Helen Mirren gościem Yoli



Czy trudno było Ci wcielić się w królową Elżbietę II? Miałaś przecież okazję poznać ją osobiście...

Praca nad filmem "Królowa" była dla mnie olbrzymią lekcją pokory, chyba największą w mojej karierze. Wcześniej grałam Elżbietę I; była to również wymagająca rola, jednak nie do tego stopnia. Rzecz w tym, że Elżbieta II to postać znana na całym świecie. Wszyscy wiedzą, jak wygląda, jak przemawia, jak zachowuje się publicznie... Zdawałam sobie sprawę, że przynajmniej pod tym względem muszę ją poprawnie naśladować, moim celem jednak było coś więcej, niż tylko wierne skopiowanie jej słów i gestów. Na domiar złego Brytyjczycy mają specyficzne nastawienie zarówno do monarchii, jak i do panującej rodziny królewskiej. To taka dziwna mieszanina miłości i nienawiści. Dla aktorki zapuszczanie się w te rejony to olbrzymie ryzyko. Dlatego rola Elżbiety II kosztowała mnie mnóstwo nerwów.

Nie obawiałaś się reakcji brytyjskiego dworu?

Nie uważam, by udział w tym filmie był powodem do wstydu. Staraliśmy się w rzetelny sposób przedstawić skomplikowane losy brytyjskiej monarchini. W dzisiejszych czasach nie jest to już temat tabu, mamy przecież wolność słowa. Oczywiście ma ona również swoje ujemne strony. Niesłychanie łatwo jest obrzucić kogoś błotem, rozpuszczając kłamstwa i niesprawdzone informacje. Staraliśmy się więc przedstawić postać królowej naprawdę rzetelnie. Owszem, na ekranie widać jej rozmaite słabostki, nie chodziło jednak o to, by ośmieszyć Jej Wysokość, lecz aby przedstawić ją od mało znanej, ludzkiej strony. Dlatego właśnie zgodziłam się zagrać w tym filmie. A jeśli chodzi o reakcję dworu, to cóż, tytułu szlacheckiego już mi nie odbiorą (śmiech). Nie są w stanie.

A nie obawiasz się, że któregoś dnia spotkasz królową i... co wtedy?

Obawiam się, że po tym filmie szanse będą niewielkie (śmiech). Z drugiej strony dotąd nie miałam okazji widywać królowej zbyt często, więc tak naprawdę nic się w moim życiu nie zmieni. Wbrew pozorom nie zapraszają mnie co pięć minut do Pałacu Buckingham.

Domyślam się, że pracując nad rolą, natknęłaś się na wiele intrygujących faktów z życia królowej Elżbiety...

Najbardziej zaskoczyło mnie, jak bardzo Jej Wysokość uwielbia mundury. W dzieciństwie należała do żeńskiej drużyny skautów. Miała chyba 8 czy 9 lat, gdy po raz pierwszy założyła mundurek. Bardzo lubiła porządek, zorganizowany czas i obowiązki. Podczas II wojny światowej wstąpiła do Pomocniczej Służby Terytorialnej ATS. Nie obawiała się ani ciężkiej pracy, ani niebezpieczeństw. Wojskowy tryb życia niezwykle jej odpowiadał. Muszę przyznać, że byłam tym nieco zdziwiona.

A czy to prawda, że królowa zna się na samochodach?

Tak, oczywiście. Potrafi nawet sama prowadzić.

Sama prowadzi wóz?

Oczywiście. Podczas wojny przeszła kurs mechaniki samochodowej. Nauczyła się, jak rozłożyć silnik i jak go złożyć z powrotem. Nie mogę powiedzieć ze stuprocentową pewnością, ale podejrzewam, że dla niej siedzenie za kierownicą to jedna z niewielu drobnych przyjemności, jakie oferuje jej życie. Królowa może się wtedy odprężyć i być naprawdę sobą. Na tej samej zasadzie sama zmywa naczynia w letniej rezydencji, gdy tylko ma po temu okazję. To dla niej ucieczka od nużącego, pełnego formalności życia.

