Harrison Ford gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: W filmie "Firewall" wcielasz się w programistę, który broni swej rodziny przed bandytami. W jaki sposób przygotowywałeś się do tej roli? Bo nie podejrzewam, żebyś w rzeczywistości przeżył coś podobnego...

Harrison Ford: Oczywiście, nikt nigdy nie wdarł mi się do domu i nie groził mojej rodzinie. Nie uważam jednak, że aby przedstawić na ekranie cudze przeżycia, trzeba samemu przejść coś podobnego. Używam wyobraźni - zastanawiam się, co zrobiłbym w danej sytuacji, będąc na miejscu mojego bohatera. Staram się dopasować zachowanie postaci, którą gram, do nastroju opowiadanej historii. Jedno musi wpływać na drugie; musi zachodzić pomiędzy nimi korelacja. Nie może dochodzić do zgrzytów.

Wiem, że nie lubisz, gdy zastępują Cię kaskaderzy. Bierzesz udział nawet w scenach walki. Nie uważasz, że niepotrzebnie ryzykujesz?

Po pierwsze, niczym nie ryzykuję. Każda scena walki ma szczegółowo rozpisaną choreografię. To jest jak taniec - trzeba tylko nauczyć się kroków. Chętnie sam biorę udział w tworzeniu choreografii. Dzięki temu wiem, na ile dana scena będzie wiarygodna. Wiem też, ile będę w stanie zdziałać przed kamerą. Jestem spokojny o własne bezpieczeństwo; siedzę w tym biznesie w końcu od trzydziestu lat. Domyślam się, że dla postronnego obserwatora realizacja scen walk może wyglądać groźnie, ale zapewniam, że wszystko jest naprawdę pod kontrolą.

Jesteś doświadczonym aktorem. Można wręcz powiedzieć: weteranem. Czy nadal fascynuje Cię to, czym się zajmujesz? Nie wpadłeś w rutynę?

Mogę powiedzieć z ręką na sercu: mam najlepszą pracę na świecie. Nadal sprawia mi ona przyjemność, choć z drugiej strony wiąże się z ogromną odpowiedzialnością. Kiedy jestem na planie, ludzie oczekują ode mnie, że dam z siebie wszystko. Inwestują we mnie swój czas, swoje pieniądze... Nie mogę ich rozczarować. Muszę zagrać najlepiej, jak tylko potrafię.

Cóż to jest dla aktora z Twoim dorobkiem?

Zapomnij o dorobku! W tym zawodzie nie liczy się, co było kiedyś. Liczy się tylko to, co ma miejsce teraz, w obecnej chwili. Każdy film stanowi osobne wyzwanie. Jeśli nie potrafisz mu sprostać, wypadasz z gry. Podczas kręcenia filmu nie można sobie pozwolić na taryfę ulgową. Nie mówię tu o tak prozaicznych sprawach, jak dotrzymywanie terminów, ale o zaangażowaniu w tworzenie postaci.

Bohater, którego grasz w "Firewall", przechodzi metamorfozę - ze spokojnego dżentelmena zamienia się w wulkan energii. W jaki sposób udało Ci się osiągnąć taki efekt?

Mike Nichols, mówiąc o aktorstwie dramatycznym, odwoływał się do tak zwanej 'reguły telefonu'. Jeśli odbierasz telefon, by usłyszeć złe wiadomości, to musisz podnieść słuchawkę z uśmiechem, bo inaczej widzowie nie zorientują się, o co chodzi, jeśli nie zmienisz wyrazu twarzy (śmiech). Z kolei jeśli wiesz, że wiadomości będą dobre, to podnieś słuchawkę z powagą i namaszczeniem. Widząc uśmiech, widownia od razu zrozumie, w czym rzecz. Na tej zasadzie to działa: aby wcielić się w interesującą postać, musisz najpierw cofnąć się do etapu, kiedy twój bohater jest jeszcze dość przeciętny, nie wyróżnia się z tłumu. Dzięki temu w miarę rozwoju akcji publiczność pozna go od nietypowej strony i będzie coraz bardziej zaciekawiona jego losami. To prosta zasada kontrastu. Problem tylko w tym, aby zachować wiarygodność.

Masz 63 lata, ale wciąż jesteś w znakomitej formie! Jak Ty to robisz? Ćwiczysz? Chodzisz do siłowni? Specjalnie się odżywiasz?

