Mel Gibson gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Twój najnowszy film, "Apocalypto", zbiera bardzo pozytywne recenzje. A jednocześnie pojawiają się głosy, że potwornie dużo w nim przemocy. Jak skomentujesz takie opinie?

Mel Gibson: W porównaniu z "Walecznym sercem" jest to film wręcz łagodny (śmiech). Większość gwałtownych scen rozgrywa się poza kadrem. Gdy w pewnym momencie kapłani wyrywają człowiekowi wnętrzności i wyjmują serce z klatki piersiowej, tak naprawdę na ekranie nic nie widać! A kiedy kręci się film o cywilizacji starożytnych Majów, trudno uniknąć pokazywania przemocy, bo tak naprawdę ich świat był nią przesycony. Do tej pory nie mogę się nadziwić, do jakiego stopnia kultura Majów pełna jest sprzeczności. Byli to niesamowicie wykształceni ludzie: znali się na gwiazdach, mieli bardzo dokładny kalendarz, posługiwali się alfabetem, zakładali biblioteki... A z drugiej strony przestrzegali potwornych, barbarzyńskich rytuałów. Mam wrażenie, że właśnie to ich zgubiło. Żądza krwi wzięła górę nad intelektem i doprowadziła cywilizację Majów do upadku.

Twoje filmy to prawdziwy fenomen: pokazujesz historie z dawnych czasów, każesz aktorom mówić w obcych językach, obsadzasz mało znanych artystów czy wręcz debiutantów... W Hollywood tego rodzaju posunięcia niemal od razu skazują projekt na klęskę. A Ty odnosisz sukces! Jak to się dzieje?

Z realizowaniem filmów jest podobnie jak z przyrządzaniem posiłku. Kiedy czujesz, że Ci się udało, że wyszło Ci coś naprawdę smakowitego, chcesz podzielić się tym z innymi. Chcesz, żeby jak najwięcej ludzi spróbowało Twojej potrawy. Jeśli będzie im smakować, powiedzą o tym znajomym... Tak naprawdę nakręcić film jest łatwo. O wiele trudniej zaś jest nakłonić widzów, żeby zapłacili za bilet i weszli do ciemnej sali. Jeśli jednak masz coś naprawdę ważnego do powiedzenia, to publiczność to doceni.

"Apocalypto" to kolejny Twój film, którego akcja rozgrywa się w odległej przeszłości. Kiedy wreszcie nakręcisz jakąś współczesną opowieść?

Z moim podejściem do pewnych spraw pewnie skończyłbym za coś takiego na stosie (śmiech). To musiałaby być jakaś lekka historyjka, która nie uraziłaby nikogo. Najlepiej, gdyby była też pozbawiona przemocy (śmiech). A mówiąc poważnie: uważam, że filmy historyczne nie są tak wcale oderwane od współczesności. Nie różnimy się tak bardzo od starożytnych Rzymian czy Greków. Analizując dzieje dawnych cywilizacji, możemy znaleźć odbicie procesów, które mają miejsce w naszych czasach.

Możesz podać jakieś przykłady?

Proszę bardzo. Dzisiaj możesz znaleźć w gazetach artykuły o korupcji w rządzie, o zanieczyszczeniu środowiska, o kulturze nastawionej na konsumpcję - to wszystko istniało już wcześniej. Wczytaj się w dokumenty z obrad rzymskiego Senatu. Dwa tysiące lat wcześniej ludzie zmagali się z tymi samymi problemami, co my. Co jeszcze? O, już wiem. Coraz silniejsza pogoń za tym, żeby wyróżniać się z tłumu, która owocuje tym, że wszelkie patologiczne dziwactwa uchodzą za oryginalność. To też już było. Każda cywilizacja osiąga w swoich dziejach schyłkowe stadium, tylko trzeba umieć rozpoznać pewne sygnały. I na ile to możliwe, próbować odwlec nieuchronny koniec.

Czyżby zatem "Apocalypto" miało stanowić dla nas ostrzeżenie? Że nasza cywilizacja rozpadnie się tak samo, jak świat starożytnych Majów?

Do pewnego stopnia tak. Ale mówiąc szczerze, nie miałem ochoty bawić się w kaznodzieję i pouczać widzów. Każdy odbierze ten film na swój sposób. Jedni jako ostrzeżenie przed końcem świata, inni jako zwykłą opowieść przygodową.

Jesteś nie tylko reżyserem, ale i współscenarzystą tego filmu. Jak wyglądała praca nad rozwojem fabuły?

Najpierw wraz z moim partnerem, Farhadem Safinią - można z tym facetem konie kraść! - opowiadaliśmy sobie nawzajem tę historię, dodając i usuwając rozmaite segmenty. Przychodziły nam w tym czasie do głowy rozmaite pomysły i zastanawialiśmy się, czy dałoby się je wykorzystać w filmie. Główny szkielet fabuły powstał w trzy tygodnie, ale potem trzeba było zapełnić go mięsem. To zajęło nam najwięcej czasu. Musieliśmy opracować całe tło, historyczny kontekst, scenografię... Trzeba też było ustalić rytm opowieści, nadać akcji tempo... Porównywałem już tworzenie filmu do pracy kucharza - po prostu wrzucaliśmy do garnka kolejne składniki i przyprawy.

