Brad Pitt gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Rola w filmie "Babel" to chyba jedno z największych wyzwań w Twojej aktorskiej karierze. Która scena sprawiła Ci najwięcej trudności?

Brad Pitt: Już na etapie czytania scenariusza ogromne wrażenie zrobiła na mnie sekwencja, w której Richard, czyli bohater, którego gram, rozmawia przez telefon z synem i nagle zdaje sobie sprawę, jak niewiele potrzeba, by w ułamku sekundy człowiek stracił wszystko, co w życiu najważniejsze, najdroższe. Często bywa tak, że nie doceniamy tego, co zesłał nam los, nie doceniamy wspaniałych ludzi, których dane nam było spotkać. Dopiero w krytycznej chwili uświadamiamy sobie, jak wiele dla nas znaczą. Kiedy Richard słyszy w słuchawce głos syna, jak grom z jasnego nieba spada na niego olśnienie: 'Przecież ja w każdej chwili mogłem stracić moje dzieci, moją rodzinę. Mogłem już nigdy więcej ich nie zobaczyć'. Od tego momentu zmienia się jego spojrzenie na własne życie. Przyznaję, że dla mnie też była to traumatyczna scena.

Tym bardziej, że od niedawna sam jesteś ojcem.

Tak, w ciągu roku doczekałem się trójki dzieci (śmiech). Za rok pewnie będzie ich sześcioro (śmiech). Potem dziewiątka... Stworzymy własną drużynę piłkarską (śmiech).

Nie wiedziałam, że lubisz piłkę nożną!

Owszem, lubię. Bardzo podobał mi się tegoroczny Mundial. Tego rodzaju imprezy niesamowicie jednoczą ludzi. Pamiętam, że kiedy kręciliśmy "Troję", czytałem jakiś materiał o starożytnej Grecji. To właśnie tam narodził się pomysł Igrzysk Olimpijskich. W założeniu miały one służyć wyładowaniu agresji pomiędzy poszczególnymi plemionami. Kibice, obserwując swoich czempionów, mieli czuć dumę z faktu, że przynależą do tego samego narodu. I tak jest do dziś. Dlatego Mundial jest tak popularny. Uwielbiam oglądać mecze, zwłaszcza w domu, z najbliższymi.

Musiałeś pewnie dopasować swoje plany zawodowe do życia rodzinnego.

Oczywiście. Teraz wszystko robię o wiele szybciej. Nie ma czasu na ociąganie się. Człowiek nareszcie zaczyna doceniać to, co ma. Nadal bardzo lubię mój zawód, ale z drugiej strony ogromną przyjemność sprawia mi fakt, że po robocie mogę wrócić do swojej rodziny. Poza tym teraz jeszcze bardziej przykładam się do swojej pracy, ponieważ mam świadomość, że kiedyś, w przyszłości moje dzieci będą oglądać mnie na ekranie. Nie chciałbym, by musiały się za mnie wstydzić.

Jakim cudem znajdujesz jeszcze czas na to, by udzielać się jako producent? Z Twoim udziałem powstały filmy: "Infiltracja" i "Running With Scissors"...

Odpowiedź jest prosta. Trzeba pracować z odpowiednimi ludźmi. Wtedy udaje się osiągnąć więcej. Poza tym, kiedy człowiek skończy już czterdziestkę, nachodzi go ochota, by spróbować w życiu czegoś nowego, by sprawdzić się w jakimś innym zawodzie. Takim wyzwaniem była dla mnie rola producenta. Cieszę się, że coś z tego wyszło. Dzięki temu mogę przyczynić się do powstania filmów, które bardzo chciałbym ujrzeć na ekranie, a w których z takiego czy innego względu nie mógłbym zagrać.

Wielu aktorów przyznaje, że o ich wyborze zawodu zdecydował jakiś obejrzany w dzieciństwie film. Czy tak też było w Twoim przypadku?

