Adrien Brody gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Jakie to uczucie brać udział w tak doniosłym projekcie, jak nowa wersja "King Konga"?

Adrien Brody: Tak naprawdę gotowy film obejrzałem dopiero niedawno, dosłownie parę dni temu. Jestem oczywiście pod wrażeniem. Niesamowite, jak realistycznie to wszystko wygląda na ekranie. Podoba mi się zwłaszcza więź, która rodzi się pomiędzy Kongiem a postacią, którą gra Naomi Watts. Na dobrą sprawę na niej opiera się cała opowieść. A jakie to uczucie? Rozmawiasz często z aktorami, doskonale znasz Hollywood, więc wiesz, jak ciężko bywa w tym zawodzie. Możesz mieć talent, możesz wypracować sobie nazwisko, możesz zdobywać nagrody, ale cóż z tego, skoro nikt nie dopuszcza cię do udziału w najważniejszych, najbardziej prestiżowych produkcjach. Dlatego winien jestem podziękowanie Peterowi Jacksonowi, ponieważ to właśnie on nalegał, abym zagrał w "King Kongu". Myślę, że ten film stanie się wielkim przebojem, zwłaszcza wśród młodej widowni, która nie zetknęła się z oryginalną wersją. Peter postanowił dochować wierności staremu "King Kongowi", a jednocześnie dodał tej opowieści nowego wyrazu, sprawił, że zapomniana legenda lśni dzisiaj pełnym blaskiem. A do tego jest na tyle uniwersalna, że ma szansę podbić serca widzów na całym świecie, nie tylko w Ameryce. Czuję się zaszczycony, że mogłem wziąć udział w tym przedsięwzięciu. Przyznam się przy okazji, że było to jedno z moich najtrudniejszych aktorskich zadań. Ten film pod każdym względem różni się od produkcji, w których występowałem dotychczas. Choćby ze względu na fakt, że spora część scen i postaci, z którymi miałem do czynienia, istniała wyłącznie we wnętrzu komputera.

No właśnie. Tak naprawdę wszyscy graliście na tle pustej zielonej ściany. W jaki sposób udało się wam oswoić z tą nietypową sytuacją? Dopomagaliście sobie wyobraźnią?

I to jak! Byliśmy jak trzydziestoparoletnie dzieci, które udają, że bawią się w Indian. Tak naprawdę żywa wyobraźnia to jedna z najważniejszych cech w zawodzie aktora. A umiejętność numer dwa: nie koncentrować się na sobie. To akurat jest piekielnie trudne w sytuacji, kiedy oprócz ciebie przed kamerą nie ma kompletnie nic, a wokół krząta się ekipa techniczna, rejestrująca każdy twój ruch. Musisz jednak o tym zapomnieć i zachowywać się tak, jakbyś naprawdę tkwiła w nie istniejącym otoczeniu, otoczona nie istniejącymi postaciami. Rola w "King Kongu" okazała się o wiele trudniejsza, niż byłem to w stanie przewidzieć.

Nie byłeś chyba całkowicie skazany na wyobraźnię? Musiałeś mieć chociaż ogólne pojęcie, jak wygląda miejsce, w którym przebywa Twoja postać...

Oczywiście, pokazano nam uproszczone komputerowe animacje, przedstawiające filmowe plenery. Takie ruchome storyboardy, które dawały nam ogólne pojęcie o sytuacji. Poza tym zawsze mogliśmy poprosić reżysera o pomoc, o to, żeby nami odpowiednio pokierował. Żeby podpowiedział, czy ten rodzaj zachowania pasuje do danej postaci, czy nie. Peter wykazał się genialną intuicją, obsadzając Andy’ego Serkisa w roli King Konga. Andy to wspaniały aktor, bardzo zaangażowany w swoją pracę. Przed rozpoczęciem zdjęć studiował zachowanie goryli w Rwandzie. Ruchy, które wykonuje Kong, są tak naprawdę jego ruchami, jako że podczas kręcenia zdjęć Andy miał na sobie kostium małpy, na szczęście bez sierści. Poza tym ta niesamowita więź, jaka rozkwita pomiędzy Naomi a Kongiem, nie byłaby możliwa, gdyby pod postacią goryla nie krył się żywy aktor. Często w filmach, których głównym składnikiem są komputerowe efekty, fantastyczne istoty kreuje się dosłownie z niczego. Na planie, zamiast do żywej postaci, gadasz do patyka z kolorową piłką na czubku. Tutaj na szczęście Peter zadbał, by było inaczej.

Sam jednak wspomniałeś, że jeśli chodzi o otoczenie, musiałeś zdać się tylko na wyobraźnię.

