Pedro Almodovar gościem Yoli



Na ekranach naszych kin gości już najnowszy film Pedro Almodovara. Jego "Volver" ma poważne szanse powalczyć o najważniejsze nagrody przemysłu filmowego w tym roku. Z uznanym reżyserem spotkała się Yola Czaderska-Hayek by porozmawiać o najnowszym filmie, przebiegu kariery oraz planach na przyszłość.

Yola Czaderska-Hayek: Twój najnowszy film, "Volver", święci triumfy na całym świecie. Co zainspirowało Cię do nakręcenia tej historii?

Pedro Almodovar: Z moimi scenariuszami zwykle bywa tak, że główny pomysł, który na początku wydaje mi się znakomity, później znika w trakcie pisania, a cała opowieść podąża w zupełnie inną stronę. W tym przypadku źródłem inspiracji stał się artykuł, który przeczytałem w gazecie w Puerto Rico. Opowiadał o mężczyźnie, który mimo rozwodu nadal kochał swoją żonę i chciał utrzymywać z nią kontakt, ale jej rodzina na to nie pozwoliła. Z wściekłości więc postanowił zabić jej matkę, doszedł bowiem do wniosku, że skoro jego była żona przyjdzie na pogrzeb, to na pewno będzie mógł spotkać się z nią na cmentarzu (śmiech). Jak pomyślał, tak zrobił. Historia wydała mi się na tyle surrealistyczna, że zapisałem ją sobie w notesie i po powrocie do Madrytu zacząłem rozmyślać na temat tego człowieka. Ponieważ był właścicielem restauracji, przekazał klucze do lokalu sąsiadce i wyjechał pozbyć się teściowej. Od pewnego momentu postać owej sąsiadki zaczęła nawiedzać mnie coraz intensywniej. Postawiłem sobie pytanie: a gdyby ta kobieta też miała jakiś problem - na przykład trupa własnego męża w lodówce - i dostęp do restauracji pomógłby jej go rozwiązać? Tak właśnie narodziła się bohaterka, którą gra Penelope. Później, w trakcie pisania scenariusza, na scenę zaczęły wkraczać inne kobiety, każda z nich obarczona własnymi kłopotami. Restauracja to przecież dobre miejsce do poznawania nowych ludzi; ktokolwiek może wejść tu prosto z ulicy. W pierwotnej wersji film przypominał komedię, w której Penelope jako właścicielka lokalu odnosi sukces. Kiedy jednak przeczytałem zarys fabuły, doszedłem do wniosku, że to za mało. I wtedy przyszedł mi do głowy pomysł: a gdyby tak bohaterka była matką nastoletniej córki? Relacje między pokoleniami odgrywają olbrzymią rolę w tym filmie. Cała reszta, czyli wygląd Penelope przywodzący na myśl kobiety z włoskich filmów z lat 50., pojawiła się na samym końcu, czyli podczas kolejnych przeróbek scenariusza.

Mówią o Tobie, że jak nikt inny potrafisz zrozumieć kobiety. Komu zawdzięczasz taką znajomość damskiej psychiki?

Zwykle odwołuję się do wspomnień z dzieciństwa. Tak też było i w przypadku "Volver". W La Manczy, gdzie wychowywałem się w latach 50., zazwyczaj otaczały mnie kobiety. Moja matka, siostry, babcia i sąsiadki. Zwłaszcza te ostatnie były szczególnie ważne. Stanowiły niejako część rodziny. Matka często zostawiała mnie pod opieką jednej z nich, gdy sama przebywała poza domem i nie mogła mnie zabrać ze sobą. To właśnie dzięki tym wspaniałym osobom poznałem tak dobrze kobiecy świat. Największy wpływ na kreację postaci miała oczywiście moja matka. Wiele kwestii pojawiających się w dialogach słyszałem jako dziecko z jej ust. Teraz, kręcąc "Volver", udałem się na powrót do La Manczy i stwierdziłem, że od lat 50. nic się tam nie zmieniło. Kobiety z obecnego pokolenia zachowują się identycznie, jak te z wcześniejszych generacji. Mówią tak samo, robią to samo - na przykład czyszczą groby na cmentarzu. W filmie zobaczysz podczas tej czynności autentyczne wieśniaczki. Wszystko wygląda identycznie, jak za czasów mojego dzieciństwa. Dla mnie są to prawdziwe bohaterki, ponieważ dzięki takim właśnie silnym, zaradnym kobietom Hiszpania podźwignęła się z kryzysu tuż po wojnie. A także po rządach generała Franco.

No właśnie, kiedy zaczynałeś wchodzić w dorosłe życie, Franco kazał zamknąć wszystkie uniwersytety. Nie byłeś w stanie normalnie studiować. Może właśnie dzięki temu wyrobiłeś własny styl, bo nie zmanierowała Cię szkoła filmowa?

