Tom Cruise gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Wiele osób fascynuje się książkami Herberta George"a Wellsa. Znam takich, którzy przeczytali "Wojnę światów" już w dzieciństwie. Czy Tobie też się to zdarzyło?

Tom Cruise: Nie, jako dziecko nie czytałem "Wojny światów". Pierwszy raz ten tytuł obił mi się o uszy za sprawą słynnego słuchowiska Orsona Wellesa. Potem oczywiście widziałem film w telewizji, a kiedy byłem już starszy, sięgnąłem po książkę. Ta opowieść niesamowicie zapadła mi w pamięć. Pamiętam, że jakieś trzy lata temu spotkałem się ze Stevenem - naradzaliśmy się, jaki film zrobimy razem po "Raporcie mniejszości". Steven akurat realizował "Złap mnie, jeśli potrafisz", a ja - "Ostatniego samuraja". Podczas spotkania dostałem trzy różne propozycje, krańcowo różne pod względem przynależności gatunkowej. Gdy usłyszałem tytuł "Wojna światów", od razu zdecydowałem się na ten właśnie projekt. Bardzo podoba mi się kompozycja tej opowieści. W naszym filmie staraliśmy się pod tym względem dochować wierności oryginałowi. Zarówno w książce Wellsa, jak i w naszej adaptacji najbardziej przemawia do mnie fakt, iż tak naprawdę nie jest to historia o kosmitach, ale przede wszystkim o ludziach.

Akcja książki toczy się w XIX wieku. Steven Spielberg postanowił uwspółcześnić tę historię...

To prawda, chcieliśmy pokazać, jak wyglądałby dzisiejszy świat w obliczu inwazji Marsjan. Wydaje mi się jednak, że nie zmieniliśmy zbyt wiele w opowieści Wellsa. Przede wszystkim scenariusz Davida Koeppa zachowuje oryginalną kompozycję książki. Konkretne sceny są wręcz żywcem wyjęte z powieści. Poza tym, jeśli przyjrzysz się ludzkim reakcjom, jakie pokazaliśmy na ekranie, to zauważysz, że nie zmieniły się one zbyt wiele od XIX wieku. Niektóre mechanizmy ludzkiego zachowania są na tyle uniwersalne, że naprawdę nie ma znaczenia, w którym stuleciu toczy się akcja.

Dotychczas w filmach Stevena Spielberga kosmici pojawiali się jako sympatyczne, miłe istoty... Teraz jest inaczej. "Wojna światów" to mocny, momentami okrutny thriller - rzecz dla Spielberga nietypowa.

No, nie powiedziałbym. Pamiętasz "Szczęki"?... To nieprawda, że Steven nie kręci thrillerów. Potrafi nastraszyć publiczność jak mało kto. Wydaje mi się natomiast, że kwestia takiego, a nie innego pokazania kosmitów nie jest w "Wojnie..." najważniejsza. Marsjanie znajdują się na drugim planie. Najważniejsi są ludzie.

Rzeczywiście, Twój bohater, zamiast ratować świat, ratuje przede wszystkim własną rodzinę.

Zgadza się! Cieszę się, że to zauważyłaś. Takie właśnie było nasze założenie. Bohater, którego gram - Ray - ma do ojcostwa zupełnie inne podejście, niż ja. Dla mnie wychowanie dzieci jest najpiękniejszym i najważniejszym zajęciem w życiu. Ray zaś nie bardzo wie, jak się do tego zabrać. To nie jest zły człowiek, ale brak mu pewnej dojrzałości, odpowiedzialności. Nie dostrzega mnóstwa rzeczy, które dzieją się w jego własnym domu. Nie potrafi porozumieć się z żoną, nie jest w stanie samotnie opiekować się dziećmi... A jednocześnie Ray to znakomity fachowiec, świetnie naprawia samochody, jak nikt zna się na silnikach. Problem w tym, że poza maszynami niewiele dla niego istnieje. Atak Marsjan staje się dla niego punktem zwrotnym - od tego momentu Ray odkrywa, co ma dla niego największą wartość. Steven chciał przedstawić inwazję kosmitów z punktu widzenia zwykłego, szarego człowieka, który zamiast myśleć o ratowaniu świata, troszczy się o to, by zapewnić bezpieczeństwo własnym dzieciom. Podoba mi się ten pomysł, podoba mi się też, że w filmach Stevena stale powraca motyw jednoczącej się rodziny.

