Denzel Washington gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Jak oceniasz swój najnowszy film, 'Kandydat', porównując go z pierwowzorem z 1962 roku (w Polsce ten film znany jest pod tytułem 'Przeżyliśmy wojnę' - Y. Cz.-H.)?

Denzel Washington: Trudno mi powiedzieć. Nie widziałem tamtego filmu.

Żartujesz!

Nie, naprawdę go nie widziałem. Kiedy byłem młodszy, jakoś mnie nie do niego nie ciągnęło. Gdy zaś przeczytałem scenariusz 'Kandydata', pomyślałem sobie: 'To fantastyczna historia'. I tym bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, żeby nie oglądać 'Przeżyliśmy wojnę'. Nie chciałem się sugerować tamtymi rozwiązaniami, tamtą fabułą. Z drugiej strony nie chciałem też się ograniczać, myśląc: 'Nie mogę tego pokazać, bo to samo zrobili już w wersji sprzed 40 lat'. Zależało mi na świeżym podejściu, świeżej interpretacji. A także na tym, by ludzie oceniali 'Kandydata' jako samodzielne dzieło, bez konieczności porównywania go z filmem z 1962 roku.

Od nakręcenia pierwszej wersji 'The Manchurian Candidate' upłynęło, jak sam powiedziałeś, 40 lat. Przez ten czas sporo się zmieniło w Ameryce...

Czyżby? Szczerze mówiąc, nie jestem tego zdania. Zmieniło się może tyle, że dzisiaj ludzie mają większy dostęp do informacji. Gazety, telewizja, Internet pełne są wiadomości wszelakiego rodzaju. Dlatego też czytelnicy czy widzowie w większym stopniu zdają sobie sprawę z tego, co naprawdę dzieje się na świecie. Z tego, że coraz więcej władzy zagarniają wielkie ponadnarodowe korporacje. Bodajże w 'Roku 1984' Orwell pisał o świecie kontrolowanym przez dziesięć wielkich firm. I co? Książkę wydano w latach 40., a czyta się ją, jakby powstała wczoraj. Pobudza ludzi do myślenia, a przy okazji jest świetnie napisana. Temat jest więc, jak widać, uniwersalny. Mimo upływu czasu pewne rzeczy nie zmieniają się.

Z reżyserem Jonathanem Demme zetknąłeś się już kiedyś przy 'Filadelfii'. Jak wam się pracowało razem po długiej przerwie?

Jonathan ma w sobie ogromnie dużo ciepła. Sprawia, że plan filmowy staje się bardzo przytulnym, sympatycznym miejscem. Poza tym, jako doświadczony reżyser, umie pozwolić aktorom na kreatywność, docenia nasze pomysły. Po tym, jak pracowaliśmy razem przy 'Filadelfii', szukałem okazji, by znów nakręcić z nim jakiś film. I kiedy wpadł mi w ręce scenariusz 'Kandydata', pomyślałem o Jonathanie. Wraz z producentem, Scottem Rudinem, naradzaliśmy się, kto powinien stanąć za kamerą. Scott miał parę propozycji, ale na pierwszym miejscu wymienił nazwisko: Jonathan Demme.

Z filmu wynika, że polityk z pierwszych stron gazet to bezwolna kukła z wypranym mózgiem. Nie obawiasz się, że wywołasz w ten sposób kontrowersje?

Nie. Zupełnie. Nie spędza mi to snu z powiek. Wszyscy mnie pytają: 'Jak myślisz, co ludzie wyniosą z tego filmu?'. Odpowiadam: 'To, co sami wniosą' (śmiech). Nakręciłem wystarczająco wiele filmów, by wiedzieć, że nie należy mówić ludziom, co mają myśleć. Mogę oczywiście powiedzieć, co sam myślę na dany temat, ale nie znaczy to, że wszystkim ma się podobać mój pogląd. Ktoś mówił mi niedawno: 'Mam wrażenie, że Meryl Streep naśladuje w tym filmie Hillary Clinton. Mają identyczne fryzury' (śmiech). No i dobrze, jeśli ktoś wysnuwa taką interpretację, niech mu będzie!

Czy według Ciebie przedstawione w filmie sposoby kontroli umysłu mają szansę na zaistnienie w rzeczywistości?

