Mark Wahlberg gościem Yoli



Mark Wahlberg ma na swoim koncie wiele znaczących ról. By współpracować z Martinem Scorsese na planie "Infiltracji" zgodził się przyjąć rolę drugoplanową i nie dał się zdominować gwiazdom tego przedsięwzięcia. W rozmowie z Yolą Czaderską-Hayek, przeprowadzoną specjalnie dla Stopklatki aktor opowiada m.in. o swojej pracy pod okiem wybitnego reżysera. Dowiedzieliśmy się m.in., że aktor nigdy nie obejrzy "Ostatniego kuszenia Chrystusa"...

Mark Wahlberg karierę rozpoczynał jako wokalista zespołu Marky Mark and The Funky Bunch, z którym nagrał dwa albumy płytowe. Jako aktor filmowy zadebiutował w komedii Penny Marshall "Inteligent w armii". Następnie partnerował Leonardo DiCaprio w "The Basketball Diaries". Swoją pierwszą główną rolę zagrał pod kierunkiem Jamesa Foleya w znakomitym dreszczowcu "Fear", a prawdziwe uznanie przyszło wraz z "Boogie Nights". Wahlberg ma w dorobku takie filmy jak: "Złoto pustyni", "Gniew oceanu", "Ślepy tor", "Planeta małp", "Włoska robota", "Jak być sobą", "Czterej bracia", "Invincible" oraz ostatnio "Infiltracja".

Na planie tego ostatniego filmu spotkał się Leonardo DiCaprio, Mattem Damonem i zdecydowanie nie dał się zdominować stosunkowo młodym gwiazdom nowego przedsięwzięcia Martina Scorsese.

Yola Czaderska-Hayek: W 'Infiltracji' Martina Scorsese grasz policjanta z Bostonu. Sam również pochodzisz z tego miasta. Jak Ci się pracowało w rodzinnych stronach?

Mark Wahlberg: Wreszcie to ja mogłem komuś założyć kajdanki, a nie odwrotnie. Miła odmiana (śmiech). Któregoś dnia kręciliśmy zdjęcia dokładnie w tej samej okolicy, w której się wychowałem. Strasznie dziwne uczucie. Człowiek ma wrażenie, że to wszystko mu się śni, że to się nie dzieje naprawdę. Cieszę się, że mogłem nakręcić ten film w Bostonie, i to w dodatku z Martinem Scorsese. Nie można sobie wymarzyć lepszej sytuacji.

Główne role grają Leonardo DiCaprio i Matt Damon, ale nie dałeś im się zdominować.

Z Leo znamy się od 1993 roku. Pracowaliśmy już razem, to mój dobry kolega. Matt z kolei, podobnie jak ja, jest z Bostonu. Obydwaj dorastaliśmy w takim środowisku jakie widać na ekranie, dlatego na planie czuliśmy się bardzo swobodnie. Nie musieliśmy uczyć się, jak zachowują się i mówią bostończycy, bo wszystko to mieliśmy już we krwi. Skorzystałem na tym, ponieważ jednocześnie z 'Infiltracją' kręciłem dwa inne filmy i bardzo zależało mi na czasie.

A jak wyglądała sama współpraca z Martinem Scorsese?

Wiesz, jak to jest: każdy chciałby zagrać u Martina Scorsese. Dlatego kiedy już trafi się taka okazja, człowiek staje na uszach, żeby wypaść jak najlepiej. Nie tylko ze względu na sam film, ale także dlatego, żeby zrobić przyjemność Marty'emu. To wspaniały człowiek; staraliśmy się dać z siebie wszystko, żeby zrealizować jego wizję i żeby 'Infiltracja' była równie dobra, co jego klasyczne filmy. Dzięki temu pracowaliśmy jako drużyna, nie dochodziło na planie do jakiejś niezdrowej rywalizacji. Miałem poza tym to szczęście, że Martin dał mi praktycznie wolną rękę. Mogłem włączać do swoich kwestii takie obelgi, jakie mi tylko przyszły do głowy. Fajnie było! (śmiech) Nie przyszło mi to zbyt trudno, bo tak się mówiło u mnie w domu... (śmiech). Większość przekleństw, jakie słyszysz w filmie, to efekt improwizacji. Martin powiedział, że mogę kląć, ile chcę, bylebym tylko nie wyszedł za bardzo z roli. Żaden problem - jak już wspominałem, tak się właśnie mówi w Bostonie. Podczas kręcenia sceny z Mattem przerzucaliśmy się co lepszymi tekstami jako chłopaki z jednego miasta. Mieliśmy ubaw po pachy. Martin zaś nie miał nic przeciwko temu.

Naprawdę pozwalał Ci na wszystko?

