Colin Farrell gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Witaj, następco Dona Johnsona! Jak na policjanta z Miami, nie jesteś zbyt opalony...

Colin Farrell: Bo ten film kosztował mnie mnóstwo zdrowia, dlatego jestem taki blady (śmiech). Na pewno słyszałaś mnóstwo plotek, że Michael Mannto awanturnik, że bez przerwy kłóci się z ludźmi... I to prawda! (śmiech) Jest potwornie uparty, ale w pozytywnym sensie. Przed rozpoczęciem zdjęć, na etapie przygotowań dogląda dosłownie wszystkiego. Pilnuje kostiumów, oświetlenia, kamer, oprawy muzycznej, rekwizytów... Nic mu nie umknie! Dlatego właśnie kręcenie "Miami Vice" przeciągało się w nieskończoność. Najpierw szykowaliśmy się około czterech miesięcy, a praca na planie zabrała kolejne siedem. Ale mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że było to bardzo pouczające doświadczenie.

Jeśli chodzi o plotki, to podobno bez przerwy spieraliście się z Jamiem Foxxem.

Jasne, a kiedyś wyczytałem w jednej z gazet, że biorę ślub. I pomyślałem: fajnie, tylko szkoda, że nie zostałem zaproszony! (śmiech) Tabloidy muszą o czymś pisać, a jak nie ma o czym, to wymyśla się jakieś bzdury. Parę razy rzeczywiście mogliśmy się posprzeczać z Jamiem, ale chodziło wyłącznie o kwestie związane z filmem. I zawsze kończyło się zgodą. Nigdy nie było między nami żadnej wrogości.

A jak Ci się pracowało z Gong Li? Na ekranie macie ze sobą romans...

Jest niesamowita! Gdy dowiedziałem się, że będziemy pracować razem, znałem zaledwie część jej dorobku. Nie miałem pojęcia, w jakich filmach wcześniej grała. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w biurze Michaela Manna. Nie umiała praktycznie słowa po angielsku, co owszem, miało swój urok, ale nie zapowiadało łatwej współpracy. A mieliśmy spędzić razem na planie ponad pół roku! Okazało się jednak, że to wyjątkowo inteligentna kobieta. Zagrzebała się w książkach i uczyła się języka. Z nas wszystkich to ona wykonała najcięższą robotę. Nie dość, że przed kamerą musiała płynnie mówić po angielsku, to jeszcze z kubańskim akcentem! To musiał być dla niej jakiś cholerny koszmar (śmiech). Na pewno czuła, jaka presja na niej ciąży, ale poradziła sobie świetnie. Poza tym bardzo mi się podoba sposób, w jaki podchodzi do swojej pracy. Są aktorzy, którzy budują swoje role, wykorzystując intelekt, inni zaś odwołują się do emocji. Gong Li używa obydwu metod i osiąga znakomity efekt. Przyznam, że zaciekawiła mnie na tyle, że obejrzałem kilka jej wcześniejszych filmów. Widziałem "Zawieście czerwone latarnie"i mało nie narobiłem w spodnie (śmiech). Ze strachu! Bo ta mała była lepsza ode mnie.

W "Miami Vice" pokazałeś się od nieznanej strony - jako mistrz salsy. Lubisz taniec?

Jak każdy Irlandczyk (śmiech). Przed rozpoczęciem zdjęć przez dwa miesiące chodziłem na kurs. Nie powiem, fajnie było, ale na początku czułem się jak ostatni fiut (śmiech). Mało tego, na sali wszędzie były lustra, więc tym bardziej widać było, że nie tylko czuję się, jak fiut, ale i wyglądam jak fiut (śmiech). Ale i tak bawiłem się dobrze. Każde nowe doświadczenie poszerza horyzonty, każda nowa umiejętność pozwala się rozwijać... Wiem, że to brzmi jak pieprzenie w bambus, ale taka jest prawda. Cieszę się, że nauczyłem się tańczyć salsę, choć przyznaję, że na planie, po ośmiu godzinach kręcenia tyłkiem już mi się trochę nudziło (śmiech).

To może kiedyś zaczniesz śpiewać?

Darling, lepiej, żebyś tego nie słyszała! (śmiech) Śpiewam wyłącznie pod prysznicem. I sam przy tym głuchnę. Normalnie krew mi leci z uszu, tak się drę.

Podobno przyjmujesz role w ciemno, bez czytania scenariusza. Czym się kierujesz, nazwiskiem reżysera? I nie żałujesz, kiedy film zrobi klapę?