Sam nie wiem, co Ci powiedzieć. Dobrze wybrałem sobie rodziców (śmiech). Po prostu miałem szczęście i przejąłem od nich najlepsze geny. Nie chodzę do siłowni. Nie ćwiczę. Nie zastanawiam się nad tym, co jem. Oczywiście, zwykle odżywiam się zdrowo, ale na przykład w trakcie kręcenia filmu nie mam okazji do uprawiania sportu. Trochę gram w tenisa... Ale moja dobra forma to przede wszystkim zasługa genów. Chętnie ujawniłbym Ci, na czym polega tajemnica mojego zdrowia i urody, ale prawda jest taka, że jestem po prostu cholernym farciarzem.

Wspomniałeś, że grasz w tenisa. A co z innymi dyscyplinami? Lubisz piłkę nożną? Niedługo Mundial...

Nie, nie lubię piłki nożnej. W ogóle nie rozumiem, o co w niej chodzi. Mój syn ma teraz pięć lat i już zaczął grać w piłkę, a ja nie jestem w stanie niczego go nauczyć. Na szczęście jego ojciec chrzestny pochodzi z Anglii i jest piłkarzem. Obaj dogadują się bez problemu. Ja już jestem trochę za stary na takie zabawy. Nigdy zresztą nie interesował mnie sport. Różne geny odziedziczyłem po rodzicach, ale tych akurat nie (śmiech).

Gdziekolwiek się pojawisz, wszyscy pytają Cię o Indianę Jonesa. Nie masz tego dosyć?

Nie, dlaczego? Zależy mi na tym, aby widzom podobały się moje filmy i moje role. A nie ma co ukrywać, że Indiana Jones to mój największy sukces. Doskonale rozumiem, że ludzie czekają na powrót swojego ulubionego archeologa. Sam również bardzo chętnie wróciłbym do tej postaci. Na szczęście do realizacji tego projektu jest już coraz bliżej. Także Steven i George chcą nakręcić czwartą część. Czytałem już scenariusz i mogę Ci powiedzieć, że szykuje się coś naprawdę niesamowitego!

A kiedy czytałeś scenariusz "Firewall", co Ci się spodobało w tej historii? Polubiłeś głównego bohatera?

To akurat nie jest konieczne, żebym zgodził się zagrać daną rolę. Nie muszę lubić postaci, w którą się wcielam. Bardziej interesuje mnie nośny temat, który zainteresuje widownię. W przypadku filmu "Firewall" takim 'wabikiem' jest kwestia bezpieczeństwa w Internecie. Rzecz jest niezwykle aktualna, codziennie możesz przeczytać w gazecie o problemach związanych z naruszeniem prywatności. Ludzie chcą wiedzieć, jakie zagrożenia niesie ze sobą komputerowa przestępczość.

A Ty w ogóle umiesz obsługiwać komputer?

Daj spokój, komputer jest mi tak potrzebny do szczęścia, jak wrzód na tyłku. Mam oczywiście taki sprzęt w domu, ale w ogóle się do tego nie zbliżam. Opłacam jednego magika, żeby mi go skonfigurował i w ogóle robił wszystko, co się robi z komputerem. Wolę robić notatki na papierze i nosić je w kieszeni, niż się użerać z maszyną. Więcej czasu zajmuje naprawianie mojego komputera, niż jego użytkowanie (śmiech). Tak naprawdę komputery są wszędzie. Maszyny kierują samochodami, sterują samolotami... Najgorsze, co można zrobić, to bezgranicznie im zaufać. Bo jeśli jeden z drugim sukinsyn się zepsuje, to wracasz do punktu wyjścia i jesteś zdana tylko na siebie. A uwierz mi, psują się cholernie często.

A kwestia bezpieczeństwa? Otaczasz się ochroniarzami?

Oczywiście, mojego domu pilnuje batalion żołnierzy Legii Cudzoziemskiej (śmiech). Mamy wieżyczki strzelnicze, zasieki, te rzeczy. A mówiąc poważnie: nie chcę z oczywistych względów rozmawiać na ten temat. Powiem Ci tylko tyle, że nie podchodzę do kwestii bezpieczeństwa w jakiś szczególnie paranoiczny sposób. Wspominałem już o tym, że w tej chwili ludzie najbardziej boją się tego, że ktoś sforsuje informatyczne zapory w ich domowych komputerach i dlatego używają do ochrony coraz bardziej wymyślnego oprogramowania. Ja tak nie robię. Głównie dlatego, że - jak Ci mówiłem - komputera praktycznie w ogóle nie używam.