Wspomniałaś kiedyś, że obydwie królowe Elżbiety są do siebie podobne pod wieloma względami. Co miałaś na myśli?

Obydwie łączy jednakowo silne zaangażowanie w sprawy dotyczące królewskich rządów. A do tego przekonanie, że są do tego predestynowane, że są właściwymi osobami na właściwym miejscu. Wbrew pozorom takie przeświadczenie to kluczowa rzecz. Bo jeżeli nie masz pewności, że Bóg przeznaczył Cię do rządzenia krajem, to co w ogóle robisz na królewskim tronie? Jeśli zaś wiesz, że sprawujesz władzę z łaski Boga, to Twoim obowiązkiem jest podołać wszystkim zadaniom najlepiej, jak tylko potrafisz. Nie o każdym monarsze da się to powiedzieć. Niektórzy, obejmując tron, pełni są wahań i rozterek. Albo mają rozmaite problemy natury psychologicznej. Tymczasem Elżbieta I i II to dwie bardzo silne osobowości. Z jednej strony przyzwyczajone do wydawania rozkazów, z drugiej - całkowicie podporządkowane licznym obowiązkom. Oczywiście pod pewnymi względami krańcowo się od siebie różnią. Elżbieta I na przykład przywiązywała olbrzymią wagę do swojego wizerunku. Skrupulatnie pilnowała nadwornych malarzy, by przedstawiali ją w takich pozach i strojach, jakie odpowiadały jej najbardziej. Elżbieta II kompletnie o to nie dba.

Która z dwóch monarchiń wydaje Ci się bliższa?

Kiedy dostałam do przeczytania scenariusz "Elżbiety I", pomyślałam: 'O, to coś dla mnie!'. Ta rola gwarantuje aktorce niesamowitą rozpiętość emocjonalnych przeżyć. Elżbieta I niczego nie ukrywa: krzyczy, gdy jest wściekła, płacze, gdy jest smutna, uśmiecha się, gdy jest zakochana... Elżbieta II zaś to jej całkowite przeciwieństwo, jeśli idzie o okazywanie uczuć. Królową od najmłodszych lat uczono panowania nad sobą, dyscypliny, odpowiedzialności, poczucia obowiązku. Dlatego właśnie marzyłam o tym, by widzowie poznali ją także od intymniejszej strony. Jej Wysokość naprawdę się uśmiecha! Potrafi żartować, być duszą towarzystwa. Miałam swego czasu okazję obserwować ją podczas meczu polo, w towarzystwie najbliższych. To było niesamowite! Królowa w ogóle nie przypominała tej śmiertelnie poważnej osoby, którą znamy z oficjalnych wystąpień. Ujrzałam przez chwilę zupełnie inną kobietę. Bardzo chciałam, by to drugie, pełne ciepła i humoru wcielenie Jej Wysokości również pojawiło się na ekranie.

Twój sposób bycia, zarówno na ekranie, jak i poza nim, ma w sobie dużo królewskiego dostojeństwa. Czy to efekt Twojego szlachetnego pochodzenia?

Ależ tak, oczywiście. Moja błękitna rosyjska krew daje o sobie znać (śmiech). Cóż, nic na to nie poradzę. Oczywiście w połowie jestem Angielką. Choć kiedy się sobie przyglądam, to dochodzę do wniosku, że musi to być ta dolna połowa (śmiech). A mówiąc poważnie, nie uważam, żeby zachowanie i sposób bycia wiązały się ze szlachetnym pochodzeniem lub jego brakiem. Niektórzy ludzie mają to po prostu we krwi, inni nie. Królowa na przykład jest wspaniałą osobą. Nawet gdyby została gospodynią domową czy pracowała w fabryce, to i tak byłaby człowiekiem nieprzeciętnego kalibru.

Miałaś okazję porozmawiać z ludźmi, którzy znają Jej Wysokość od prywatnej strony?