A jak przebiegała sama realizacja? Kręciłeś zdjęcia w obcym kraju, wśród ludzi, których języka nie znałeś...

Miałem olbrzymie szczęście: moim asystentem był wspaniały człowiek, Adrian Grunberg z Meksyku. Jest dwujęzyczny i na planie zajmował się tłumaczeniem symultanicznym. W życiu nie widziałem, żeby ktoś włożył tyle ciężkiej pracy w realizację filmu. Nie do wiary! Najważniejsza część ekipy pochodziła z Meksyku, dzięki czemu miałem okazję poznać tamtejsze okolice. Kręcenie "Apocalypto" było pracą zespołową. Nie poradziłbym sobie bez tych ludzi. Na planie nauczyłem się nawet troszeczkę hiszpańskiego. Zaledwie kilka słów, ale przynajmniej byłem w stanie porozumieć się z aktorami choć trochę bez pomocy tłumacza.

Świat Majów naznaczony jest przemocą i okrucieństwem. Najpierw sami składali ofiary z ludzi, później ich potomków zmasakrowali konkwistadorzy z imieniem Boga na ustach. Czy jako chrześcijanin nie odczuwasz w związku z tym moralnego dyskomfortu?

Nie wszystko, co się mówi o konkwistadorach, jest prawdą. Oczywiście, doszło do wielu zbrodni. Zgodzę się również z opinią, że hiszpańscy wojownicy nie zawsze stanowili wzór do naśladowania. Pełni byli zabobonów i uprzedzeń. Uważali wręcz, że potomkowie Majów nie różnią się niczym od zwierząt, dlatego zabijali ich bez wyrzutów sumienia. Faktem jest jednak, że gdy tylko tubylcy zostali ochrzczeni przez misjonarzy, konkwistadorzy natychmiast dali im spokój. Poza tym nie od dziś wiadomo, że żadna historyczna przemiana nie może się obyć bez ofiar. Tak już po prostu jest. Dlatego uważam, że za błędy pojedynczych ludzi nie można obarczać winą całej społeczności, ani też potępiać zasad, jakimi się kierowała.

"Apocalypto" można odbierać zarówno jako edukacyjny film historyczny, jak i kino akcji. Która interpretacja jest Ci bliższa?

Każdy szanujący się filmowiec musi zadbać przede wszystkim o to, by zainteresować widzów swoją opowieścią. Na najbardziej podstawowym poziomie mój film to historia człowieka, który ucieka przez las, a za nim pędzi ośmiu facetów, by go obedrzeć ze skóry. W tym sensie to rzeczywiście kino akcji. Sztuka jednak w tym, by sytuacji na ekranie nadać jakieś konkretne znaczenie, by ta pogoń miała jakiś sens. Tę funkcję spełnia cały historyczno-kulturowy kontekst, wszystkie te smaczki, które wzbogacają film o dodatkowe treści. Jak już mówiłem, interesuje mnie, by moje produkcje oglądało jak najwięcej ludzi. Nastolatek będzie ekscytował się szybką akcją, pięćdziesięcioletni intelektualista dopatrzy się tu jakichś głębszych znaczeń. I o to właśnie chodzi! Zadaniem reżysera jest po pierwsze: zainteresować, poruszyć widzów; po drugie, nauczyć ich czegoś nowego; po trzecie, dostarczyć im duchowej strawy, aby wyszli z filmu uwzniośleni. Jeżeli uda się spełnić te trzy wymogi, wtedy można mówić o sukcesie.

A nie obawiasz się, że ktoś może przyjść do kina, nastawiając się wyłącznie na sceny przemocy?

Mówiłem już, że wbrew pozorom tej przemocy wcale tam nie ma za wiele. Większość krwawych scen tak naprawdę rozgrywa się głównie w wyobraźni widzów. Ci, którzy gardłują przeciwko przemocy w "Apocalypto", nie zdają sobie sprawy z jednej rzeczy: po prostu przejęli się losami postaci i dlatego tak intensywnie odczuwają to, co się z nimi stało. Sama musisz przyznać, że kiedy widzisz, jak na przykład Jean-Claude Jak-Mu-Tam, kopie ludzi na ekranie, guzik Cię obchodzi, co się z nimi dzieje (śmiech). Albo jak jakiś pryszczaty nastolatek zostaje nadziany na hak w "Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną IV". Nie dbasz o niego - i nie musisz. Kiedy jednak zidentyfikujesz się z jakimś bohaterem, wtedy niesamowicie przeżywasz wszystko, co mu się przytrafia. Może nie odczuwasz fizycznego bólu, masz jednak wrażenie, że okrucieństwo, które go spotyka, stało się również Twoim udziałem.