Zawsze dbasz o to, by bohaterowie Twoich filmów mieli choćby odrobinę poczucia humoru. To taki Twój znak firmowy?

Przede wszystkim ludzie bez poczucia humoru są potwornie nudni (śmiech). Bohater filmowy, którego nie stać na dystans do samego siebie, to kiepski bohater. Humor pozwala rozluźnić trochę napięcie, wprowadzić chwilę na nabranie oddechu. Zagrałem kilka ról komediowych i bardzo je lubię. Tak naprawdę nawet filmy z Indianą Jonesem uważam za komedie. Chętnie zagrałbym znowu coś z przymrużeniem oka, ale jakoś nie mam ostatnio ciekawych propozycji.

Przyjąłeś kiedyś zasadę, że kręcisz jeden film rocznie. Ale po Twojej poprzedniej produkcji, "Wydział Zabójstw, Hollywood", zniknąłeś z ekranu na dłuższy czas. Co się stało?

Masz rację, to była długa przerwa. Zdążyłem nawet usłyszeć plotki, że niepowodzenie "Wydziału..." załamało mnie do tego stopnia, że postanowiłem wycofać się z aktorstwa (śmiech). To oczywiście nieprawda. Wytłumaczenie jest bardzo prozaiczne: praca nad "Firewall" pochłonęła więcej czasu, niż się spodziewałem. Pierwszy reżyser musiał wycofać się z projektu, ponieważ w jego rodzinie wydarzyła się tragedia. Jego następca miał szereg uwag, które musieliśmy uwzględnić. Przerabianie scenariusza też nie trwało krótko. W efekcie zamiast jednego roku zrobiły się trzy. Oczywiście w każdej chwili mogłem wycofać się z tego przedsięwzięcia i przyjąć jakąś inną rolę. Chciałem jednak doprowadzić realizację "Firewall" do końca. Po prostu zależało mi na tym. Dlatego nie pojawiałem się na ekranie tak długo.

Wiem, że nie przepadasz zbytnio za gwiazdorskim trybem życia. Nie lubisz, gdy fotoreporterzy robią Ci zdjęcia. Czasami jednak trudno tego uniknąć, na przykład podczas ceremonii wręczenia Złotych Globów. Jak sobie radzisz podczas takich uroczystych wieczorów?

Zazwyczaj zostajemy z Callistą w domu i robimy coś ciekawego (śmiech). A mówiąc serio, jeśli idzie o Złote Globy, to bardzo lubię tę imprezę. Naprawdę jest na co popatrzeć. Bawię się o niebo lepiej, niż na jakiejkolwiek innej ceremonii wręczania filmowych nagród.

Uważaj, to pójdzie do publikacji!

A proszę bardzo. To i tak żadna tajemnica (śmiech).

Którą spośród swoich ról lubisz najbardziej?

Nie mam wystarczającego dystansu do swojej pracy, by móc stwierdzić: ta rola jest lepsza, a tamta gorsza. Nie patrzę na to w ten sposób. Poza tym do głosu dochodzą jeszcze wspomnienia z planu. Czasem bywa tak, że praca nad filmem jest prawdziwą mordęgą, a film okazuje się hitem. Innym razem bywa odwrotnie. Cieszę się, że miałem okazję pracować ze znakomitymi reżyserami. Na przykład "Świadek" do tej pory jest dla mnie bardzo ważnym osiągnięciem, jako że mogłem poznać osobiście Petera Weira - nie mówiąc o tym, że widzowie bardzo ciepło przyjęli tę opowieść. Drugi film, jaki nakręciłem z Weirem, "Wybrzeże Moskitów", również wysoko cenię, jako że zagrałem tam postać zupełnie inną, niż się wszyscy spodziewali. I bawiłem się przy tym świetnie. Powtórzę jednak: nie czuję się na siłach i chyba nie mam zbyt wielkiej ochoty oceniać własnych filmów. To zadanie pozostawiam innym.



[Yola Czaderska-Hayek]