Nie wiem. Mam nadzieję, że nie. Istnieją różne elektroniczne wynalazki, używane do namierzania, identyfikacji i tym podobnych celów. Kto wie, może przy pomocy tych samych urządzeń można wpływać na ludzkie umysły? Być może metody pokazane w filmie są już używane, o czym my, zwykli ludzie, wcale nie wiemy. Naprawdę trudno powiedzieć. Nie jestem w tej dziedzinie ekspertem.

Jednym z najskuteczniejszych narzędzi propagandy jest kino. Będąc aktorem, jak się czujesz w roli inżyniera dusz?

Nie uważam się za inżyniera dusz. To filmy wpływają na ludzi, nie aktorzy. Nie staram się przeforsować jakiegoś konkretnego politycznego światopoglądu. Nie dobieram ról pod takim kątem. W roli interesuje mnie rola, a nie polityka. Chociaż jest jedna rzecz, którą rzeczywiście chciałbym przekazać widzom: żeby otworzyli oczy i nauczyli się samodzielnie myśleć. Jeżeli po seansie ludzie zaczynają rozmawiać o tym, czego ich zdaniem dotyczył film, to świetnie. To znaczy, że moja praca nie poszła na marne. Oczywiście zależy mi na tym, by wszyscy brali czynny udział w życiu politycznym. Dlatego namawiam: bierzcie udział w wyborach, głosujcie! Na pewno jednak nie będę nikogo przekonywał, że powinien głosować na tego, a nie innego polityka czy ugrupowanie.

Nie ufasz politykom?

Nie. Rzeczywiście nie ufam (śmiech). Znam mechanizmy manipulacji i propagandy. W końcu mój żywioł to kino (śmiech). To, czy jakiś facet przyjdzie na biznesową kolację i będzie udawał, że zna się ze wszystkimi od zawsze, czy też nie pokaże się wcale - wszystko jest częścią polityki. Jestem odporny na mydlenie oczu, obawiam się jednak, że większość ludzi nie może tego o sobie powiedzieć. Pouczanie ich nie jest moją rzeczą. Do mnie należy pokazać im - przy pomocy takiego filmu, jak 'Kandydat' - w jaki sposób można manipulować odbiorcami. Chcę, aby widzowie zrozumieli, że to, co widza na ekranie, może się przydarzyć także w rzeczywistości. Spójrz na to, co się dzieje w telewizji, na to, co się pisze w gazetach. Jakiś magazyn na przykład pisze o tym, że jakiś facet ma szansę na stanowisko wiceprezydenta. A prawda jest taka, że właściciel tytułu popiera tego gościa i chce mu zrobić dobrą prasę. 'Kandydat' służy temu, żeby czytelnicy otworzyli wreszcie oczy i zobaczyli, że ktoś ich nabiera.

Grywasz na ogół pozytywnych bohaterów. A jednak drugiego Oscara dostałeś za rolę łajdaka...

Łajdaka, który przegrywa. Ceną za grzech jest śmierć. Dla mnie taki jest wydźwięk tej roli. Zależało mi na tym, by facet zginął w najpodlejszy sposób z możliwych. W pierwotnej wersji scenariusza mieli go zastrzelić przed kamerami. Powiedziałem: 'Nie. Gość musi zdechnąć jak zwierzę, gdzieś w rynsztoku, ma się czołgać we własnej krwi'. Podłe życie prowadzi do podłej śmierci. Alonso myślał, że jest lepszy od innych, a skończył jak śmieć. Chciałem, by widzowie odczytali ten przekaz. Kręcąc 'Dzień próby', w ogóle nie myślałem o Oscarze.

Udzieliłeś mnóstwa wywiadów. Dziennikarze nagabywali Cię o rozmaite sprawy. Czy kiedykolwiek jakieś pytanie wyprowadziło Cię z równowagi?

Nie.

Naprawdę?

Naprawdę.

A chociażby tylko trochę zdenerwowało?