To był bardzo trudny okres - mówię o początku lat siedemdziesiątych. Po pierwsze, nawet nie było mnie stać na uniwersytet. Po drugie, nie było gdzie studiować. Brałem wtedy każdą robotę, jaka wpadła w ręce. Myślałem jednak nieustannie o kinie. Dlatego za odłożone pieniądze po pierwszym roku pracy kupiłem kamerę z taśmą 8-milimetrową. To były moje prawdziwe studia. Oczywiście, gdybym miał szansę, z pewnością poszedłbym do szkoły filmowe. Kino jednak ma to do siebie, że można się nauczyć, jak się robi filmy, ale trudno tę wiedzę przekazać. Najlepiej więc zacząć w warunkach absolutnej wolności. A taką właśnie wolność daje brak wykształcenia. Moją szkołą była moja kamera. Przez siedem lat kręciłem amatorskie filmy. Moim marzeniem było opowiadać historie, nie zależało mi na sławie czy na sukcesie. A co do kwestii, czy pobyt w akademii wpłynąłby jakoś na zmianę mojego stylu, to nie sądzę - doskonale wiedziałem, co chcę osiągnąć i nawet dzisiaj, na planie, czuję w sobie taką samą artystyczną świeżość, jak na początku kariery. Myślę, że gdybym ukończył studia, moje filmy wyglądałyby tak samo.

A co czujesz, widząc, że Twój kolejny film porusza publiczność? Czy postrzegasz go nagle inaczej? Odkrywasz w nim coś, czego nie widziałeś wcześniej?

Brigitte Bardot powiedziała kiedyś, że choć żyła z wieloma mężczyznami, to za każdym razem, gdy się zakochała, miała wrażenie, że to jej pierwsza miłość. Podobnie jest z premierą każdego filmu, który podoba się widzom. Choćbym miał na koncie nie wiadomo ile tytułów, zawsze, kiedy widzę, jak żywiołowo reaguje publiczność, mam wrażenie, że to mój pierwszy raz. Nie wychodzę z założenia, że odbiorcy automatycznie pokochają wszystko, co nakręcę. Każdy nowy projekt wiąże się z niepokojem, niepewnością, rozterkami... Szczególne emocje towarzyszą montażowi. Wtedy bowiem opowieść, którą dotąd miałem w głowie, przestaje być tylko moją prywatną historią, a zaczyna funkcjonować na forum publicznym. Każdy odnajdzie w niej co innego, zinterpretuje ją na swój sposób. Trudno znaleźć złotą receptę na sukces filmu, ale kiedy rzecz już zdobędzie powodzenie, naprawdę czuję się, jakbym właśnie po raz kolejny wystawił swój debiut.

Jak wygląda Twoja współpraca z aktorami? Albo, co ważniejsze, z aktorkami? Jak się do nich odnosisz podczas kręcenia filmu?

Kieruję się przede wszystkim dwiema zasadami. Po pierwsze, chcę, aby każdą postać zagrała najlepsza do tej roli aktorka. Po drugie, chcę dać z siebie wszystko, by aktorka mogła dać z siebie wszystko. Cała reszta to już tylko kwestia czasu. Oczywiście z różnymi osobami trzeba inaczej pracować. Na przykład Penelope potrzebuje wielu prób, wiele razy czyta scenariusz i powoli oswaja się ze swoją bohaterką. Na szczęście jest w stanie poświęcić na to mnóstwo swojego czasu. Na trzy miesiące przed rozpoczęciem zdjęć poprosiłem ją, by przyjechała do Madrytu. Razem usiedliśmy nad scenariuszem i zdanie po zdaniu przebrnęliśmy przez wszystkie jej kwestie. W tym czasie próbowałem przeobrazić Penelope w Raimundę. Kazałem jej mówić odrobinę wyższym głosem, poruszać się inaczej... Musiała po prostu przyzwyczaić się do tego, że jest kimś innym. Gdy udało się to osiągnąć, mogliśmy ruszyć do pracy. Z Carmen Maura z kolei współpracowałem wiele razy. Bałem się angażować ją do kolejnego filmu, bo myślałem, że być może istniejąca między nami magia już zniknęła, że zastąpiła ją rutyna. Okazało się, że nic z tego. W przypadku Carmen musieliśmy tylko dobrać jej odpowiedni strój, makijaż, fryzurę... Aby wczuć się w swoją postać, musi wyglądać dokładnie tak, jak ona. Nie trzeba prawie w ogóle robić z nią prób. Tym bardziej, że znamy się od dawna i Carmen z reguły dobrze wie, czego od niej oczekuję. Natomiast Lola Duenas ma zupełnie inną metodę: aby dobrze zrozumieć swoją bohaterkę, musi zobaczyć kogoś, kto jest do niej podobny. Dlatego pojechała w moje rodzinne strony, aby poznać tamtejsze kobiety, ich zwyczaje, sposób mówienia... Dzięki temu była w stanie wypaść przed kamerą autentycznie. Jak widzisz, każda aktorka to inna osobowość, inny styl pracy. Dlatego w kontaktach z nimi muszę być elastyczny, muszę dostosować się do indywidualnych potrzeb każdej z nich. Z drugiej strony one mają pewność, że ich nie zawiodę, że mogą się do mnie zwrócić z każdym, nawet najgłupszym pytaniem i najdrobniejszym problemem. Obdarzają mnie zaufaniem - i to jest dla mnie bardzo ważne.