Martin Scorsese ma bardzo ciekawe podejście do pracy. Na planie 'Infiltracji' było wyjątkowo cicho i spokojnie. Tylko ja zachowywałem się głośno, bo mój bohater miał taką właśnie wybuchową naturę. Chodził wściekły, pyskaty i bez przerwy na kogoś zły. Martin zaś rozmawiał z aktorami głównie poza planem. Potrafił gadać godzinami, opowiadać różne fantastyczne historie... To chodząca encyklopedia kina, możesz go zapytać o każdy film i na pewno będzie go znał. Na planie zaś zachowuje się w sposób bardzo stonowany - nie krzyczy na aktorów, ale wyszeptuje im wskazówki na ucho. Dlatego, kiedy się pojawia, słychać tylko szum: 'Uwaga, idzie pan Scorsese', po czym automatycznie wszyscy przestają rozmawiać i siedzą cicho jak mysz pod miotłą. A potem zaczyna się praca. Tak naprawdę zrobiłem ten film tylko dla niego. Namawiał mnie przez jakiś czas, a ja wciąż odmawiałem ze względu na brak czasu. Aż w końcu mnie przekonał.

Wspomniałeś o klasycznych filmach Martina Scorsese. Masz jakiś ulubiony?

Wiele! "Wściekły byk", "Chłopcy z ferajny", "Kasyno"... Powinnaś mnie raczej zapytać, czy jest jakiś film Martinsa Scorsese, którego nie lubię. Wtedy musiałbym się długo zastanawiać, który wybrać. Chociaż nie, jest jeden, którego nie widziałem i wcale nie chcę go zobaczyć.

"Ostatnie kuszenie Chrystusa"?

No właśnie. Jako osoba wierząca nie chcę w ogóle rozmawiać na temat tego filmu. Ale to wyjątek. Poza tym jednym tytułem uwielbiam wszystko, co nakręcił Martin. Odkąd pamiętam, byłem jego fanem - jeszcze zanim sam zacząłem bawić się w aktora! Kiedy zaś nauczyłem się na własnej skórze, jak wygląda życie na planie, tym bardziej doceniłem fakt, że pod kierunkiem Martina wszystko udaje się niemal bez wysiłku. Po prostu przychodzi na plan i kieruje swoją orkiestrą niczym dyrygent. Jednemu powie to, drugiemu szepnie tamto - i wszystko się kręci! A potem idziemy na jakąś fajną kolację. Piękna sprawa. Nie wiem, jak on to robi, ale praca z nim to prawdziwa przyjemność.

Postaci, którą grasz, nie ma w oryginalnej wersji 'Infiltracji', czyli w "Infernal Affairs". Wiecznie przeklinający sierżant Dignam musi być jakimś potwornym frustratem...

Nie sądzę, tego rodzaju osoby na ogół nie mają problemów ze sobą. Spotkałem w życiu wielu takich ludzi i wiem, że jeśli spędzi się z nimi trochę czasu, można ich jakoś tam zrozumieć. W sumie okazują się nie tacy źli. Nie chcę psuć zabawy tym, którzy jeszcze nie widzieli filmu, dlatego nie będę rozwodził się nad tym, jaką rolę w fabule odgrywa mój bohater. Powiem może tylko, że Dignam, mimo niewyparzonej gęby, jest naprawdę porządnym facetem. Można na nim polegać. Guzik go obchodzi, co ludzie o nim myślą. Zależy mu tylko na tym, żeby jak najlepiej wykonywać swoją pracę. I koniec. Znam wielu takich policjantów.

No właśnie, czy przygotowując się do roli, rozmawiałeś z prawdziwymi gliniarzami?

Tak, jasne. Najlepsze przygotowanie do roli dało mi pierwsze 18 lat życia, kiedy stykałem się z glinami, tylko - że tak powiem - od innej strony. Często trafiałem na posterunek, gdzie oglądałem sobie tajniaków przy pracy. Kiedyś byłem całkiem niezły w wyłapywaniu ich na ulicy. Od razu wiedziałem, kto jest psem, a kto nie. Dzisiaj to zupełnie inna generacja. Mężczyźni, kobiety, dzieci, starcy - aż strach się bać. Dobrze, że nie robię już nic nielegalnego (śmiech), bo są naprawdę nieźli w te klocki.

Jak wspominasz szczenięce lata, kiedy wpadałeś w konflikty z prawem?

W tamtych latach nie przepadałem za stróżami prawa, teraz jednak zdaję sobie sprawę, jak wielką rolę odgrywa ono w naszym życiu. Mam dwójkę dzieci (3-letnia córka Ella Rae i półroczny syn Michael - Y. Cz.-H.). Chodzę do kościoła. Marzy mi się, aby wszyscy byli szczęśliwi i kochali się nawzajem. Chciałbym, aby moje dzieciaki żyły w bezpiecznym świecie.

A nie tęsknisz za nimi, kiedy kręcisz film?