Tak, to prawda. Także w scenach z dinozaurami musiałem grać w kompletnej pustce. Wiedziałem jednak, z której strony nadciąga zagrożenie, skąd uderzy raptor, dokąd uciekać... Zamiast skalistej dżungli biegałem po rusztowaniu i bieżniach nastawionych na maksymalną szybkość. To był prawdziwy wysiłek, a nie żadna fikcja! Moim zadaniem było po prostu wymyślić sobie tę dżunglę i te dinozaury, wyobrazić sobie, że naprawdę tam jestem. A kiedy już zobaczyłem gotowy efekt... Co tu mówić, naprawdę robi wrażenie.

Wspomniałeś, że Peter Jackson nalegał, być zagrał w jego filmie. Czy powiedział Ci, dlaczego zdecydował się akurat na Ciebie?

Nie, nie rozmawialiśmy o tym. Podejrzewam, że w jego przekonaniu pasowałem do roli przede wszystkim dlatego, że jestem typowym nowojorczykiem. Uwielbiam zwierzęta, dziką przyrodę, umiem sobie radzić w naturalnym środowisku. No i poza tym nie wyglądam raczej na kulturystę. Wydaje mi się, że dla widzów to miła odmiana, zobaczyć w filmie akcji bohatera nieco innego rodzaju - niekoniecznie supersilnego mięśniaka. Tego typu postaci pełno jest w hollywoodzkich produkcjach, no i bardzo dobrze, z pewnością robią wrażenie, tylko że przeciętnemu człowiekowi trudno się z kimś takim zidentyfikować. A kiedy zobaczy na ekranie takiego faceta, jak ja, wrzuconego w wir nadzwyczajnych wydarzeń, to łatwiej mu będzie wczuć się w jego położenie.

Nie bądź taki skromny! Widziałam Cię na okładce "Men’s Health" (Adrien Brody pojawił się również na okładce polskiej edycji - Y. Cz.-H.). Masz całkiem nieźle rozwiniętą muskulaturę.

Bo ja w ogóle regularnie ćwiczę, ale jak mi powiedzieli, że będę na okładce, to przyłożyłem się do roboty (śmiech). Nie było łatwo, bo na nabranie masy miałem zaledwie trzy tygodnie, no, może trzy i pół. A do tego musiałem jakoś pogodzić intensywne ćwiczenia z moim dotychczasowym stylem życia, z moją dietą... Trzeba było znaleźć jakiś złoty środek. Zwłaszcza, że grywam rozmaite postacie i nie zawsze dostaję role, w których głównym atutem jest rozwinięta muskulatura. Dlatego nie chciałem zamienić się w przerośniętego mięśniaka. Chciałem pozostać sobą, ale popracować trochę nad wyglądem. Myślę, że wyszło akurat, jak trzeba.

Jak Ci się znów pracowało z Thomasem Kretschmannem?

Uwielbiam go! To fantastyczny facet. Zabawne, ale jeśli obejrzysz uważnie scenę, w której spotykamy się na ekranie, to zobaczysz, że pod wieloma względami podobna jest do sceny z "Pianisty", w której nasi bohaterowie wpadają na siebie. Peter w ogóle nie zdawał sobie z tego sprawy! (śmiech) A ja nagle doznałem olśnienia: w "King Kongu" Thomasowi toczy się pod nogi butelka z chloroformem, w "Pianiście" zaś - słoik ogórków. To nie było oczywiście zamierzone podobieństwo, ale zupełny przypadek, zbieg okoliczności. Obydwaj uznaliśmy jednak to wydarzenie za dobry znak, za pomyślną wróżbę dla naszej współpracy.

Zmieniając na chwilę temat: o ile dobrze pamiętam, miałeś w planach film biograficzny o George’u Reevesie, słynnym odtwórcy roli Supermana. Co się dzieje z tym projektem? Będziesz grał Reevesa?

To nie tak. Faktycznie, film opowiada o George’u Reevesie, ale ja gram detektywa, który bada okoliczności jego śmierci. W rzeczywistości nigdy nie wyjaśniono, czy Reeves popełnił samobójstwo, czy też został zamordowany. W latach 50. sprawa została wyciszona i zatuszowana. Mój bohater będzie się starał wyjaśnić tę tajemnicę, analizując fakty z życia sławnego aktora. Bardzo mi się podoba ten pomysł.

Czy do tej roli również przybrałeś na wadze?

