Renee Zellweger gościem Yoli



Porozmawiajmy o Twojej pracy. A konkretnie o nowym filmie: "Człowiek ringu". Jak przygotowywałaś się do roli żony Russella Crowe'a?

Powiem Ci tyle: reżyser mnie rozpuścił (śmiech). Wydawało mi się, że rola pani domu, żyjącej w epoce Wielkiego Kryzysu, będzie wymagała ode mnie drobiazgowych przygotowań, rozmów z ludźmi, oglądania starych zdjęć... A co zrobił Ron? (Ron Howard, reżyser "Człowieka ringu" - Y. Cz.-H.) Zaprosił mnie do swojego biura i wręczył gotową dokumentację! Powiedział: Proszę bardzo, oto materiał, który być może cię do czegoś zainspiruje, a oto filmy, które powinnaś obejrzeć, aby wczuć się w nastrój tamtych czasów. Wszystko dostałam do ręki, dosłownie podane na tacy! Muszę Ci powiedzieć, że poczułam się trochę niezręcznie: Ron załatwił wszystko za mnie, nie musiałam robić nic. Zostałam obrzydliwie rozpuszczona. Coś okropnego! (śmiech) Kiedy przeglądałam te materiały, coś zwróciło moją uwagę. Zazwyczaj o Wielkim Kryzysie mówi się jako o czasach smutku i depresji (po angielsku epoka ta określana jest nawet mianem 'Depression' - Y. Cz.-H.). Tymczasem zdjęcia, które przekazał mi Ron, przeczyły temu wizerunkowi! Widziałam fotografie bawiących się dzieci, ludzi wypoczywających na plaży... A więc jednak podczas Kryzysu, wśród bezrobocia, krachu na giełdzie, fatalnych perspektyw, ludzie nadal prowadzili normalne życie, kochali się, cieszyli z każdego minionego dnia. Myślę, że właśnie na tym zależało Ronowi: abyśmy zdali sobie sprawę, że nawet w tych ponurych czasach było miejsce na miłość, na radość i na śmiech. Mam nadzieję, że widać to także w "Człowieku ringu".

Czy na planie reżyser także Cię rozpieszczał?

Och, absolutnie! Jestem teraz jak zepsute dziecko (śmiech). Codziennie musiałam przynajmniej raz się uszczypnąć, aby przekonać się, czy to wszystko mi się nie śni. Jeśli zajmujesz się w życiu tym, co naprawdę lubisz, to jest to po prostu czysta przyjemność.

A Russell? Co z Russellem? Jak Ci się z nim pracowało?

Pod względem artystycznym, zawodowym było to jedno z najbardziej satysfakcjonujących doświadczeń w moim życiu. Zawsze chciałam zagrać z Russellem. Doceniam jego podejście do pracy, jego styl, jego motywację. Doceniam to, ile z siebie daje. Miałam okazję obserwować, jak intensywnie próbuje wczuć się w graną przez siebie postać, stara się zrozumieć tego człowieka. Russell, podobnie jak ja, kocha kino. Postrzega film jako zjawisko, które pozwala przeciętnemu człowiekowi przeżyć w krótkim czasie całą gamę emocji, nauczyć się czegoś, odkryć jakąś nową prawdę. Sztuka w tym, aby widz wyszedł po seansie odmieniony. Ale aby ten efekt osiągnąć, nie można się zdać na przypadek. Film buduje się z wielu maleńkich kawałków, bardzo ostrożnie, aby nie zburzyć delikatnej struktury. Russell, podobnie zresztą jak Ron czy Akiva (Akiva Goldsman, współautor scenariusza - Y. Cz.-H.), w ten właśnie sposób podchodzi do swojej pracy. Mówię Ci, to było fascynujące przeżycie! Wiele razy zdarzyło się, że rano przyszłam na plan i zanim się obejrzałam, już robiło się ciemno. I nie miałam pojęcia, jakim cudem minął już cały dzień, a ja w ogóle nie jestem zmęczona.