Jako dzieciak strasznie lubiłem chodzić do kina. Pamiętam, że spodobała mi się "Gorączka sobotniej nocy" (śmiech). Nawet nie tyle ze względu na obciachowe ciuchy i taniec, choć nawet dzisiaj jestem w stanie zaszaleć na parkiecie. Po prostu nie miałem pojęcia, że ludzie mogą korzystać z życia w ten sposób. Wychowałem się na głębokiej prowincji w Oklahomie i dla mnie taki sposób spędzania czasu, jaki ujrzałem na ekranie, był czymś obcym. Nie powiem jednak, żeby "Gorączka..." była jakimś przełomowym dziełem, które zmieniło moje spojrzenie na świat. To po prostu jeden z wielu filmów, jakie zdarzyło mi się zobaczyć w dzieciństwie. A "Butcha Cassidy'ego i Sundance Kida"widziałem już w przedszkolu.

Co więc przesądziło o tym, że zostałeś aktorem?

Na tydzień przed ukończeniem college'u okazało się, że wszyscy moi koledzy złożyli gdzieś podania o pracę i tylko ja nie miałem pojęcia, czym by tu się w życiu zająć. Myślałem sobie wtedy: 'Jaka szkoda, że nie mieszkam w Nowym Jorku czy Los Angeles. Mógłbym występować w filmach'. I którejś nocy przyszło mi do głowy: 'Zaraz, przecież mogę się tam po prostu przeprowadzić'. W ciągu kilku dni zebrałem pieniądze na podróż, załadowałem swoje rzeczy do samochodu i wyruszyłem do L.A. Nie poszedłem nawet na ostatnie zajęcia w college'u, przez co nie ukończyłem szkoły. Nie mam pełnego wykształcenia. Tak to wyglądało.

Wróćmy do filmu "Babel". Czy utożsamiasz się z jego przesłaniem?

O tak, oczywiście. Mam bardzo podobne poglądy. W dzisiejszych czasach ludzie mają coraz większe problemy z porozumieniem się, z komunikacją. Paradoks globalizacji polega na tym, że im bardziej zacierają się granice między krajami, tym więcej pojawia się konfliktów. W dobie Internetu i telefonów satelitarnych jesteśmy ze sobą połączeni bardziej niż kiedykolwiek. A jednocześnie coraz rzadziej rozmawiamy ze sobą twarzą w twarz. Coraz trudniej o szczerość. Uważam, że o pewnych sprawach trzeba mówić głośno. Im więcej przemilczeń, tym więcej potem nieszczęść.

Widzę, że masz w sobie sporo z ideowca, który chciałby uzdrowić świat. Czy Twoja popularność pomaga Ci w realizacji tych zamierzeń, czy jest może przeszkodą?

Pomaga. Oczywiście, że pomaga. Choćby tylko dlatego, że tu, w Hollywood żyjemy na okrągło w blasku fleszy i naszych słów słucha praktycznie cały świat. Jeśli chcesz pomagać ludziom, jeśli masz coś do przekazania, to sława tylko Ci to ułatwia. Poza tym dzięki popularności zawsze można więcej osiągnąć. Niemal wszystkie drzwi są przed Tobą otwarte. Trzeba tylko uważać, aby być konsekwentnym i rzeczywiście robić swoje. O ludziach z Hollywood mówi się, że są jak chorągiewki i służą tylko własnym celom. W wielu przypadkach to na pewno prawda. Dlatego też, jeśli chcesz walczyć za jakąś sprawę, to bądź wytrwała i nie rezygnuj. Bo inaczej osiągniesz efekt odwrotny od zamierzonego. Aha, jeszcze jedno: czasem sam fakt, że kręcisz gdzieś film, może skierować uwagę ogółu na tę okolicę. "Babel" realizowaliśmy w Maroku, na kompletnym pustkowiu. Wokół księżycowy krajobraz, a w wiosce, w której kręciliśmy zdjęcia, nie było nawet elektryczności! Dopiero na użytek filmu założono tam linię i podciągnięto kable. Gdy po skończeniu pracy wyjechaliśmy stamtąd, upewniliśmy się, że mieszkańcy wioski nie zostaną pozbawieni prądu, że ta linia elektryczna tam zostanie. Cieszę się, że chociaż w ten sposób mogliśmy im pomóc.

Sporo mówiłeś o globalizacji, o jednoczeniu się narodów. A przecież nawet w filmie widać, że czasami nie sposób się porozumieć.