Gdybym reagował w ten sam sposób, co widzowie w kinach, to nie byłbym w stanie już dłużej pracować. "Aleksander"zebrał bardzo negatywne recenzje, a "The New World"Terrence'a Malicka praktycznie nikt nie widział. Przecież tym się można załamać! Tymczasem po prostu robię swoje. Jeśli zaś idzie o reżyserów, to nie kieruję się wyłącznie nazwiskami - zdarzało mi się pracować z debiutantami. Na przykład "Intermission"był pierwszym filmem Johna Crowleya. Facet pracował wcześniej w teatrze. Dowiedziałem się jednak, że scenariusz napisał świetny irlandzki dramaturg Mark O'Rowe i postanowiłem zrobić wszystko, żeby w tym zagrać. Dla mnie reżyser to bezdyskusyjnie najważniejsza osoba na planie. Wierzę mu bez zastrzeżeń. Niezależnie od tego, czy ma na koncie milion wielkich osiągnięć, czy też jest młodym wizjonerem, który dopiero stawia pierwsze kroki. Przykro mi, że widzowie odrzucili "Aleksandra" i "The New World", ale gdyby Oliver Stoneczy Terrence Malickzaproponowali mi znowu współpracę, to zgodziłbym się bez wahania. Może tylko trochę poprawiłbym scenariusz...

Gdybyś tylko miał okazję go dostać?

Fakt, to się rzadko zdarza. W tej chwili kręcimy nowy film razem z Woodym Allenemi w tym przypadku akurat miałem okazję przeczytać scenariusz. Chociaż jeśli chodzi o Allena, to i tak zgłosiłbym się w ciemno. Nawet jeśli miałbym pojawić się pierwszego dnia na planie, kompletnie nie znając tekstu.

Kręcisz film z Woodym Allenem? Opowiedz coś więcej!

Nie mogę. Naprawdę! Boję się, że facet zeświruje i mnie zastrzeli (śmiech). Naprawdę. Nie chcę stracić tej roboty. Mogę powiedzieć tylko, że to wspaniały człowiek i świetnie mi się z nim pracuje.

Wróćmy do "Miami Vice". Czy przed rozpoczęciem zdjęć oglądałeś stare odcinki serialu? Czy wzorowałeś się na kreacji Dona Johnsona?

Pamiętałem serial jeszcze z dzieciństwa: różowe flamingi, laski w bikini i napakowane watą marynarki. Podczas powtórnego oglądania zdałem sobie sprawę, dlaczego "Miami Vice" stał się takim fenomenem. Dzięki tej produkcji kino wkroczyło do telewizji. Jeszcze zanim pojawiło się HBO, Michael Mann kręcił kolejne odcinki w taki sposób, w jaki inni reżyserzy kręcą pełnometrażowe filmy. Jeśli zaś chodzi o postać Crocketta, to nie chciałem, by moja wersja stanowiła całkowite przeciwieństwo bohatera stworzonego przez Dona Johnsona. Sam narzuciłbym sobie w ten sposób ograniczenie: tego czy tamtego nie wolno mi zagrać, bo wcześniej zrobił to Johnson. Zamiast tego stworzyłem 'Sonny'ego' na nowo. To zupełnie inna postać, z innym życiorysem. W serialu na przykład Crockett miał żonę i dwoje dzieci. W filmie tego nie ma. Rozmawiałem na ten temat z Michaelem Mannem. Zgodził się, że lepiej pokazać na ekranie nowego, młodszego 'Sonny'ego', niż zrzynać ze starego materiału.

Zawsze dopisujesz swoim bohaterom życiorys? ,P> Tak, jeśli tylko mam taką możliwość. Z Michaelem Mannem tak się nie da (śmiech). Zwykle jednak wymyślam swojej postaci jakąś przeszłość, dorabiam jej jakieś charakterystyczne cechy, jakieś umiejętności, na przykład karciane sztuczki, grę na gitarze czy mistrzostwo świata w tańczeniu salsy. To pomaga.

Nie czułeś się dziwnie, wchodząc w rolę, którą przed Tobą zbudował inny aktor?

Nie. Uważam, że widzowie, którzy kompletnie nie znają serialu, powinni bawić się na filmie tak samo, jak ci, którzy wszystkie odcinki znają na pamięć. To jest rozrywka - chodzi o to, by przez dwie godziny dobrze się bawić. W kinowym "Miami Vice" chodzi mniej więcej o to samo, co w telewizyjnej wersji. Myślę, że pierwsze 30 minut zaciekawi wszystkich na tyle, by wytrzymali do samego końca. Niezależnie od tego, czy kiedyś oglądali "Policjantów z Miami", czy nie.