Jednym słowem: rodzina jest najważniejsza?

Dla mnie tak. Ludzie, rodzina, dzieci. Postrzegam świat właśnie w takich kategoriach: co jest dobre dla moich najbliższych, a co nie.

Ostatnio bez przerwy mówi się o Twoim związku...

Czekałem na to! (śmiech) Dla formalności pogadaliśmy najpierw trochę o filmie, a teraz wreszcie możesz zapytać o to, co najważniejsze, czyli co się dzieje w moim życiu (śmiech).

Oczywiście. Wiesz, że nic mi tak nie leży na sercu, jak to, co się dzieje w Twoim życiu.

No dobra, pytaj (śmiech).

Chodzi mi o to, że Cię nie poznaję! Kiedyś byłeś bardzo skryty, nie lubiłeś rozmawiać o sobie, a teraz nagle zrobiłeś się bardzo otwarty, uśmiechnięty. Co się stało?

Jak to co? Zakochałem się! Przydarzyło mi się coś wspaniałego, jestem szczęśliwy i chcę się podzielić tym faktem z całym światem. Nie mam nic do ukrycia, nie mam się czego wstydzić. Życzę każdemu, żeby mógł kiedyś poczuć to, co ja. Kocham tę dziewczynę i chcę, żeby była moją żoną.

Zaplanowaliście już ślub?

Nie, jeszcze nie. Na razie w planie były oświadczyny, natomiast cała reszta jeszcze przed nami. Jeszcze nie wiemy, gdzie to się stanie, jeszcze nie wiemy, kiedy. Na razie jesteśmy na tym etapie, w którym patrzymy na siebie i za każdym razem przekonujemy się od nowa, że to nam się nie śni, że to się dzieje naprawdę.

Powiedz, co takiego urzekło Cię w Katie najbardziej.

Kiedy widzi się ją po raz pierwszy, od razu rzuca się w oczy jej naturalność. Katie nikogo nie udaje, jest szczera. Ma ogromne poczucie humoru, lubi się śmiać, ale przede wszystkim śmieje się z samej siebie. Tak naprawdę jest tyle rzeczy, które mnie w niej pociągają, że nie wiem, o czym jeszcze powiedzieć... Jest dobrym człowiekiem, ma poukładane w głowie, lubi pomagać innym. Śmieszą nas te same rzeczy, mamy podobne podejście do życia... Katie jest wyjątkowa. I tyle.

Jesteś tak szczęśliwy, że nic nie jest w stanie wyprowadzić Cię z równowagi. Podczas słynnej premiery w Londynie, kiedy oblano Cię wodą, zachowałeś zimną krew. To było imponujące.

Pomijając ten niefortunny incydent, uważam premierę w Londynie za znakomitą imprezę. Dlatego nie chciałem, by jedno wydarzenie zepsuło cały wieczór. Szczerze mówiąc, nawet nie mam ochoty na ten temat rozmawiać. Bo i po co? Tego typu dowcipy raczej mnie nie bawią. Jestem scjentologiem, zależy mi na tym, aby dzięki mojej pracy, dzięki temu, co robię, inni mogli poczuć się lepiej. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, aby celowo popsuć komuś nastrój, aby kogoś ośmieszyć. Jeżeli natomiast ktoś czerpie z takich rzeczy przyjemność, to przepraszam, ale ja tego po prostu nie rozumiem. Nie dogadamy się.

Tym razem udało Ci się zachować kamienny spokój, ale co by się stało, gdyby ofiarą głupiego kawału padła na przykład Katie?