Czy "Człowiek ringu", w którym grasz wierną, kochającą żonę, nauczył Cię czegoś na temat małżeństwa?

Następne pytanie, poproszę (śmiech). Zawsze miałam naturę beznadziejnego romantyka. To dzięki rodzicom, którzy są już ze sobą 45 lat. Na dobre i na złe. Przyjechali tu z niczym. Moja mama nie znała języka, a ojciec nie miał nawet zielonej karty. Nie mieli do kogo się odezwać. A jednak poradzili sobie. Wpoili mi przekonanie, że jeśli naprawdę czegoś chcesz, jeśli naprawdę się starasz i ciężko pracujesz, to osiągniesz wszystko. Trzeba tylko wierzyć. To dotyczy także miłości i małżeństwa. Jeśli wiesz, że pragniesz być właśnie z tą osobą, nic was nie rozdzieli.

Zatrzymam się jeszcze na moment przy małżeństwie. Zastanawiam się, dlaczego w ogóle wybrałaś rolę w "Człowieku ringu". Twoja postać jest właściwie... kim? Żoną głównego bohatera. I tyle.

I to właśnie w niej uwielbiam! Przez długi czas pytano mnie o ten projekt: O czym to jest?. Odpowiadałam: To historia Jima Braddocka, boksera, który w czasach Kryzysu dał ludziom nadzieję - i tak dalej. No dobrze, ale kogo grasz? (śmiech). Gram jego żonę. No i co? (śmiech). Wydaje mi się, że postać Mae Braddock, choć z pozoru nieistotna, odgrywa niezwykle istotną rolę we wszystkim, co dzieje się w życiu bohatera. Bez niej właściwie nie byłoby tej historii. To bardzo wyciszona rola, zwłaszcza w porównaniu z moimi wcześniejszymi kreacjami. Mae przekazuje najwięcej między wierszami, często wyłącznie językiem ciała. Sporo dzieje się tu na płaszczyźnie emocjonalnej, zwłaszcza jeśli chodzi o przepływ uczuć pomiędzy dwojgiem małżonków. O to, jak się nawzajem rozumieją. Tak naprawdę to piękna opowieść o miłości. Polubiłam ją od momentu, w którym przeczytałam scenariusz.

Nie sądzisz, że postać Mae jest w Twoim wydaniu trochę wyidealizowana?

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ta kobieta miała swoje słabostki. Nie chodziła na przykład na mecze, w których jej mąż brał udział, mimo iż Jim bardzo ją o to prosił. Potrzebował jej obecności, potrzebował ją widzieć, mimo to Mae zawsze siedziała w domu, opiekując się dziećmi. Z jednej strony bała się o Jima, z drugiej - nie chciała, by opisywano ją w prasie. Nie chcę wdawać się za bardzo w analizę jej motywów. Wydaje mi się bowiem, że mimo słabości Mae miłość okazała się silniejsza. Przyjrzyj się chociażby takiemu drobiazgowi: Braddockowie niemal codziennie wymieniali miłosne liściki. Czasami było to nawet jedno zdanie czy dwa. Nic wielkiego. Chodziło tylko o znak: myślę o tobie, pamiętam, kocham cię. Nie trzeba było w tym celu wypisywać wielkich epistoł. Kiedy przyjrzysz się tym listom, zrozumiesz, że mimo wszystkich różnic, jakie mogły ich dzielić, Jim i Mae tak naprawdę żyli dla siebie nawzajem. Zbyt piękne, by było prawdziwe? A jednak to właśnie prawda!

Jeszcze Cię trochę pomęczę: Twoja bohaterka ma w filmie trójkę dzieci. Kiedy Ty zamierzasz dochować się własnych pociech?

Nie myślę o tym zupełnie. Co ma być, to będzie. Nigdy nie miałam zamiaru planować rodziny i decydować, kiedy które dziecko przyjdzie na świat. Poza tym, jakkolwiek idiotycznie to zabrzmi, mam cały czas na uwadze moją kotkę, która skończyła już 15 lat. To dla mnie bardzo ważne, jak Wolf znosi zmiany w moim życiu. Niemniej jednak, jak już Ci powiedziałam: jeśli chodzi o dzieci, zdaję się na los.