Tak. Właśnie je zadałaś (śmiech). Mówiąc poważnie: mój cel w życiu to nieustannie się rozwijać. Skończyłem niedawno 50 lat, pół wieku już chodzę po ziemi. Każdy rok rozpoczynam jakby od nowa, z tym, że wiem, do czego dążyć, a czego unikać. Jednym z przejawów mojego samorozwoju jest to, że nie pozwalam, by cokolwiek łatwo wyprowadzało mnie z równowagi. Dam Ci przykład: wczoraj wyjechałem z domu na lotnisko. Okazało się, że w sąsiedztwie ktoś remontował dom. Całą ulicę blokowała wielka ciężarówka. Nie dało się tamtędy ruszyć. No więc oczywiście musiałem zawrócić i pojechac inną drogą. Wiadomo, co człowiek wtedy czuje, zwłaszcza kiedy jedzie się samemu. W wyobraźni niemal już zmasakrowałem tych robotników, zwłaszcza tego gościa z ciężarówki. Niemal rozsmarowałem ich na asfalcie. I wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że pojechałem w złym kierunku. Zamiast na lotnisko, trafiłem na przeciwny koniec miasta. Zatrzymałem wóz i zacząłem się zastanawiać nad tą przygodą. Doszedłem do wniosku, że jeśli człowiek za bardzo koncentruje się na tym, co złe, w efekcie zboczy z właściwej drogi. Kto był winien temu, że zabłądziłem? Wcale nie kierowca ciężarówki, tylko ja sam. Do licha, facet mógł mieć podły dzień, samochód mógł nawalić, może skończyła mu się benzyna... Nie powinienem go tak źle osądzać, ale raczej zastanowić się nad sobą. Pomyślałem więc; 'Dobra, pojadę i udzielę tego wywiadu. Może Yola mnie nie wkurzy' (śmiech).

No to spróbuję szczęścia. Czy czujesz się spełniony w życiu? Wielu aktorów twierdzi, że nie osiągnęli nigdy tego stanu.

Ciężko mi się wypowiadać za innych. A co do mnie, to szczerze mówiąc, nie zastanawiałem się nad tym. Poważnie! Być może na tym etapie życia mógłbym pluć sobie w brodę, że nie zdecydowałem się na to czy na tamto. 30 lat temu miałbym szansę zostać, powiedzmy strażakiem albo na przykład przyszłym kandydatem na prezydenta. Miałem przed sobą więcej dróg, więcej możliwości. Ale, jak mówię, nie zaprzątam sobie tym głowy. Mam pracę, jestem aktorem i niczego nie żałuję. Proponują mi kolejne role, ale też z drugiej strony nie mam poczucia, że jestem gwiazdorem i wszystko mi wolno. Bo to nieprawda. Jeśli komuś woda sodowa uderzy do głowy, istnieje bardzo prosty sposób na otrzeźwienie. A nazywa się box office (śmiech). Jeśli ludzie wciąż chcą człowieka oglądać, to dobrze. A jeśli nie - to wracasz do punktu wyjścia. Niezależnie od tego, ile lat siedzi się w tym biznesie, każdy kolejny film stanowi wyzwanie. Za każdym razem człowiek musi udowodnić, ile jest wart.

Rozmawialiśmy o wpływie, jaki kino ma na ludzi. Powiedziałeś, że nie jesteś inżynierem dusz. A przecież jest ktoś taki, kogo próbujesz ukształtować: Twoje dzieci. Co robisz, by uchronić je np. przed plagą narkotyków?

To temat na długą rozmowę! Generalnie staram się dawać im przykład. I modlę się (śmiech). Bardzo często rozmawiamy na różne tematy. Wiedzą, że w każdej chwili mogą do mnie przyjść i zwierzyć się z tego, co je akurat dręczy. Nie ma tematów tabu. Ale wiesz, jak to jest: próbuję coś im przekazać, nauczyć je, co dobre, a co złe, ale Bóg jeden wie, co z tego wszystkiego wyniknie. Mam nadzieję, że uda im się dokonać w życiu właściwych wyborów. Niemniej jednak będą to ich decyzje; ja nie będę podejmował ich za moje dzieci.

Jesteś dla nich idolem?

A skąd! W ogóle ich nie obchodzi to, co robię. Wiedzą tylko tyle, że tatuś ma pracę i to jest najważniejsze. Nie oglądają moich filmów. Ja w sumie też. Choć to może Cię zaskoczyć, nie jestem kinomanem. Między innymi dlatego też do dzisiaj nie obejrzałem filmu 'Przeżyliśmy wojnę'.



[Yola Czaderska-Hayek]