Szczerze? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Nawet nie chce o tym myśleć. Coś takiego mogło spotkać także Dakotę Fanning. Na szczęście tak się nie stało. Mam nadzieję, że nigdy więcej nie dojdzie do podobnej sytuacji. A jeśli chcesz zapytać, czy w obronie swojej narzeczonej rzuciłbym się na kogoś z pięściami, to powiem Ci tak: zazwyczaj okazuje się, że tego typu kawalarze są strasznymi tchórzami. Nie trzeba wiele, żeby ich przestraszyć. Niemniej jednak nie mam najmniejszej ochoty rzucać się na kogokolwiek z pięściami. Nie chciałbym, żeby doszło do sytuacji, w której miałbym powód, by to zrobić.

Żeby nie wyszło na to, że rozmawiamy wyłącznie o Tobie, zapytam jeszcze o film. Jak Ci się pracowało z Dakotą Fanning?

Znakomicie! To fantastyczna aktorka. Nie patrz na jej wiek, to nie ma znaczenia. Traktuję ją jak dorosłą koleżankę po fachu. Owszem, praca z dziećmi ma nieco specyficzny charakter. Sam jako dzieciak chodziłem do pracy. Rozwoziłem gazety. Potem szedłem do sklepu i płaciłem własnymi pieniędzmi. Bardzo mi się to podobało. Staram się w podobny sposób wychowywać moje dzieci. Traktuję je z szacunkiem. Podobny szacunek okazuję Dakocie. W stu procentach na to zasługuje. Nie dość, że ma niesamowity talent, to jeszcze jest bardzo miłym dzieciakiem. Sama jej obecność poprawia człowiekowi nastrój. Na planie Steven i ja mieliśmy z nią mnóstwo zabawy. Z całego serca uwielbiam Dakotę. Uwielbiam ją.

A teraz pytanie, które ma ochotę zadać Ci mnóstwo ludzi: co z "Mission: Impossible 3"?

Nie tak dawno rozmawiałem na ten temat z J.J. Abramsem, który będzie reżyserem "trójki". Poznaliśmy się dzięki Stevenowi Spielbergowi. Briana De Palmę, twórcę pierwszej części, również poznałem za pośrednictwem Stevena, mogę więc powiedzieć, że Spielberg jest ojcem chrzestnym "Mission: Impossible". Zdjęcia rozpoczną się w Rzymie 18 lipca. Nie mogę się już doczekać! Mamy znakomitą obsadę - gra Philip Seymour Hoffman, Michelle Monaghan... Mamy też najlepszy scenariusz w całej serii, najlepszy pomysł na fabułę... Naprawdę cieszę się, że wreszcie zaczynamy. Ostatnio dużo podróżowałem po Europie, ale każdego dnia musiałem sporo czasu poświęcać na ćwiczenia, jako że rola Ethana Hunta wymaga wysiłku fizycznego. W przypadku wielu filmów, w którym zagrałem, pojawiały się propozycje typu: "zróbmy sequel". Zazwyczaj odmawiałem, twierdząc, że daną postać zagrałem raz - i wystarczy. Jeśli zaś chodzi o "Mission: Impossible", to jako producent i odtwórca głównej roli mogłem sobie wreszcie pozwolić na kreatywność, na niezależność, na bliską współpracę z reżyserem. Cieszę się, że trzecią część nakręci J.J. Abrams. Podobały mi się jego dokonania przy serialu "Agentka o stu twarzach" i jestem pewien, że przy "M:I-3" da z siebie wszystko. Zaczynamy zdjęcia w Rzymie, potem jedziemy do Los Angeles, później zaś... kto wie? Szukamy odpowiedniego pleneru w Chinach.

Czy Katie zagra w "Mission: Impossible 3"?

Nie, mamy już pełną obsadę. Katie jednak będzie ze mną na planie przez cały czas. W "trójce" główną rolę kobiecą gra Michelle Monaghan. Żeby było śmieszniej, też jest zaręczona i podczas realizacji filmu zamierza wziąć ślub. Wyjdzie za mąż w Sydney, w Australii.

Zaraz, ale jednego jeszcze nie wiem: właściwie to jak wyście się z Katie poznali?

Znałem jej filmy, no i pewnego dnia po prostu się spotkaliśmy (śmiech). Nie ma tak dobrze, wszystkiego ci nie opowiem (śmiech).



[Yola Czaderska-Hayek]