A jak Twoja kotka przeżyła wyprowadzkę z Los Angeles?

Oj, nie pytaj! Urządziła taki atak histerii, że naprawdę zaczęłam się o nią bać (śmiech). Podejrzewam, że ma teraz zszargane nerwy i uszkodzoną psychikę (śmiech). Poważnie, nie wiedziałam, że kot potrafi krzyczeć. W samochodzie, przez pierwsze 50 kilometrów jazdy, dosłownie wrzeszczała. Stała na zadnich łapach, przednie oparła o tylną szybę, rozpłaszczyła na niej nos i wołała o pomoc. Sama nie wiem, czy to nie jest przypadkiem dręczenie zwierząt? (śmiech) A potem, gdy zatrzymałyśmy się na noc w motelu, za nic na świecie nie chciała wejść ze mną do pokoju. Na szczęście, kiedy dotarłyśmy wreszcie na farmę, oswoiła się z nowym otoczeniem i wybaczyła mi łaskawie. Już jest dobrze.

W "Człowieku ringu" istotną rolę odgrywa boks. Lubisz tę dyscyplinę?

Wiesz co, ja w ogóle nie lubię przemocy. Dla mnie to coś obrzydliwego. Nigdy nie byłam na meczu bokserskim, ale jeden raz obejrzałam w telewizji walkę Tysona - tę, podczas której odgryzł Hollyfieldowi ucho. Nie wierzyłam własnym oczom. Zastanawiałam się: co on tam trzyma w ustach? W sumie nawet się cieszę, że mogłam to zobaczyć, bo to akurat ważny moment w historii boksu. Ale poza tym?... Z pewnością dzięki "Człowiekowi ringu" spojrzałam na tę dyscyplinę inaczej. Wcześniej za nic nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego dwaj faceci okładają się pięściami właściwie bez powodu. Teraz już wiem, ile jest w nich poświęcenia, ile ten sport kosztuje ich wysiłku, nie tylko fizycznego, ale i duchowego. Naprawdę jestem pod wrażeniem.

A zdarzyło Ci się kiedykolwiek bić się na pięści?

Tak, raz. Razem z moją przyjaciółką z czwartej klasy postanowiłyśmy kiedyś spróbować, jak to jest (śmiech). Nie wiem, ile trwała nasza walka, jakieś pół minuty? Wymieniłyśmy może ze dwa ciosy i doszłyśmy do wniosku, że to nie dla nas. A potem poszłyśmy na lody. Tak wyglądało moje osobiste zetknięcie z boksem. Aha, oczywiście nie liczę wszystkich potyczek z moim bratem, które jako dzieci toczyliśmy w domu (śmiech).

Jakie masz teraz plany?

Jerry Seinfeld i ja pracujemy teraz nad filmem animowanym "Bee Movie". Jerry to mój sąsiad i bardzo go lubię, cieszę się więc, że będę mogła spędzić trochę czasu z nim i jego fantastyczną żoną.

A co z filmem o Janis Joplin? Swego czasu głośno było o tym projekcie...

To moje marzenie. W każdej chwili gotowa jestem rzucić wszystko i zagrać. To będzie wspaniałe doświadczenie, zwłaszcza jeśli zestawi się obrazy z tą niesamowitą muzyką. Jest to jednak tego rodzaju projekt, do którego trzeba się zabrać ostrożnie i bez pośpiechu, aby wszystko było jak trzeba.

Ale dostał w końcu zielone światło czy nie?

Oczywiście, został skierowany do realizacji! Przechodzi obecnie przez wszystkie możliwe biurokratyczne kanały. Po prostu etap przedprodukcyjny. Niemniej jednak coś się dzieje. Być może następnym razem, kiedy się zobaczymy, będę mogła powiedzieć Ci coś więcej.



[Yola Czaderska-Hayek]