Johnny Depp gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Główny bohater filmu 'Rozpustnik' zwraca się wprost do widzów: 'Na pewno mnie nie polubicie, i wcale nie chcę, żebyście mnie lubili'. Czy Tobie też nie zależy na ludzkiej sympatii?

Johnny Depp: W jakimś stopniu jestem w stanie utożsamić się z Johnem Wilmotem, jako że sam również zetknąłem się wiele razy z niechęcią, antypatią czy wręcz nienawiścią. Mnóstwo kwestii, jakie na ekranie wygłasza Rochester, mógłbym przypisać sobie. W jednej ze scen na przykład bohater, już w końcowej fazie choroby, zagląda za kulisy teatru. Jeden z aktorów, którego gra Jack Davenport, przychodzi zmienić kostium. Wtedy Wilmot mówi: 'Najbardziej uwielbiam w was to, że tak bardzo lękacie się upływu czasu. Musicie natychmiast zmienić kostium, natychmiast nałożyć charakteryzację. Każda sekunda jest na wagę złota. To takie podobne do tego, czym sam się zajmuję' (śmiech).

Mimo to wydajesz się całkowitym przeciwieństwem swojego bohatera. Jesteś kochającym mężem i ojcem, twardo stąpasz po ziemi, nie pogrążasz się w nałogach...

Wiele razy znalazłem się w sytuacjach, z których podobnie jak Wilmot nie umiałem wybrnąć. I przez to zapracowałem sobie na opinię dziwaka. A dowcip polega na tym, że na samym początku kariery nie oswoiłem się jeszcze z tym, że stałem się osobą publiczną. Każdy mój krok był obserwowany, każde słowo odnotowane. I przez to często ponosiły mnie nerwy. W kontaktach z ludźmi zachowywałem się jak szaleniec, nie wiedząc tak naprawdę, co zrobić lub co powiedzieć. Dopiero z czasem wyrobiłem w sobie dystans do otoczki towarzyszącej zawodowi aktora. Teraz już się tak wszystkim nie przejmuję. Nie ukrywam też, że w osiągnięciu normalności bardzo pomógł mi związek z Vanessą i narodziny naszego pierwszego dziecka. Teraz wiem, co jest dla mnie najważniejsze. Żałuję tylko, że nie wpadłem na to wcześniej.

Zadedykowałeś 'Rozpustnika' Marlonowi Brando. Czy rozmawiałeś z nim przed realizacją tego filmu? Miał jakieś sugestie?

Tak, zanim pojechałem na plan do Londynu, rozmawiałem z Marlonem. Opowiedziałem mu o tym projekcie. Nazwisko Johna Wilmota, hrabiego Rochester niewiele mu powiedziało. Mimo to bardzo chciałem nakręcić ten film, bo pomyślałem sobie, że Marlon chętnie by go obejrzał. Tego rodzaju historia mogłaby mu się spodobać. Przed moim wyjazdem obiecaliśmy sobie, że jak zwykle będziemy w kontakcie, po czym wkrótce potem, już w Londynie dowiedziałem się, że Marlon nie żyje. To było jak cios obuchem w głowę. Postanowiłem poświęcić mu ten film. Kręciłem go z myślą o Marlonie, ale było już za późno, by mógł go obejrzeć... Niedługo potem, w tym samym roku, odszedł Hunter, mój serdeczny przyjaciel i wspaniały człowiek (Hunter S. Thompson, w którego Johnny Depp wcielił się w filmie 'Las Vegas Parano' - Y. Cz.-H.). Można powiedzieć, że przyczynił się do rozwoju nowoczesnego dziennikarstwa w takim samym stopniu, w jakim Rochester przyczynił się do rozwoju literatury. Obydwaj byli prekursorami - każdy w swoim gatunku - obydwaj zostali wyklęci i dopiero późniejsze pokolenia poznały się na ich geniuszu. John Wilmot zaistniał w publicznej świadomości jako szaleniec, pijak, hedonista, a w najlepszym przypadku twórca frywolnych satyr i pornograficznych przedstawień. Owszem, przyznaję: te sztuki są naprawdę obsceniczne. Gdyby wystawiano je dzisiaj, otrzymałyby kategorię XXX. Miałem jednak to szczęście, że w British Library (odpowiednik polskiej Biblioteki Narodowej - Y. Cz.-H.) udało mi się wypożyczyć jego listy. Miałem w ręku autentyczne rękopisy tego człowieka! Dopiero wtedy, czytając jego poetyckie wywody, zrozumiałem, jaki był naprawdę. To nie żaden pornograf, tylko troskliwy ojciec i mąż, pełen cierpienia artysta. Najłatwiej oceniać go, patrząc powierzchownie na jego tryb życia. O wiele trudniej jest wczuć się w jego sposób myślenia.