Dlaczego akurat pierwsze 30 minut?

Bo najpierw musisz poznać bohaterów! Co z tego, że w finałowej scenie jest strzelanina, jeśli tak naprawdę gówno Cię obchodzi, kto z niej wyjdzie żywy? Musisz identyfikować się z Crockettem i Tubbsem, musisz przejąć się ich losami! Inaczej film będzie gówno wart. Myślę, że akurat Michael Mann jest w stanie zaangażować widzów na tyle, by z zapartym tchem śledzili, co dwaj gliniarze robią na ekranie. Niezależnie od tego, czy jest to "Ostatni Mohikanin", czy historia o kryminalnych praktykach tytoniowej korporacji, Michael zawsze jest w stanie przekonująco pokazać dramat głównych postaci. Dla niego najważniejsi są bohaterowie.

Crockett próbuje pogodzić swoją pracę z miłością. Myślisz, że taka równowaga jest możliwa?

O Jezu. Uważaj, bo zaraz zacznę filozofować (śmiech). W życiu nie można mieć wszystkiego. Czemu? Bo zmieniają się priorytety. W momencie, gdy osiągasz to, czego pragnęłaś, zdajesz sobie sprawę, że brakuje Ci czegoś innego, równie ważnego. A to, co już masz, wydaje Ci się nie do zniesienia. Sam czasem narzekam na własną popularność, bo mam wrażenie, że już nie jestem w stanie z tym wytrzymać. Wkurzają mnie paparazzi, którzy czają się wszędzie. Dzisiaj każdy może kupić sobie cyfrowy aparat za 200 dolarów i schować się za rogiem. Kiedy widzę jednego z drugim któryś raz z rzędu, potrafię się porządnie wnerwić. A potem przychodzi chwila spokoju. I uświadamiam sobie, jakie szczęście mnie spotkało. Rozglądam się po świecie i widzę, że inni mają gorzej. O wiele gorzej. Nikt z nas nie dostał przy narodzinach cholernego poradnika pod tytułem 'Jak żyć?'. Człowiek uczy się, zdobywając kolejne doświadczenia i obserwując innych. Ale nadal czegoś szuka. Wydaje Ci się, że Bill Gates ma wszystko? Albo że ja mam wszystko? Owszem, osiągnąłem sporo. Mam pieniądze, nazwisko, fantastycznego syna. Nie każdy może to o sobie powiedzieć. Ale czy to znaczy, że już niczego mi nie brak?

Wymień więc pięć osób lub rzeczy, które są dla Ciebie w życiu najważniejsze.

Mój syn, moja rodzina, moi przyjaciele, moje wspomnienia i przyszłość, jaka się przede mną rysuje.

Skoro już filozofujesz, to zapytam jeszcze, czy życie czegokolwiek Cię nauczyło?

Tak. Że jest cholernie niesprawiedliwe (śmiech). Człowiek zdaje sobie sprawę z tego, jakim jest szczęściarzem, dopiero wtedy, gdy zobaczy, jak innym jest źle. Jeśli chcesz zrozumieć, co mam na myśli, spróbuj zapalić zapałkę w jasno oświetlonym pokoju, a potem zrób to samo w ciemnym. Wszystko zależy od otoczenia, od tego, z kim się zetkniesz. W ciągu ostatnich sześciu lat zjeździłem trochę świat i przekonałem się, że w niektórych zakątkach życie potrafi być naprawdę gówniane.

A czy udało Ci się znaleźć miłość?

Tak. I to w momencie, w którym w ogóle się tego nie spodziewałem. Kocham mojego syna. Nie mam swojej drugiej połówki, ale moje życie jest w tej chwili pełne miłości.

Może po prostu nie masz szczęścia do kobiet?

Myślisz, że to zależy od szczęścia? Od tego, by znaleźć się we właściwym czasie we właściwym miejscu? Może i tak. A może po prostu nie da się spotkać kobiety swojego życia? Nie mam pojęcia. Parę razy byłem zakochany. Wiem, jak jest wtedy cudownie i jak bywa ciężko. Miłość to wspaniała idea, tylko z jej realizacją nie zawsze idzie tak dobrze, jak by się chciało. Kto wie, może kiedyś mi się uda?



[Yola Czaderska-Hayek]