W ostatnich latach na dobre zająłeś się reżyserią. Nie tęsknisz za aktorstwem?

Nie, wypowiadam się przed kamerą poprzez innych ludzi. Jeśli można tak powiedzieć, to oni są "mną". To, co widzisz na ekranie, jest efektem kompromisu pomiędzy ich interpretacją a moją wizją. Jako reżyser mogę pozwolić sobie na obiektywne, chłodne spojrzenie. Nikt mi nic nie narzuca, to ja panuję nad wszystkim. Doradzam aktorom, jak mają zagrać i obserwuję, jak sobie z tym radzą. Czasami efekt przechodzi wszelkie oczekiwania. Popatrz na przykład na tego chłopaka, który gra główną rolę. Był robotnikiem na budowie, wbijał kołki w ściany. Nigdy wcześniej nie pracował przed kamerą. A poradził sobie wspaniale. Widząc go na planie, czułem się jak ojciec dumny ze swojego dziecka. Co tu dużo gadać: jestem dumny ze wszystkich, którzy zagrali w moim filmie. Dlatego nie myślę na razie o rezygnacji z zawodu reżysera. Aktorstwo już mi się trochę znudziło. Wystąpiłem już w tylu produkcjach, zwiedziłem tyle miejsc... Chcę pokazać ludziom swoją prawdziwą twarz, żeby przestali mówić: "O, to ten facet z ‘Mad Maxa’". Oczywiście, nie wykluczam, że któregoś dnia wrócę do grania w filmach. Podejrzewam jednak, że nastąpi to wtedy, kiedy rzeczywiście nie będę miał już nic lepszego do roboty (śmiech).

Jednym z najważniejszych tematów "Apocalypto" jest śmierć i przygotowania do niej. Zdarza Ci się myśleć o śmierci i o tym, co nas czeka na tamtym świecie?

Uważam, że strach przed śmiercią jest czymś oczywistym i naturalnym. Znasz kogoś, kto wybrał się na tamten świat i wrócił? Rozmawiałaś z kimś takim? Mogę Ci opowiedzieć pewną historyjkę na ten temat. Było sobie dwóch facetów: Morris i Bob. Przyjaźnili się od niepamiętnych czasów, w każdą sobotę grali w karty, ich żony też się lubiły. No i w jakimś momencie Morris kopnął w kalendarz. Bobowi cholernie go brakowało. I którejś nocy przy jego łóżku objawił się Morris i mówi: "Hej, Bob!". Bob się budzi i pyta: "Co z tobą? Jak tam jest, po drugiej stronie?". Morris na to: "Niesamowicie. Budzę się rano, potem zjadam coś i biorę się za pieprzenie". Bob nie wierzy, Morris mówi dalej: "Potem znowu coś zjem, potem znowu pieprzę, potem jem, potem pieprzę, potem idę spać, a jak się obudzę, to znowu jem i pieprzę". Bob na to: "Nie wiedziałem, że tak wygląda niebo". A Morris: "Jakie niebo? Jestem bykiem w Montanie!" (śmiech) Prawdę mówiąc, nie wierzę w reinkarnację, ale kiedyś pewien facet powiedział mi, że w poprzednim wcieleniu byłem psem.

Czy po nakręceniu "Pasji" i "Apocalypto" czujesz się spełniony jako artysta? Na jakim etapie swojej życiowej drogi znajdujesz się teraz?

Chyba na tym samym, co większość ludzi. Jestem zadowolony ze swojego życia, niczego mi nie brakuje, czuję się dobrze. Oby tylko ten stan trwał jak najdłużej! Człowiek przez cały czas uczy się czegoś nowego, dowiaduje się rozmaitych rzeczy o sobie i o innych, rozmyśla nad sprawami, nad którymi wcześniej się nie zastanawiał. Nie próbuję na siłę doszukiwać się jakichś ukrytych korzeni bytu, bo zawsze w takich sytuacjach przypomina mi się historyjka o facecie, który próbował odnaleźć sens życia. Przepłynął siedem mórz, wspinał się na górskie szczyty, objechał świat kilkanaście razy, po czym pewnego dnia wdrapał się na jedną z gór i zastał na szczycie małego, zasuszonego staruszka siedzącego przy ogniu. Zapytał go: "Zjeździłem świat wszerz i wzdłuż, szukając sensu życia. Może ty mi doradzisz, jak go odnaleźć?". Starzec na to: "Sens życia, mój synu, to smażona fasola". Facet się zdenerwował: "Spędziłem tyle lat w trudzie i znoju, a ty mi mówisz, że sensem życia jest smażona fasola?". Starzec: "A co, może nie jest?". (śmiech)

Znowu zasłaniasz się anegdotą, zamiast odpowiedzieć na pytanie.

Tak mi przykro. Przepraszam.



[Yola Czaderska-Hayek]