Wilmot wiedział, że nie jest mu pisane długie życie. Jak sądzisz, czy bał się śmierci?

Nie wiem. Myślę, że raczej bał się umrzeć zbyt szybko. Bał się, że nie zdąży napisać wszystkiego, co zalegało mu w duszy. Strach to jedna z najsilniejszych motywacji ludzkiego działania. Jako aktor, wiem coś o tym. Człowiek nieustannie się boi, że widownia go wyśmieje. Lęka się, że jego talent gdzieś się ulotni. Jeśli ktoś przez cały czas gra role podobnego typu, publiczność ma prawo zarzucić mu, że się powtarza, że jest sztuczny, kopiuje sam siebie. Trzeba wciąż próbować czegoś nowego. Marlon na przykład zawsze mi powtarzał, że powinienem zagrać Hamleta w teatrze. Mówiłem mu: 'Daj spokój, nigdy nie występowałem na scenie i nagle miałbym zagrać Hamleta?'. On na to: 'I o to właśnie chodzi. Zrób to, póki jesteś młody'. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, ale kto wie? Może kiedyś jeszcze się za to zabiorę.

Wbrew temu, co mówi do nas Rochester, odnoszę wrażenie, że jednak daje się go polubić...

Jeżeli ktoś oświadcza: 'Na pewno mnie nie polubisz', to kryje się w tym swego rodzaju wyzwanie. Wilmot jest postacią wielowarstwową. Jak już mówiłem, na pierwszy rzut oka łatwo w nim dostrzec alkoholika dążącego ku samozniszczeniu. W jakimś momencie jednak człowiek zaczyna się zastanawiać, co sprawiło, że Rochester na własne życzenie pogrąża się tak głęboko. Kiedy czytałem jego biografię, odkryłem, że w młodości brał udział w wojnie. Jego pluton, czy też kompania, został wybity niemal do nogi. Na oczach Wilmota jego koledzy ginęli w okrutny sposób. Myślę, że to wspomnienie prześladowało go przez resztę życia. Jeśli dodasz dwa do dwóch, to zorientujesz się, że Rochester nie był wcale takim zimnym, nieczułym draniem, za jakiego go uważano. Przeciwnie: był nadwrażliwy i chował się pod maską cynizmu. Usiłował ukryć dręczący go ból. I dlatego uważam, że mimo wszystko można go polubić. Ja mu współczułem.

Nie boisz się, że po takim filmie sam doczekasz się etykietki rozpustnika?

Nie mam najmniejszych złudzeń: ten film nie jest przeznaczony dla masowej widowni i na pewno nie spodoba się wszystkim. Miałem tego świadomość w momencie, gdy zgodziłem się w nim zagrać. Albo nawet wcześniej, gdy dziesięć lat temu John (Malkovich - Y. Cz.-H.) zaczął namawiać mnie do udziału w tym projekcie. Ciężko jest oczywiście przewidywać cokolwiek w tej materii, zdaję sobie jednak sprawę, że niektórych ta opowieść zirytuje, inni zaś obejrzą ją z zaciekawieniem, pragnąc dowiedzieć się czegoś na temat głównej postaci - albo samej epoki historycznej. Czasy Restauracji to piekielnie ciekawy okres. Z całą pewnością natomiast nie można promować tego filmu w taki sam sposób, jak na przykład 'Piratów z Karaibów'. Wyobraź sobie taką kampanię reklamową: drogie dzieciaczki, jeżeli podobał się wam 'Charlie i fabryka czekolady', zobaczcie koniecznie 'Rozpustnika'! (śmiech) Albo inny pomysł: seria laleczek z Wilmotem (śmiech). Już to widzę! (śmiech) Mówiąc serio, to zupełnie inne kino. Sam powiedziałem swoim dzieciom, że nie zobaczą tego filmu, dopóki nie skończą co najmniej 30 lat (śmiech).

