dlaczego nie?

Jak godzisz pracę na planie z rodzicielskimi obowiązkami?

Moja mama żartuje, że kiepska ze mnie matka, bo zazwyczaj jest tak, że rodzice są surowi dla swoich pociech, a dziadkowie je rozpuszczają. Tymczasem według niej ja już tak rozpieściłam swoje maluchy, że jej, jako babci, nie zostało już nic do roboty. Sama nie wiem. Być może na wiele im pozwalam, ale jakoś nie zauważyłam, żeby źle się zachowywały. Pewnie powinnam je uczyć, że przy stole siedzi się prosto i tak dalej, ale zawsze potrafią mnie rozbroić. Pewnie, jak tak dalej pójdzie, wychowam sobie dwa potwory...

Co pragnęłabyś im przekazać?

Chciałabym, żeby moje dzieci były szczęśliwe. Żeby spełniały się w tym, co robią, żeby doskonaliły się i żeby swoim szczęściem dzieliły się z innymi. Przede wszystkim jednak pragnę ich szczęścia.



[Yola Czaderska-Hayek]