Orlando Bloom gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Pierwsza część 'Piratów z Karaibów' okazała się niespodziewanym hitem. Czy kręcąc 'Skrzynię umarlaka', nastawialiście się na powtórzenie sukcesu?

Orlando Bloom: Realizacja 'Skrzyni...' była zupełnie innym doświadczeniem, niż praca nad 'Klątwą Czarnej Perły'. Przede wszystkim reżyser i scenarzyści dostali wolną rękę. Mogli pokazać na ekranie co im się tylko spodobało - a jednocześnie przebić efekty z pierwszej części. Problem polegał na tym, że w przypadku filmu tak pełnego niespodzianek, jak 'Piraci...', trudno pokazać na ekranie coś jeszcze bardziej zaskakującego. Pamiętasz na przykład pierwszą scenę z Johnnym Deppem? Kiedy z bocianiego gniazda tonącego statku zszedł prosto na pomost w porcie? To się nazywa wkroczyć w pięknym stylu! Czy da się wymyślić coś lepszego? Okazuje się, że tak - w 'Skrzyni umarlaka' Johnny będzie miał fantastyczne wejście. Widzowie przekonają się sami. A zamiast piratów-kościotrupów mamy naprawdę upiornego Davy'ego Jonesa. Cieszy mnie to, że producenci naprawdę poszli nam na rękę i akceptowali nawet najbardziej zwariowane pomysły. Dali nam pieniądze, byśmy stworzyli coś naprawdę nadzwyczajnego.

Podejrzewam, że realizacja tego filmu musiała wymagać od Ciebie niemałego wysiłku...

Tego rodzaju role to dla mnie nie pierwszyzna. Mam już na koncie sporo filmów, w których biegam z mieczem po ekranie. Szybko się uczę zasad szermierki. Oczywiście przed rozpoczęciem zdjęć ostro ćwiczyłem, aby przed kamerą być w formie. W tym zawodzie trzeba nieustannie dbać o kondycję, jako że długie godziny na planie wysysają z człowieka energię. Od siły ważniejsza staje się wytrzymałość. Jeśli zaś chodzi o sceny pojedynków, to nie sprawiły mi większych trudności. Jedna rzecz spodobała mi się szczególnie: kiedy zamknęli nas w klatkach z kości, miałem wrażenie, że siedzę w jakiejś diabelskiej kolejce w Disneylandzie. Fajnie było!

Po 'Władcy Pierścieni' to Twoja druga trylogia. Jak wspominasz pobyt na planach obydwu cykli? Czy te produkcje bardzo się między sobą różnią?

Dla aktora trylogia to duże wyzwanie, ponieważ bez przerwy gra się tę samą postać. Nowe filmy to nowe role i nowe wyzwania. Człowiek wchodzi w zupełnie inną skórę, przeżywa odmienne emocje. Tymczasem kręcąc wieloczęściowe seriale, takie jak 'Władca...' czy 'Piraci...', stajesz się poniekąd więźniem swojej postaci. Owszem, bohater, którego gram, przechodzi jakąś ewolucję, ale to wciąż ta sama osoba. Nie ma mowy o tym, by nagle zmienił się zupełnie i zaczął zachowywać zupełnie nie w swoim stylu. Will Turner w pierwszej części 'Piratów...' był szczerym, prostolinijnym, prawym chłopakiem. Marzyłem o tym, by w kontynuacji pokazał mroczniejszą stronę swej osobowości, aby bardziej upodobnił się do pirata. Na szczęście scenarzyści pozwolili mi na to i bardzo im za to dziękuję.

Różnica pomiędzy obydwiema produkcjami polega też na tym, że 'Władca Pierścieni' to ekranizacja, a 'Piraci...' to oryginalny scenariusz.

No właśnie! Książka Tolkiena przeszła do historii literatury. Znana jest na całym świecie. Wcielając się w Legolasa, odczuwałem niesamowitą presję, by wizerunek elfa odpowiadał oczekiwaniom czytelników. Tymczasem Will Turner to postać stworzona wyłącznie w wyobraźni scenarzystów. Dzięki temu mogłem sobie pozwolić na pewną swobodę. Oczywiście nie do tego stopnia, co Johnny Depp czy Geoffrey Rush - ich bohaterowie są naprawdę nieobliczalni! Will to zwyczajny chłopak, i jako taki stanowi przeciwwagę dla Jacka Sparrowa. Dzięki temu tworzą niesamowicie zgrany duet. Jeden nie poradziłby sobie bez drugiego.

Jak pracowało Ci się ze Stellanem Skarsgardem? Czy to prawda, że na plan przyprowadza całą rodzinę?

Tak, rzeczywiście. Cała rodzina odwiedziła go na planie. To znakomity aktor i świetnie mi się z nim rozmawiało. W przerwach między zdjęciami gadaliśmy o życiu, o codziennych sprawach. Stellan to dla mnie przykład człowieka, który jest w stanie pogodzić pracę w Hollywood z utrzymaniem licznej rodziny i nadal wie, co jest w życiu najważniejsze. W 'Skrzyni umarlaka' gra mojego ojca, ale i poza ekranem udzielał mi mądrych, życiowych porad. Zupełnie jakby faktycznie mnie wychowywał.