Jest taka znamienna scena. Bohater, którego gram, w momencie, gdy jego żona zostaje ranna, wyskakuje z autobusu i rzuca się na miejscowego faceta, który akurat przejeżdżał obok. Jest przekonany, że to on miał coś wspólnego z tym fatalnym strzałem. Później zaś widzimy, jak policja przesłuchuje tamtego człowieka. Opowiada on: 'Jechałem sobie spokojnie drogą, po czym nagle z autobusu wypadł jakiś wariat w pokrwawionej koszuli i zaatakował mnie. Nie miałem pojęcia, o co mu chodziło'.

A czy zdarzyło się kiedykolwiek, że będąc za granicą, nie mogłeś się z nikim dogadać? I jakie były tego konsekwencje?

Na pewno nie tak groźne, jak w filmie "Babel". Kiedyś pojechałem na Węgry, do dziewczyny, która zresztą powiedziała mi wtedy, że jest zakochana w swoim fotografie (śmiech). Stwierdziłem: 'Dobra, to ja wychodzę'. Ona na to: 'Czemu?' (śmiech) W każdym razie znalazłem się sam na kolejowej stacji i nagle wpadłem na pomysł: 'A gdyby tak odwiedzić moich znajomych w byłej Jugosławii?'. Łatwo powiedzieć, tylko jak tu znaleźć kogoś, kto zna angielski? W końcu trafiłem na człowieka, który w paru słowach wskazał mi drogę do pociągu. Potem kilka razy pytałem konduktora: 'Czy na pewno dojedziemy do Belgradu?'. On na to odpowiadał cały czas: 'Yes, yes'. Po czym w jakimś momencie okazało się, że wagony stoją na bocznicy, bo pociąg skończył bieg (śmiech). Jak widzisz, nie było to jakieś przerażające doświadczenie. Wiem jednak, jak to jest, kiedy człowiek nie może się z nikim dogadać...

Na szczęście nic Ci się nie stało.

Też się cieszę. Chociaż poczekaj, przypomniałem sobie coś jeszcze! Pamiętam taką sytuację, która przydarzyła mi się, kiedy kręciliśmy "Ocean's 12" w Amsterdamie. Kiedy człowiek mieszka w Ameryce, wydaje mu się, że to prawdziwe centrum świata, że wszyscy tylko marzą, aby zamieszkać w naszym kraju, bo każdemu daje on okazję do zrobienia kariery. Tymczasem któregoś dnia urwałem się z planu po zakończeniu zdjęć i postanowiłem zrobić sobie nocną wycieczkę rowerem po mieście. W jakimś momencie zgubiłem się. Z pobliskiego baru wychodziło właśnie kilku facetów, więc stwierdziłem, że zapytam ich o drogę. Byli trochę podpici i jak usłyszeli, że mówię po angielsku, zaczęli krzyczeć: 'Jebany Amerykańcu, chodź tu, zaraz cię zabijemy!'. Nigdy wcześniej coś takiego mi się nie przydarzyło. Na szczęście wyszedłem z tej przygody bez szwanku. Powiedziałem sobie później, że choćby nie wiem co, muszę nauczyć się jakiegoś drugiego języka. Zanim położą mnie w grobie, będę mówił płynnie po francusku.

Nie tylko języków się uczysz. Twoje nowe hobby to lotnictwo. Możesz coś na ten temat powiedzieć? Co Cię tak pociąga w pilotowaniu samolotu?

Po pierwsze, nikt się za mną nie włóczy (śmiech). To duży plus. Po drugie, Angelina lata już od pewnego czasu i kiedyś w rozmowie pojawił się pomysł: 'A może byśmy kiedyś zabrali dzieci na wycieczkę?'. W powietrzu człowiek czuje się naprawdę wolny. Poza tym siedzenie za sterami samolotu to niesamowity mariaż ludzkich zmagań z naturą i mechanicznym sprzętem. Człowiek musi być nieustannie skoncentrowany, ponieważ wystarczy chwila nieuwagi, by coś poszło nie tak. Czasami bywa niebezpiecznie, ale naprawdę uwielbiam ten sport. Jak już mówiłem, po czterdziestce mężczyzna ma czasem ochotę sprawdzić się w innej roli. Cieszę się, że udało mi się nauczyć czegoś nowego. To zawsze poprawia samopoczucie.



[Yola Czaderska-Hayek]