John Wilmot wyznawał zasadę, że najlepszy sposób na pokusy to ulec im. Folgował sobie we wszystkim, nie troszcząc się o innych. A jak Ty sobie radzisz z pokusami?

Fakt, że czają się wszędzie. Niektórym czasami ulegam, przyznaję. Generalnie jednak wyznaję zasadę, że to, co dajesz innym, prędzej czy później do ciebie wróci. Jeżeli człowiek podstawi komuś nogę, to po jakimś czasie zły uczynek zemści się na nim w ten czy inny sposób. I odwrotnie: dobry uczynek procentuje. Tego uczę swoje dzieci: jeśli zrobisz coś dobrego, to będzie dobrze. Jeśli zrobisz coś złego, to będzie źle.

Wspomniałeś o Johnie Malkovichu. Z doświadczenia wiem, że niełatwo się z nim rozmawia...

Domyślam się, co sugerujesz. Czasami sprawia wrażenie, jakby działał na zwolnionych obrotach, prawda? (śmiech). Niemniej jednak mogę Cię zapewnić, że to wspaniały człowiek. A oprócz tego oczywiście znakomity aktor. Potrafi być zabawny, tylko trzeba dać mu trochę czasu (śmiech). Po raz pierwszy spotkaliśmy się w Chicago. John zaprosił mnie do teatru, w którym występował jako Rochester w scenicznej wersji 'Rozpustnika'. Nie miałem pojęcia, czemu właściwie zawdzięczam ten zaszczyt, ale gra Johna zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Po spektaklu oznajmił: 'Chodźmy na kolację', po czym już przy stole stwierdził: 'Chciałbym, abyś zagrał tego człowieka w filmie'. W pierwszym odruchu odparłem: 'A dlaczego sam go nie zagrasz? Byłeś świetny na scenie. Na ekranie też byś sobie poradził'. John na to: 'Cóż... dlatego, że chcę, abyś to ty go zagrał'. Nie miałem innego wyjścia, jak się zgodzić.

O ile wiem, Twój następny projekt to ekranizacja 'Shantaram'. Możesz powiedzieć coś na ten temat?

'Shantaram' to znakomita książka. Ktoś podsunął mi ją, kiedy kręciliśmy 'Charliego i fabrykę czekolady'. Nie mogłem się od niej oderwać, mimo że jest to dość obszerne tomisko. To niesamowita historia, oparta na faktach. Autor, Gregory David Roberts, opisał własne dzieje. Po tym, jak opuściła go żona, zaczął brać heroinę, a gdy już się uzależnił, napadał na banki, by zdobyć pieniądze. Dorobił się przydomka 'Bandyta Dżentelmen', ponieważ zawsze pojawiał się elegancko ubrany i z pistoletem-zabawką oznajmiał: 'Czy mogę uprzejmie prosić o pieniądze?' (śmiech). Został aresztowany i skazany na dziesięć lat więzienia o zaostrzonym rygorze w Melbourne. Po dwóch i pół roku uciekł w biały dzień, dostał się do Bombaju i zamieszkał w tamtejszych slumsach, lecząc najuboższych. Spędził tam dziesięć lat, poznając tych ludzi i ucząc się ich kultury. Nigdy jednak nie czuł się całkowicie wolny - zwłaszcza wtedy, gdy zaczął współpracować z hinduską mafią. Przez cały czas musiał oglądać się za siebie, czy nikt go nie ściga. To materiał na rewelacyjny film - zaczniemy go realizować, jak tylko skończę kręcić trzecią część 'Piratów z Karaibów'. Czyli już niedługo.



[Yola Czaderska-Hayek]