Wprost przeciwnie - straciłem! Najciekawsze jest to, że cały film nakręciłem tak naprawdę w przerwie między zdjęciami do "King Konga". Mieliśmy trzymiesięczny zastój, podczas którego ekipa kompletowała sprzęt niezbędny do realizacji kolejnych ujęć. Dostałem więc trzy tygodnie wolnego, potem zagrałem w tamtym filmie, potem znów odpocząłem przez trzy tygodnie i wróciłem na plan "King Konga". W sumie spędziłem w Nowej Zelandii dziewięć fantastycznych miesięcy. To było niesamowite przeżycie, zwłaszcza jeśli porównam swoje wrażenia z planu z gotowym efektem. Mam przecież w pamięci pustą, zieloną ścianę, tymczasem na ekranie widzę samego siebie w jakimś magicznym świecie. Rewelacja. Nie wiem, jak Peter to zrobił. Prawdziwy z niego czarodziej. I znakomity reżyser.

Opowiedz w takim razie, jak pracuje z aktorami?

Przede wszystkim jest niezwykle cierpliwy. To rzadka cecha wśród filmowców. Doskonale rozumiem, że przy tego rodzaju stresującej pracy każdemu mogą puścić nerwy. A Peter ma naprawdę mnóstwo na głowie. Nie tylko ustawia aktorów na planie, ale także kontroluje efekty specjalne, nanosi poprawki w scenariuszu, ocenia makiety... Niejeden by się w tym pogubił, Peter natomiast to uosobienie spokoju. Nie dość, że nigdy nie traci głowy, to jeszcze gotów jest odpowiedzieć na każde twoje pytanie. Dla aktora bywa swego rodzaju przewodnikiem. Nie rozmienia się na drobne, nie prowadzi cię za rękę przez cały czas. Raczej udziela rad i pozwala ci samemu osiągnąć odpowiedni efekt. A poza tym to po prostu dusza człowiek. Nie o każdym reżyserze można to powiedzieć.

Po raz pierwszy grasz bohatera romantycznej historii. Jakie to dla Ciebie doświadczenie?

Zawsze chciałem zagrać taką postać. Nie mam nic przeciwko tego rodzaju opowieściom. Chętnie zagrałbym kiedyś w jakiejś historii miłosnej z jakąś piękną, utalentowaną aktorką. Byłoby świetnie. Wcześniej nie miałem tego rodzaju doświadczeń na koncie, ponieważ nikt po prostu nie chciał mnie obsadzać w roli amanta. Być może producenci uważali, że nie bardzo się do tego nadaję. Nie mam do nich o to pretensji - w końcu inwestowali swoje pieniądze i musieli mieć gwarancję, że im się one zwrócą. Uznali, że ja im takiej gwarancji dać nie mogę. I tyle. Sytuacja jak z "Paragrafu 22": żeby zagrać w kasowych filmach, musisz najpierw zagrać w kasowych filmach. Ale jak się do tego zaklętego kręgu dostać? Oto jest pytanie. Na szczęście teraz nie muszę się już o nic martwić, a jestem jeszcze na tyle młody, że tak naprawdę wszystko przede mną. Bardzo się z tego cieszę.

No właśnie, skoro mówisz o przyszłości: przed nami Nowy Rok. Masz jakieś noworoczne postanowienia?

Miewam. Czasami.

I dotrzymujesz ich?

O, tak. W tym jestem dobry. Między innymi dlatego trafiłem na okładkę "Men’s Health" (śmiech). Pewnych rzeczy postanowiłem nie jeść - i nie jadłem. Trenowałem regularnie; to było prawie jak rytuał. Ćwiczyłem, biegałem... Natomiast przez jeden dzień w tygodniu robiłem sobie wolne i jadłem to, na co miałem ochotę. Mam naprawdę silną wolę. Siedem lat temu na przykład rzuciłem palenie. Dokładnie 4 lipca, w Dzień Niepodległości. Nikomu o tym nie mówiłem. Przez kilka dni wytrzymałem bez papierosa. A potem przyznałem się ojcu: "Wiesz, tato, od paru dni już nie palę". Odparł: "Świetnie, tak trzymaj, a na wszelki wypadek odpukaj w niemalowane". Nie było łatwo, bo wpadłem w silny nałóg. Byłem naprawdę uzależniony od nikotyny. Ale się udało i to jest najważniejsze. Nie zawsze składam sobie takie postanowienia i nie zawsze w Nowy Rok. Ale skoro już jest okazja, to mogę sobie powiedzieć: "Dobra, rok 2005 już za mną. Jeżeli coś udało mi się w tym czasie osiągnąć, to dobrze. Jeżeli popełniłem jakieś błędy, niech stanowią one dla mnie naukę. Teraz zaś pora zostawić przeszłość za sobą i zobaczyć, co przyniesie rok 2006".



[Yola Czaderska-Hayek]