Oczywiście, że tęsknię! Ojcostwo to fajna rzecz. Nie przepadam za tym, że nie ma mnie w domu, tym bardziej, że z doświadczenia wiem, jaki wpływ na dziecko wywiera nieobecność ojca. Opierając się na własnych przeżyciach, wiem też, jakich błędów nie popełniać, by odpowiednio wychować dzieciaki. Sam jako szczeniak zszedłem na złą drogę, bo nikt się mną tak naprawdę nie opiekował. Nie mam oczywiście żalu do rodziców - i tak uważam, że w tych warunkach zrobili dla mnie wszystko, co mogli. Niemniej jednak nie mogę już sobie pozwolić na długie wyjazdy z domu. Muszę znaleźć jakiś sposób na pogodzenie pracy z życiem rodzinnym. Nawet dwa tygodnie to za długo.

Co to znaczy, że nikt się Tobą nie opiekował?

Moi rodzice żyli w separacji, a ja byłem najmłodszy z dziewięciorga rodzeństwa. Musieli pracować, żeby zarobić na życie. Nie mieli czasu, by zajmować się tyloma dziećmi.

Wspomniałeś kiedyś, że postać sierżanta Dignama z 'Infiltracji' wzorowałeś na policjancie, który kiedyś Cię aresztował. To prawda?

Dla mnie ta rola to pewnego rodzaju rozliczenie z przeszłością, pozbycie się brzemienia, które ciążyło nade mną przez wiele lat. Takich rzeczy, jak aresztowanie i pobyt w więzieniu nie zapomina się łatwo. Nie chodzi tylko o to, że zagrałem policjanta. Rzecz w tym, że podczas kręcenia filmu powróciłem do swoich korzeni, do miejsc, w których się wychowałem. Pojawiłem się tam jednak jako zupełnie inny człowiek, niż ten, którym byłem jeszcze kilkanaście lat temu. To była dla mnie wielka ulga. Czuję się w jakimś sensie odpowiedzialny za dzieciaki z mojej dzielnicy. Trzeba dać im po prostu szansę, żeby nie zeszły na złą drogę. Mam nadzieję, że moja rola i ten film dadzą im nadzieję, że jednak można wyrwać się z nędzy i zrobić w życiu coś ciekawego. Jednym ze sposobów na to może być sztuka. Jeżeli komuś uda się dokonać czegoś kreatywnego, to już jest pierwszy krok w dobrym kierunku. Trzeba być przede wszystkim sobą i nie poddawać się złym wpływom.

A jak to było z Tobą? Co pomogło Ci wrócić na słuszną drogę?

W ciągu 35 lat mojego życia trochę się wydarzyło. Na pewno kiedy trafiłem za kratki, był to dla mnie sygnał, że coś jest nie tak, że coś trzeba w sobie zmienić. Potem udało mi się odnieść sukces i znów przestałem się pilnować... Wiesz, tak naprawdę bardzo trudno jest nauczyć się normalnie żyć, kiedy wokół czyha tyle pokus. Mam świadomość, że jestem już w dojrzałym wieku i nie wypada już zachowywać się jak głupi małolat. Tak naprawdę jednak najbardziej do pionu postawiły mnie moje dzieci. Kiedy przyszły na świat, poczułem się, jakby ktoś dał mi potężnego kopa w tyłek i powiedział: 'Słuchaj no, koniec troszczenia się tylko o siebie. Masz kogoś, za kogo odpowiadasz'. Historia zatoczyła koło.

Łatwo Ci przyszło wcielić się w rolę ojca?

Nie będę udawał, że tak. Na początku, kiedy miała urodzić się córka, byłem autentycznie przerażony. Z moją przeszłością kobieciarza nie wyobrażałem sobie nagle przemiany w statecznego ojca rodziny. Zupełnie nie wiedziałem, od której strony do tego podejść. Ale w jakimś momencie powiedziałem sobie: 'Dobra, w porządku. Czas się wziąć do roboty'. Teraz mam jeszcze syna. Mówię na niego 'Mistrzu'. Już nie mogę się doczekać, kiedy zacznie chodzić i mówić. Na razie bawimy się razem z córcią. Wyrosła na silną dziewczynę i uwielbia bić się z tatą (śmiech). Przyznaję z ręką na sercu, że nie mam pojęcia, jak to będzie, kiedy mała dorośnie i zacznie się umawiać na randki. Nie wiem, jak ja to zniosę.

Wygląda więc na to, że jesteś zadowolony z życia. Masz rodzinę, robisz to, co lubisz...

Powiodło mi się naprawdę, i to pod wieloma względami. Nie mam na co narzekać - a nawet gdybym próbował, to i tak nikt by mnie nie słuchał, wszyscy moi znajomi bowiem wiedzą, jakim jestem farciarzem. Przede mną i tak jeszcze wiele do osiągnięcia. Mam nadzieję, że uda mi się sprostać wszystkim życiowym wyzwaniom. Cieszę się z moich sukcesów, wiem jednak, że kariera to nie wszystko. Są ważniejsze rzeczy. Moja rodzina i moja wiara są zawsze na pierwszym miejscu. I to się nie zmieni.



[Yola Czaderska-Hayek]