Nie, choć wiem, że takich osób nie brakuje. Na przykład księżniczka Anna (córka Elżbiety II - Y. Cz.-H.) nie kryła wściekłości, gdy media opisywały jej matkę jako oschłą, pozbawioną uczuć i bezwzględną dla własnej rodziny. To kompletna bzdura. Jestem przekonana, że królowa wcale taka nie jest.

Reakcja Elżbiety II na śmierć Lady Diany wzbudziła mnóstwo kontrowersji. Jakie były Twoje odczucia podczas tamtych dni, dziesięć lat temu?

Szczerze mówiąc, nie miałam żadnej opinii na ten temat. Nie wydawałam osądów w rodzaju: 'Powinni spuścić flagę do połowy masztu. Powinni wrócić z letniej rezydencji do Londynu'. Kiedy to wszystko się stało, byłam w Ameryce, gdzie media przedstawiły całą sprawę w sposób o wiele rozsądniejszy, niż w Anglii - a przede wszystkim pozbawiony histerii. Patrząc na reakcje Brytyjczyków, doszłam do wniosku, że są co najmniej dziwaczne. Z całą pewnością zaś nie zabierałam głosu na temat: 'co rodzina królewska powinna zrobić w tej sytuacji'. Choćby tylko dlatego, że nie była to moja sprawa. Królowa i jej najbliżsi musieli przeżyć potworny szok. Tym bardziej, że wszystko, co dotyczyło Diany, stawiało ich w niezręcznej sytuacji. Wielokrotnie musieli stawić czoła problemom związanym z jej osobą. Po czym nagle, ni stąd, ni zowąd, Diana stała się w oczach zwykłych ludzi tragicznie zmarłą męczennicą. Podejrzewam, że osoby z otoczenia królowej po prostu nie miały pojęcia, jak się zachować. Na pewno popełniono błędy, na pewno doszło do poważnych niezręczności, ale podkreślam: nie czuję się na siłach do ferowania wyroków w tej sprawie.

Mimo wszystko trudno zrozumieć, dlaczego królowa nie zdecydowała się na publiczne wystąpienie. Musiała zdawać sobie sprawę z tego, jak będą postrzegać ją ludzie...

Właśnie w tym cały problem. Tu kryje się klucz do zrozumienia zachowania Elżbiety II. Królowa nigdy, nawet przez moment, nie zastanawia się nad tym, jak będą postrzegać ją ludzie. Nie przyszłoby jej do głowy, by pojawić się publicznie tylko dlatego, że domaga się tego naród. Występowanie przed kamerami jest absolutnie poniżej jej godności. Pamiętam, że kiedyś, wiele lat temu, przy jakiejś ważnej okazji, namawiano ją, by stanęła na balkonie Pałacu Buckingham i zamachała do zgromadzonych ludzi. Elżbieta II, przebywając akurat w letniej rezydencji, oświadczyła stanowczo: 'Wykluczone. W tej chwili nie rezydujemy przecież w pałacu'. W rodzinie królewskiej jest taki zwyczaj, że latem zamykają Pałac Buckingham, nakładają pokrowce na meble i przeprowadzają się do posiadłości w Balmoral. Królowa stwierdziła, że gdyby w tej sytuacji pojawiła się w pałacu, byłby to z jednej strony fałsz, z drugiej - naruszenie etykiety. Sam pomysł, by robić z siebie publiczną maskotkę, jest dla niej absolutnie nie do przyjęcia. Nie na tym polega monarchia. Kiedy więc mówisz o wizerunku Jej Wysokości, posługujesz się niewłaściwym pojęciem. Wizerunek kompletnie jej nie interesuje. I to nie kwestia próżności. Elżbieta II nie jest zapatrzona w siebie - wprost przeciwnie! Podejrzewam nawet, że nie dba o to, co zakłada na siebie; ubrania dobierają jej inni. Królowa po prostu uważa, że jej zadaniem jest ucieleśniać majestat brytyjskiej monarchii. A pewne rzeczy koronowanej głowie zwyczajnie nie przystoją. W sumie to bardzo proste rozumowanie - i być może właśnie dlatego tak trudno niektórym je pojąć.



[Yola Czaderska-Hayek]