Druga i trzecia część 'Piratów z Karaibów' powstawały równocześnie. Opowiedz, jak to jest, kręcić dwa filmy naraz?

W przypadku 'Władcy Pierścieni' kręciłem nawet trzy naraz. Można się w tym trochę pogubić. Człowiek wstaje rano i nie ma pojęcia, w której części będzie występował danego dnia. Bywa tak, że rano kręci się jakąś scenę z 'jedynki', a wieczorem, powiedzmy, z 'trójki'. Trzeba nieustannie wczuwać się w swoją postać. Trzeba wiedzieć, na jakim etapie znajduje się bohater. Przecież on nieustannie się rozwija, zdobywa nowe doświadczenia. Pod koniec serii jest już zupełnie kimś innym, niż na początku. Dlatego aktor musi znać jego psychikę, jego sposób myślenia, aby móc w ciągu jednego dnia przejść metamorfozę - od naiwnego chłopca, po dojrzałego mężczyznę. Lub odwrotnie. Kręcenie scen w innej kolejności, niż w scenariuszu, to żadna nowość. Kłopot w tym, że w przypadku dwóch czy trzech filmów realizowanych równocześnie postać przechodzi o wiele więcej przemian. I czasem naprawdę ciężko jest cofnąć się do jakiegoś wcześniejszego etapu. Lub zbyt wcześnie przeskoczyć na sam koniec.

'Piraci z Karaibów' olśniewają mnóstwem efektów specjalnych. Jak to wszystko wygląda na planie, w momencie kręcenia?

Na planie jest niesamowicie. Bill Nighy jako Davy Jones wykonał kawał fantastycznej roboty. Miał na sobie szary kostium w białe kropki i szary kapelusz. Stworzył żywą postać praktycznie z niczego. Zupełnie jak Gollum we 'Władcy Pierścieni'. Patrząc na niego, trudno było sobie wyobrazić te wszystkie macki na jego twarzy - a jednak zagrał tak, jakby już je miał. Odpowiednio się nachylał, przekręcał głowę... Nie mam pojęcia, jak on to zrobił. Kiedy obejrzałem gotowy film, naprawdę byłem pod wrażeniem. 'Skrzynia umarlaka' to prawdziwa uczta dla oczu. I tym większa duma, gdy człowiek sobie przypomni, że sam w tym filmie zagrał.

Pamiętam, że gdy zaczynałeś karierę, mówiłeś, że chcesz grać wielkich, nadzwyczajnych bohaterów. Czy Twoim zdaniem to marzenie się spełniło?

Tak, oczywiście. Teraz dla odmiany marzą mi się role normalnych ludzi. Chciałbym grać w filmach, które opowiadają o zwyczajnych, codziennych sprawach. Dwa i pół roku temu nakręciłem kameralny obraz pod tytułem 'Haven'. Rzecz wyprodukował ten sam człowiek, co 'Miasto gniewu'. Celowo nie wypuszczał 'Haven' do kin, bo chciał się przekonać, jak poradzi sobie 'Miasto...'. Mam nadzieję, że teraz film trafi wreszcie na ekrany. A niedługo zaczynamy zdjęcia do 'Seasons of Dust' Tima Nelsona. Akcja toczy się w latach 30., w okresie Wielkiego Kryzysu. To poruszająca, obyczajowa opowieść o wytrwałości w obliczu głodu i depresji. Tego rodzaju produkcje pociągają mnie teraz najbardziej.

Kogo zagrasz w 'Seasons of Dust'?

To facet, który kradnie towar przemytnikom. Najkrócej można go opisać: bandyta, ale honorowy. Uwielbia kobiety, ma niesamowitą charyzmę, słowem - prawdziwy mężczyzna. Kowboj. Kate (Bosworth, narzeczona aktora - Y. Cz.-H.) związana była z tym projektem już od pewnego czasu. Dała mi scenariusz do przeczytania. Zachwyciłem się od razu. To świetna historia. Nabrałem ochoty, by zagrać w tym filmie... i udało się. Bardzo się cieszę, że będziemy pracować razem z Timem Nelsonem.

Czy uważasz się za spełnionego aktora? Czy też nadal uważasz, że wszystko jeszcze przed Tobą?

Na razie skupiam się na samym graniu. Nie zastanawiam się za bardzo nad tym, jaki etap kariery udało mi się osiągnąć. Przez cały czas uczę się rzemiosła. Próbuję się rozwijać. Nie rozpowiadam wszem i wobec o własnych osiągnięciach, wolę raczej po cichu robić swoje.

Skoro nie lubisz rozgłosu, to jak radzisz sobie z własną popularnością?

Jeżeli to, co robię, sprawia, że ludzie czują się lepiej, to nie ma problemu. Wraz z upływem czasu człowiek przyzwyczaja się do sytuacji, w której wszystkie oczy są zwrócone na niego. Rzecz jasna, nie jest łatwo żyć w blasku reflektorów, niemniej jednak nie narzekam. Za nic na świecie nie chciałbym zmienić niczego w swoim dotychczasowym życiu. Dobrze jest, jak jest.



[Yola Czaderska-Hayek]