Jesteś jednym z niewielu reżyserów, którzy oparli się pokusie przyjazdu do Hollywood i konsekwentnie pozostali przy formule kina autorskiego. Czyżbyś aż tak nie lubił Fabryki Snów?

Kiedy przyjechałem do Ameryki z "Kobietami na skraju załamania nerwowego" (film nominowany był do Oscara i Złotych Globów - Y. Cz.-H.), udało mi się poznać Billy’ego Wildera. Był rok 1989, Wilderowi dawno już wówczas stuknęła osiemdziesiątka, ale do tej pory pamiętam jego niesamowicie inteligentne, przenikliwe oczy. Przyjemnie mu się zrobiło na wieść, że jakiś reżyser z Europy bardzo chce się z nim spotkać. Chyba nawet nie widział mojego filmu, ale obiecał mi, że później obejrzy. Podczas rozmowy dał mi pewną radę: "Pedro, nie przyjeżdżaj tu. Rób sobie, co tylko chcesz, ale nie przyjeżdżaj kręcić filmu w Hollywood". Ja na to: "Ale przecież pan to właśnie zrobił". On zaś: "I dlatego ci mówię: daj sobie spokój". Wydaje mi się, że akurat tej rady nie musiał mi udzielać. Od samego początku wiedziałem, że chcę robić filmy, które są dla mnie ważne, w które będę mógł się bez reszty zaangażować. Nigdy nie miałem ochoty kręcić wysokobudżetowych produkcji. Nauczyłem się, że pieniądze oznaczają kompromis, a za bardzo sobie cenię swoją wolność i niezależność, żeby pójść na taki układ. Tak naprawdę formuła kina autorskiego oznacza, że cała odpowiedzialność za sukces lub niepowodzenie filmu spoczywa wyłącznie na mnie, bo to ja podejmuję wszystkie najważniejsze decyzje. I taki stan rzeczy bardzo mi odpowiada.

A czy myślisz o tym, żeby do swoich kolejnych filmów zaangażować amerykańskich aktorów?

Nie, ponieważ z reguły kręcę filmy na wskroś hiszpańskie, a udział Amerykanina oznaczałby konieczność pracy w języku angielskim. Nie sądzę, żebym był do tego zdolny (mimo takiej deklaracji w 1993 roku Pedro zaangażował - z sukcesem! - Petera Coyote’a do filmu "Kika" - Y. Cz.-H.). Zanim moje scenariusze ujrzą światło dzienne, przez długi czas żyją w mojej głowie. Podobnie jak w przypadku pisarza, który nosi w sobie konspekty przyszłych powieści. Zwykle zaczyna się od tego, że wpada mi do głowy jakiś pomysł i potem, jeśli mnie zainteresuje, spisuję wstępny projekt opowieści, około dziesięciu stron. Potem rzecz trafia do szuflady i tam sobie leży przez następne kilka lat. Czasami do tego wracam, dodaję różne pomysły, a w tym samym czasie piszę już coś zupełnie innego. Zawsze zajmuję się trzema, czterema projektami jednocześnie. Pierwsza wersja każdego scenariusza zazwyczaj wygląda żałośnie, pomaga mi jednak zorientować się, w którą stronę ma podążać dana historia. Później zaczynam pisać kolejne wersje, i wtedy fabuła kompletnie się zmienia... Czasami potrafię napisać dziesięć różnych wersji! Aż do skutku - czyli do momentu, w którym wreszcie jestem zadowolony z efektu. Tutaj, w Hollwood nie pozwoliliby mi pracować w ten sposób.

Czym się teraz zajmujesz?

Zgodnie z tym, co już mówiłem, mam teraz przed sobą trzy różne scenariusze. Jeden jest ukończony. Chciałem jeszcze coś poprawić, ale zorientowałem się, że to już jest ostateczna postać. Dwa pozostałe są na etapie robienia notatek i kiełkowania pomysłów. Nawet teraz, w hotelowym pokoju, zapisuję to, co mi przyjdzie do głowy. Z takich luźnych kawałków powstaną później gotowe historie.

O czym opowiada ten ukończony scenariusz?

O zemście. Tym razem, w odróżnieniu od "Volver", akcja nie będzie rozgrywać się wyłącznie w świecie kobiet. Rzecz dotyczyć będzie męsko-damskiej pary, ale nie powiem Ci nic więcej na ten temat. Projekt jest już w bardzo zaawansowanej fazie, nie jestem jednak pewien, czy to będzie mój następny film. Mimo wszystko coś mi mówi, że chyba tak.



[Yola Czaderska-Hayek]